czwartek, 29 grudnia 2011

Toto-lotek

Dziadek Jacek popatrzył na stos rachunków leżących na stole i westchnął głośno.
- Panie Boże, - rzekł cicho - daj chociaż raz wygrać w totka! Chociaż raz!
Wiatr zaszeleścił za oknami i naparł na szyby...
- Jak na tacę, to daj! - staruszek popatrzył na sufit i wzniósł pięść w kierunku obwieszonego szklanymi soplami żyrandola - Ale od dziś zero! Nawet złocisza nie rzucę sknerusie jeden!
Pięść zatrzepotała w powietrzu i nagle zamarła. Gdzieś znikąd dobiegło lekkie chrząknięcie i mocny męski głos.
- OK, ale dzielimy się fifty-fifty...

środa, 28 grudnia 2011

Ófoki [5]

Obiekt XYZ - jeden z dwóch przybyszy z drugiego końca galaktyki, obserwujący życie na ziemi i starający się zrozumieć go na swój ófoczy, pokręcony sposób...

środa, 21 grudnia 2011

Kablówka

- Tragedia synek, tragedia! - Dziadek Jacek siedział przy kuchennym stole i pojękiwał cicho, opierając czoło na zaciśniętych w pięści dłoniach.
- Co się stało?! - przysiadłem na krawędzi stołka tuż przy skulonym staruszku.
- Tragedia synek, tragedia!
- Ale co dziadek? Co się stało!?
- Satelita siadła synek! Siadła na amen!
Początkowo myślałem, że to kolejny dowcip znudzonego emeryta, że to przedświąteczne jaja, jakie ten pomysłowy staruszek czynił był nam wielokrotnie w latach ubiegłych. Kiedy jednak spojrzałem w oczy Dziadka nie zauważyłem w nich towarzyszącym im przy takich okazjach ogników, lecz rozpacz i coś jakby ledwo utrzymywaną w ryzach panikę.
- Pomóż synek! - Jacek złapał mnie za ręce i ścisnął prawie do bólu.
- Chyba przesadzasz! - emeryt ściągnął brwi i spiorunował mnie spojrzeniem. Twarde bochny dłoni zacisnęły się jak imadło.
- Ja przesadzam? Ja!? - Jacek zasyczał przez zęby, spoglądając ukradkiem w kierunku korytarza prowadzącego do pokoju, w którym babcia raczyła się kawą i popalała papierosa marki Giewont przez długą szklaną fifkę - Babcia jak wiesz na drutach nie robi, po kuchni się nie krząta, nie rzeźbi, znaczków nie zbiera, na plotki wychodzi rzadko. Jeśli więc pozbawiona zostanie jedynej rozrywki, to na kim skupi się teraz jej uwaga? No na kim?
- Chyba na Tobie...
- Właśnie! - krzyknął staruszek, poczym skulił się, jakby oczekując karcącego klapsa za naruszenie jakiegoś niepisanego obowiązku zachowania ciszy - Nie daj Boże jeszcze się jej seksu zachce! - wyszeptał, spoglądając z trwogą w kierunku drzwi.
Przed oczami stanęła mi twarz babci.
- Fakt, przerąbana sprawa!
- A poza tym, na dniach mają uśmiercić Ryśka z "Klanu"!
Zesztywniałem.
- Seksu powiadasz... Chyba mam dla Dziadka małą propozycję...

