środa, 8 lutego 2017

Inspektor Błonasera w akcji [1]

Nożyczki niczym wyrzut sumienia tkwiły w szyi profesora Lwa Pietuchina, leżącego w salonie kamienicy przy placu Wodnika Szuwarka 5. To znaczy nikt z obecnych w pomieszczeniu nie wiedział jak tkwić mogą wyrzuty sumienia, wszyscy jednak, z wyjątkiem ślepego stryja profesora, Jewgienija Krasnodupcewa, zgodzili się, że gdyby tkwić mogły, czyniłyby to tak, jak właśnie te nożyczki.
Przybyłemu na miejsce zbrodni inspektorowi Błonaserze starczyło pięć minut, by zawęzić krąg podejrzanych do dwóch osób.
- Zawęziłem krąg podejrzanych do dwóch osób! - powiedział policjant - Pierwszą jest sam profesor, który mógł to uczynić w samobójczym szale, tudzież...
Błonasera zawiesił głos na wysokości metra nad poplamionym krwią dywanem.
- Tudzież? - spytała pokojówka Natasza.
- Tak, tudzież, czyli spójnik używany do łączenia zdań lub innych wyrażeń, które odnoszą się do tych samych przedmiotów, osób lub faktów.
Służąca opuściła wzrok i zawstydzona wycofała się do przedpokoju.
Tymczasem Błonasera podjął wątek.
- Ale podejmę może wątek. Albo... uczynił to jakiś morderca!
- Godna podziwu dedukcja! - wykrzyknął Krasnodupcew, stojący twarzą w twarz z antycznym zegarem wahadłowym Made in West Germany - Jak jednak mój nieodżałowany Lulek mógł sam się tak okaleczyć?
- Właśnie! - zgodziła się milcząca do tej pory sąsiadka profesora, Leokadia Plons i wskazała rząd krwawych śladów na plecach denata.
Błonasera ukląkł przy ciele i podciągnął prawy rękaw koszuli profesora. Wszystkim zebranym ukazała się plastikowa proteza.
- Wystarczy włożyć nożyczki w sztuczną dłoń, usztywnić ją jakąś taśmą klejącą, albo sznurkiem, albo też zszywaczem tapicerskim, następnie złapać tak powstałą konstrukcję drugą ręką i mocno się zamachnąć.
- Niby logiczne, ale - asystent inspektora, Alosza Barbekju, wskazał równy rząd cięć biegnących od kręgosłupa, poprzez łopatkę do prawego ramienia - profesor był chyba leworęczny!
Błonasera uśmiechnął się z wyższością i podciągnął lewy rękaw koszuli Pietuchina. Światło lampy naftowej zamigotało na wypolerowanej powierzchni plastiku.
- On miał dwie protezy!

niedziela, 18 grudnia 2016

A Krysia ciągle sama...


Po wydarzeniach 16 grudnia 2016 roku, Krystyna Pawłowicz dla Fakt24: 
otoczyli mnie, szarpali, rzucili butelką!

Korzystając zaś z okazji, w imieniu pani Krystyny prosimy Pana,
który rzucił w posłankę butelką o zgłoszenie się na mail: krystyna.pawlowicz@sejm.pl 
lub tel.: 25 758-23-43 (biuro poselskie). 
Niestety posłanka została zabrana przez policję zanim poznała
swojego wybranka i zdołała dokończyć zabawę...

Foto: materiały prasowe ze strony Krystyny Pawłowicz

piątek, 29 lipca 2016

Dobry wybór

- Ja to bogaty kiedyś byłem i mogłem w dziewkach jak w ulęgałkach przebierać! - Dziadek Jacek podparł brodę wielką jak bochen dłonią i westchnął głośno, wpatrując się w stojącą przy zlewie babcię.
- Czyli znaczy?
- Znaczy w gruchach takich, pacanie!
- Wiem przecież, mnie o te dziewczyny chodzi!
Babcia stanęła do nas frontem i zmarszczyła czoło.
- Bo wtedy, za młodu, się człowiek zakochał i myślał, że los najlepszą pod nos podstawił! - Jacek sięgnął po kubek z kompotem i pociągnął solidny łyk, rozlewając kilka kropel słodkiego płynu na kraciastą ceratę - I słuchaj co Ci powiem, żebyś tego samego błędu nie zrobił w przyszłości! Jeśli masz wybrać babę mądrą, weź mądrą, ale z dużymi cyckami. Bo mądrość choroba zabierze, albo naturalnie odejdzie, a cycki zostaną. I jak wybranka twoja, ta życiowa znaczy, zgłupnie nagle, lub w ramach jakiegoś dłuższego procesu, to chociaż wizualnie niech nie będzie odpychająca.
- A mnie mamusia radziła, żeby chłopa wziąć albo bogatego, albo z dużym wackiem! - Babcia pokiwała głową i powróciła do przerwanego zmywania.
- I co wybrałaś? - spytałem, spoglądając szelmowsko na emeryta.
Gdyby wzrok mógł zabijać, okaleczać, lub choćby boleśnie poniewierać, leżałbym u stóp dziadka jak brudna szmata.

piątek, 22 lipca 2016

Kariera muzyczna

Drzwi otworzyły się w przeciągłym skrzypnięciu, oparły o wieszak przyśrubowany do bocznej ściany, odbiły od aluminiowej konstrukcji i ponownie zamknęły z hukiem. Z klatki schodowej doszło stłumione plaśnięcie i głos Dziadka Jacka.
- No żesz kurwa mać!
Podszedłem do wejścia i przez judasza wyjrzałem na korytarz. Przed progiem stał senior. Jedną ręką trzymał się za nos, drugą tłukł w pomalowaną na biało powierzchnię drzwi.
- Otwieraj!
- Kto tam? - spytałem cicho.
- Czerwony Kapturek palancie! - Jacek wrzasnął na cale gardło - Otwórz, bo wejdę do środka z drzwiami i z Tobą!
Uchyliłem delikatnie podwoje.
- Co za niespodzianka! - udałem radość na widok kontuzjowanego emeryta - A gdzie to się bywało przez ostatnie kilka dni?
- Karierę robiłem dupku! - Jacek odepchnął mnie bezceremonialnie i poczłapał nie zdejmując butów do kuchni.
- Jaką karierę!? - zamknąłem mieszkanie i poszedłem za dziadkiem.
- Didżejską!
- Czyli że co?
- Czyli, że kupiłem od tego gówniarza z kamienicy obok mikser, bo ponoć na muzyków lecą laski, - emeryt zmoczył zimną wodą kawałek gazy i przyłożył ją do nosa, lekko odchylając głowę do tyłu - a mi się zachciało rozsiewać czar przed tymi raszplami z osiedlowego koła emeryta.
- I co, podziałało?
- Tak, poleciały dwie laski, jedna kula, a przytomność straciłem jak ktoś rzucił chodzikiem i dostałem centralnie w cymbał. Dopiero mnie wypuścili ze szpitala.
- A mikser gdzie?
- Poszedł na pokrycie strat. Ponoć chodzik całkowicie się rozkraczył, a babina nie miała wykupionego autocasco...