* * *

Jacek przystał na propozycję wymiany dekoderów z dziką wręcz rozkoszą. Sprzęt przytaszczyłem sam, reszty dzieła dokonał pan Zenek z czwartego piętra, znany w okolicy spec od wszystkiego. Dziadek przyglądał się operacji z uwagą, by chwilę po rozruchu sprzętu i zapłaceniu za fatygę, cieszyć się jak dziecko podczas prezentacji kilkuset nowych kanałów, wydawać by się mogło niczym niewzruszonej babci. Potem nawet kielicha postawił.
Kiedy wróciłem do domu przez głowę przebiegły obrazy dzikich harców, jakie już za chwilę będą mieć miejsce w małżeńskim łożu.
- Cicho łobuzie! Poczekaj jeszcze chwilkę! - pogroziłem palcem dziwnie wybrzuszonej okolicy rozporka.
Ściągnięte bez rozwiązywania sznurowadeł buty wylądowały w dwóch przeciwległych kątach wąskiego przedpokoju, kurtka zawisła na klamce łazienki, a czapka zgrabnym lobem wleciała na szafę. Jakim cudem? Nie wiem! Pomiędzy sufitem a górną krawędzią szafy było jakieś pięć centymetrów luzu, a czapka bez problemu wbiła się w ten prześwit. Nie to było jednak ważne w tym momencie...
- Kochanie! Jestem w dooooomku! - próbując utrzymać równowagę począłem rozpinać rozporek i ściągać spodnie. Zapętliłem się w okolicach kolan. Lewa noga, do tej pory jedna z najbardziej stabilnych części ciała, wyrwała się spod kontroli i zgrabnych ślizgiem odjechała w kierunku drzwi wejściowych, podczas gdy lewa, wręcz naprzeciwnie, w kierunku salonu. W trakcie niekotrolowanego skrętu środek ciężkości znacznie wysunął się poza powierzchnię podstawy, a resztę sobie dośpiewajcie...

* * *

Lekarz był całkiem miły. Gipsując obie ręce coś tam wspomniał o wolnym etacie w szatni, ale zobaczywszy morderczy grymas na mojej twarzy zaprzestał dalszych docinków. Fakt, przypominałem chodzący, a raczej kuśtykający wieszak, bowiem oprócz rąk usztywniono mi również lewą nogę.
Kiedy wreszcie dotarłem do domu, żona usadowiła mnie na wersalce, położyła na gipsie przeczytaną już dwa razy gazetę sprzed tygodnia, na ławie zaś szklankę słonych paluszków.
- Zostałabym, ale telewizja siadła. Idę do Babci, ponoć mają satelitę w ramach jakiejś nieoczekiwanej promocji. Dziś zginie Rysiek z "Klanu". Baw się dobrze...
Drzwi trzasnęły zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
Na dworze zaczynało zmierzchać, a mnie się na dodatek zachciało się sikać!

niedziela, 18 grudnia 2011

Mieć jaja!

- Jaja to stan umysłu synek, a nie anatomiczna rozrzutność Stwórcy! - Dziadek Jacek odłożył szklankę na stół i chuchnął w grzbiet ściśniętej w pięść dłoni.
- To co w takim razie nosimy między nogami? - chwyciłem butelkę i wlałem do stylkowo rżniętych musztardówek resztkę śmierdzącego drożdżami mętnego płynu z wyciskanego przed chwilą przez lnianą szmatę zacieru.
- To tylko skórno-mięśniowy worek na jądra! Nic więcej!
- Ale przecież o to samo chodzi! - skrzywiłem się, walcząc z odruchem wymiotnym.
- Pieprzysz synek! To, że wsadziłeś do poszwy pierze nie oznacza, że stałeś się właścicielem kurzego stadka! - staruszek przewrócił oczami i opadł na blat stołu. Głowa wylądowała z hukiem obok szklanki, a gdzieś z jej środka doszedł cichy dźwięk klik-klak, klik-klak...

piątek, 16 grudnia 2011

Z pamiętnika REDnacza (22)

- To, żeś mnie dziadek podczas snu jak baleron związał i starą skarpetką zakneblował, znając Twoje głupie pomysły, jestem w stanie zrozumieć. - popatrzyłem z wyrzutem na staruszka, otrzepując ubranie z warstwy czarnego pyłu - To żeś mnie zataszczył do piwnicy wydało się dziwne, choć głupsze numery już mi wycinałeś, ale przysypanie toną węgla i uklepanie szpadlem to nawet jak dla mnie, dużo za dużo!
- Ale ja to dla Ciebie zrobiłem! Dla tego schamiałego kraju też zresztą! - Jacek skulił się i skrył twarz w dłoniach.
- Jakie dla mnie!? Jakie dla kraju!? Ja tam mało nie zszedłem stary capie! - odchrząknąłem przeciągle i wyplułem na gumoleum czarną od miału flegmę.
- Abo to synek przez tego Zamoyskiego!
- Że kogo? Tego pijanicę spod czwórki? - wytarłem usta wierzchem dłoni - Na policję dzwonię! Za współudział pójdzie siedzieć!
- A gdzie tam! To przez tego kanclerza, Jana zresztą! To on powiedział przecież, że "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"!

Za wszystkie prezenty do dupy...

Dziadek Jacek podbiegł na palcach do ceglanego kominka. Dogasający płomień bijący z jego wnętrza rozjaśniał pokój w promieniu trzech, góra czterech metrów. Mężczyzna stanął w jego blasku i wyjął niewielką saszetkę z lewej kieszeni kraciastych spodni. Trzask rozdzieranego papieru wypełnił pomieszczenie. Jacek rozejrzał się zdenerwowany, a następnie wsypał zawartość srebrzystej kopertki do stojącego na kominku mleka przy talerzyku z dwoma sucharami.
- No, grubasie, zobaczymy kto kogo w tym roku wydyma - przygryzł dolną wargę delikatnie mieszając płyn w szklance. Zanim zgniótł saszetkę spojrzał po raz ostatni na napis wydrukowany czarną czcionką na zużytym opakowaniu - GHB*...
Skarpety na prezenty, trącone przy stawianiu mleka obok talerzyka z ciasteczkami, zakołysały się lekko rzucając na ścianach długie cienie.

* GHB - (kwas 4-hydroksybutanowy) organiczny związek chemiczny znany też jako pigułka gwałtu. Duże dawki tej substancji (powyżej 4 gramów) mogą wywoływać amnezję i utratę świadomości.

sobota, 10 grudnia 2011

Znieczulica

‎- Ostatnio poszedłem ze swoim chłopakiem na miasto, a ten mi histerię przed wystawą sklepu z zabawkami urządził...
- I co?
- Zlałem go po dupsku i jeszcze w łeb strzeliłem! Wrzeszczał, ale łapsko mam ciężkie, to i się nie dziwię...
- A ludzie jacyś tam byli?
- Ano byli! Przecie święta idą, to i do sklepu na zakupy zleciało się luda jak much do gówna.
- I nikt nie interweniował, na policję nie dzwonił jakeś tego swojego lał?
- Ano nikt! Znieczulica jakaś w narodzie psia mać...

czwartek, 8 grudnia 2011

Z pamiętnika REDnacza (21)

- Fajnie jest być artystą, - powiedział kiedyś Dziadek Jacek, siorbiąc głośno lurowatą herbatę z plastrem obijającej się o ściany szklanki w wiklinowym koszyczku cytryny - jak napisze "chuj" na ścianie, to się ludzie doszukiwać będą w tym głębi, jakiej ten organ w życiu swoim i swego właściciela nie zaznał. A jak napisze to przeciętny obywatel, choćby i z duszą artysty, to mu za obrazę moralności mandat pierdykną i jeszcze każą sprzątać...
- Ile tym razem?
- Dwieście zeta! Ale oddam przy emeryturze!

środa, 30 listopada 2011

Z pamiętnika REDnacza (20)

- Dupa, to nie wszystko co może zaoferować Ci kobieta! - Dziadek Jacek poklepał mnie lekko po ramieniu, wpatrując się w babcię, ciągnącą zapamiętale papierosa marki Giewont przez długą szklaną fifkę.
- A co jeszcze? - spytałem cicho.
- Na przykład posiłki, sprzątnięty dom, poprane i poprasowane koszule... - staruszek westchął i zmarszczył lekko czoło.
- A jeśli nie?
- Jeśli ani nie posprząta, ani nie ugotuje, ani - co najgorsze - w nocy się nie wypnie, będziesz musiał skorzystać z cechy, która wyróżnia naczelne z całej reszty pełzająco-krocząco-latającego tałatajstwa.
- Inteligencja? - uśmiechnąłem się szeroko, dumny ze swej odpowiedzi.
- Ot, durny! - Jacek spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi - Z przeciwstawnych kciuków!

wtorek, 29 listopada 2011

Gniew córki

Rano, gdy wstawiałem wodę na kawę, przy czajniku znalazłem kartkę od Majki: Mamo budz 7:05 albo posmakujesz gniewu córki. Majkę obudziliśmy równo o wskazanej godzinie - nie było odważnych.


poniedziałek, 21 listopada 2011

Grupa rekonstrukcyjna

- Dobrze, że wstałeś! - Dziadek Jacek zsunął okulary na czubek nosa i pokazał na stojące obok krzesło - Siadaj, pomożesz mi z jednym dokumentem!
- Co tym razem? - westchnąłem ciężko, przecierając zaspane oczy - A może najpierw zrobię sobie kawę?
Staruszek pokręcił głową.
- Siadaj, nie marudź! Wyjaśnisz mi tylko co i jak i jesteś wolny!
- Czyli? - spojrzałem na kartkę papieru z wykaligrafowanym na górze napisem "Podanie".
- Bo widzisz synek, - emeryt skrzywił się lekko i spojrzał na mnie znad rogowych oprawek - ciągle trąbią o tych dotacjach unijnych na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Że każdy kto ma jakiś pomysł na siebie, siły i chęci, może się o coś takiego ubiegać i na dodatek tej kasy nie zwracać! Nie jak u tych bankowych krwiopijców!
- Ale... - westchnąłem przeciągle.
- Że niby stary jestem? Że siły nie mam? Oj, synek, żebyś ty na tym swoim topornym łbie ręki dziadka nie poczuł! Mam pomysł i czas! A chęci jeszcze we mnie tyle, że co i rusz muszę jej nadmiar ręcznie upuszczać... - Jacek zachichotał cicho, dźgając mnie w ramię palcem wskazującym.
- Czyli?
- Bo ostatnio tak jakoś wszędzie w Polsce te grupy rekonstrukcyjne powstają. Mundurki sobie historyczne kroją, karabiny strugają i dla turystów z kraju i z zagranicy występują...
- No tak, ale u nas, z tego co pamiętam, żadnej ważnej bitwy nie było! - popatrzyłem z ukosa na emeryta.
- No właśnie! Bo i nie o żadną tu bitwę chodzi! Tego od metra jest w całym kraju. Od Wikingów, poprzez średniowiecze, na II wojnie światowej i zamieszkach grudniowych kończąc. Do wszystkich potrzebne są jakieś akcesoria lub wdzianka z epoki, które koszty tylko generują i niewygodne są w użytkowaniu. A mnie do rekonstrukcji żadne fatałaszki nie są potrzebne!
- To co chcesz dziadek prezentować? - spytałem zaskoczony.
- Klasyki filmowe! - Jacek wypiął pierś i popatrzył na mnie z wyższością.
- Ale tam przecież też są potrzebne jakieś stroje, że o scenografii nie wspomnę!
- Nie wszystkie! - Dziadek popukał palcem w blat stołu.
- To o jakie klasyki chodzi?
- Na początek weźmiemy "Głąbokie gardło"! - staruszek podsunął mi kartkę i długopis - Pani Krysia spod czternastki już się zgodziła zagrać główną rolę!

czwartek, 17 listopada 2011

Był tysiączek!

Jak to ładnie wyglądało...

OFF-siki (100)

Plan oszczędnościowy

- Cóż jest aż tak ważnego, panie Glonojad, - Boss wgryzł się w bułkę z serem, kupioną w pobliskim zieleniaku - żeby przerywać mi zasłużony i zgodny z Kodeksem Pracy oraz regulaminem wewnętrznym naszego konsorcjum posiłek!
Niespodziewany gość rozejrzał się podejrzliwie, a następnie wyjął zza pazuchy rolkę papieru toaletowego w kwieciste wzory. Wokół rozszedł się zapach jaśminu.
- Panie Prezesie, - Glonojad wsparł jedną rękę o blat biurka, drugą podstawił papierowy krążek pod nos przełożonego - to jest standardowy papier toaletowy!
- No, nie przy jedzeniu! - Boss odjechał na fotelu z trudem przełykając ostatni kęs.
- Ale to nie to, co Pan myśli! - lekko przygarbiony mężczyzna pokraśniał na twarzy, wpatrując się to w zniesmaczonego pryncypała, to w trzymany w ręku przedmiot - Tu chodzi o pomysł racjonalizatorski na skalę światową, który pomoże naszej firmie wyjść z dołka i wypłynąć na szerokie wody!
W oczach Bossa pojawiły się chciwe ogniki...
- Pan pozwoli, że wyjaśnię! - Glonojad położył papier obok nadgryzionej bułki z serem i skierował palec wskazujący, na którym przed chwilą tkwiła rolka, wprost w pierś szefa - Chyba wie Pan co to jest... - spytał i popatrzył na zaskoczoną twarz Bossa - Proszę nie odpowiadać! Powrócimy jednak wkrótce do tego pytania... - dodał po chwili, na widok niebiezpiecznie ściągniętych brwi słuchacza - To natomiast jest standardowy papier toaletowy, - wskazał rolkę - którego szerokość wynosi 9 centymetrów, lub jak kto woli 3,5 cala. To dużo, żeby nie powiedzieć dużo za dużo. Dlaczego? - spytał cicho i spojrzał już mniej pewnie na przełożonego - A to dlatego, - podjął wywód, kiedy brwi Bossa nieznacznie zbliżyły się do siebie - że bez względu na wielkość pośladków, szerokość powierzchni podcieranej to ledwo 20-30% szerokości taśmy. Co to oznacza? - sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjmując pokazowy skrawek zużytej bibuły - Oznacza to tylko tyle, że cała reszta papieru marnuje się i jest stracona nie tylko dla osoby podcierającej, lecz również dla reszty ludzkości! Proszę spojrzeć! - Glonojad wyciągnął eksponat przed siebie. Boss wydął policzki i spojrzał zaskoczony na podwładnego...
- Ale to jest... - wykrztusił i zakrył usta dłonią.
- Tak, kochany Prezesie! To dowód największego marnotrastwa w dziejach ludzkości! - mężczyzna szczególnie mocno zaakcentował słowo "największego" - Na szczęście ja Apoloniusz Glonojad, syn Pankracego i Jadwigi z domu Przyrwa, w porę je wykryłem! Mało tego, wymyśliłem już plan zaradczy, który może pomóc naszej firmie wyjść z finansowego dołka i na nowo wywindować słupki giełdowe na niespotykane dotąd wyżyny! Plan jest prosty i kilkuetapowy! - gość wyjął z drugiej kieszeni kracisatej marynarki nożyczki i wyciął z egzemplarza pokazowego czysty papier, pozostawiając na nim tylko część z brązową kreską - To etap pierwszy! - stwierdził z dumą i pomachał papierem przed walczącym z odruchem wymiotnym szefem. - Każdy następny polegać będzie na zmniejszaniu powierzchni czyszczącej aż do jej całkowitego zaniku! Co to oznacza?! Tylko tyle, że samo posiadanie przez ludzi dłoni będzie uznawane za wystarczający powód do obciążania ich opłatami jak obecnie za kupno papieru toaletowego! Zero inwestycji, zero kosztów! Czysty zysk! Oczywiście plus VAT! - dodał rozanielony.
Glonojad popatrzył na prezesa i wystawił palec wskazujący przed oblicze szefa.
- Pamięta pan moje wcześniejsze pytanie?
Boss zanurkował pod biurko. Nie wytrzymał...

OFF-siki (99)

czwartek, 10 listopada 2011

Z pamiętnika REDnacza (19)

Pojemniki na surowce wtórne przypominały wielkie, zielone czopki, na których szczycie ziały okrągłe otwory, niczym pyski ryb rozwarte w niemym okrzyku.
- "Szkło", "Plastik", "Papier" - Dziadek Jacek przeliterował powoli napisy namalowane kanciastą czcionką na jasnych tabliczkach przymocowanych grubymi śrubami do boku każdego z nich.
- Papier, szkło, papier, szkło... - ręka, wbrew rozkazowi płynącemu z mózgu, powędrowała praworządnie w okolice wlotu zbiornika na makulaturę. Wypracowany przez lata odruch towarzyszący segregacji śmieci jak na razie wygrywał z chęcią zemsty. Na razie...
Emeryt westchnął głęboko, ścisnął nerwowo niewielkie tekturowe pudełko po paście do zębów i cisnął je z całych sił w gardziel kontenera na szkło. Lewa powieka zadrgała nerwowo.
- To za Hankę*, sukinkocie! - syknął przez zaciśnięte zęby i splunął wprost w czerń okrągłego otworu...

* Hanna Mostowiak, z domu Walisiak. Żona Marka oraz mama Mateusza i adoptowanych nastoletnich córek: Natalki i Uli. Zginęła w wypadku samochodowym, kiedy to wjechała w grupę morderczych kartonów, chcąc uniknąć rozjechania małej dziewczynki.

Nauki Mistrza Yo {25}

Mistrz Yo lubił chadzać boso po lesie przy pełni księżyca. Często w czasie jej trwania wyruszał na pobliskie wzgórza obrośnięte gęsto drzewami sosny i w mury klasztoru powracał dopiero wraz z pierwszymi promieniami słońca, wychylającego się nieśmiało zza skalistego szczytu góry Sako.
Tak było i teraz.
Noc była chłodna, a wielka tarcza tkwiąca pośrodku nieba rozświetlała ścieżkę, którą powoli i dostojnie szedł mnich i zaciągał się zachłannie wilgotnym powietrzem. Tuż za nim podążał jak cień najwierniejszy z uczniów, pulchny Hashi.
Mistrz nagle przystanął, spojrzał w górę i syknął cicho, wpatrując się spod przymkniętych powiek w jasną tarczę nocnego wędrowcy.
- Ja pierdolę! - rzekł cicho.
- Masz rację mistrzu! - młodzieniec również zapatrzył się na jasny okrąg tkwiący niewzruszenie na czarnej płachcie nieba - Taki widok może zachwycić!
- Ajtam zaraz zachwycić! - starzec wsparł się o pień pobliskiej sosny i wykrzywił twarz w grymasie bólu - Po prostu wpieprzyłem się w szyszkę!

sobota, 15 października 2011

Symbol

HISTORIA PEWNEGO SYMBOLU białym wierszem przez REDnacza spisana, czyli jak Śpiąca Królewna wpłynęła na jakość i sposób pozdrawiania.

Królewna
dziabła się
wrzecionem
w palec.
Ten środkowy.
- Fuck!
I zasnęła...
Symbol pozostał.

Z pamiętnika REDnacza: Dialogi z Majką

Wróciłem z zakupów. Siaty rzuciłem w kuchni i usiadłem zmachany na fotelu w dużym pokoju. Majka oglądała akurat jakiś film w telewizji. Na stole leży pudełko świeżych i zgrabny stosik zużytych już chusteczek...
Oto streszczenie filmu w telegraficznym skrócie:
Ona była z Pierwszym, a potem z Drugim. Ten Pierwszy przyszedł na uroczystość, na której Ona była z tym Drugim i zrobił karczemną awanturę. Doszło do rękoczynów i ogólnej rozpierduchy. Kiedy przyszło wybierać między Pierwszym i Drugim Ona nie wybrała żadnego i wpatrywała się wieczorem z tarasu w księżyc w pełni...
Pojawiają się napisy, Majka ma szklane oczy.
- A Tobie co? - pytam.
- Ty i tak tego nie zrozumiesz...
Poczułem się staro...

* * *

Na obiad zrobiłem kapuśniak. Na kiełbasie. Na chwilę wyszedłem z pokoju do kuchni po chleb. Po powrocie zastałem miskę ograbioną ze wszystkich kawałków kiełbasy.
- Wróżka... - powiedziała Majka poważnie.
- Ja jestem wróżka!
- ... to się dzisiaj nalata.

* * *

Wczoraj ugotowałem kapuśniak - wyszedł naprawdę dobry. Dziś, gdy jadłem go z Majką, licząc na choćby drobną pochwałę z Jej strony, spytałem z głupia frant:
- Zupa palce lizać, no poezja normalnie! Ciekawe kto ugotował taki pyszny obiadek?
Majka spojrzała na mnie jak na idiotę.
- Ratatuj?

* * *

‎- Idę z Docentem i do sklepu (tu padła nazwa Kaufland, której, aby nie lokować nazwy produktu na blogu, nie podam), coś mam kupić?!
Majka wyjęła 20 groszy ze skarbonki, otworzyła portfel i wsadziła monetę do środka.
- Dla mnie serniczek!
- Ale to kosztuje nieco więcej! - spojrzałem na córkę z wyrzutem.
- Ty sobie jakoś poradzisz! - odparła rezolutnie.
Duma wypełniła obie komory serca, łącznie z przedsionkami, z wiary córki w siły własnego ojca, lecz za moment stan błogi zburzyła myśl czarna. A co, jeśli kiedyś, przez zupełny przypadek, ślepy los rzuci ciało me obfite do salonu samochodowego lub developera?
- Następnym razem powiem tylko, że wychodzę z psem... - pomyślałem.

czwartek, 13 października 2011

Z pamiętnika REDnacza: Jelitówka

Rodzice postanowili odwiedzić znajomych z Sanoka. Dorośli są, wiedzą co czynią... Chyba...
Wczoraj zadzwonili do babci ze sprawozdaniem z wyjazdu.
- Dzwoniła Grażyna, (mama) - poinformowała mnie babcia, zanim zdjąłem buty w korytarzu - mówiła, że wszyscy tam teraz chorują na jakąś jelitówkę...
- Do mnie też dzwoniła, - cmoknąłem staruszkę w policzek - być może w Sanoku to się nazywa jelitówka, u nas to zwykły kac...

Dialogi z Majką: Wróżka Zębuszka

Dzień pierwszy
Majce wyleciały dwa zęby. Wsadziła je pod poduszkę, a ja zapomniałem je wymienić na kasę (kurs jednego mleczaka - 10 zeta). Stanęła rano przede mną i zmarszczyła czoło:
- A zęby jak leżały tak leżą! Czy wróżka mnie słyszy!?

Dzień drugi
Majka wstała kilka minut przede mną. Jako, że wczoraj ruszał Jej się ząb, a dziś rano wyleciał, postanowiła dyskretnie mnie (wróżkę zębuszkę) o tym poinformować, napisała kartkę i położyła na biurku:
Mam ząb pod poduszką. Niech wróżka się obudzi i da kasę!


czwartek, 6 października 2011

Karolka, czyli tym razem coś dla dzieci

Lubicie czytać bajki? Ja lubię i, choć wielu osobom wyda się to dziwne, jestem z tego dumny. Jako, że sam jakiś czas temu rozpocząłem pisać pewną opowieść dla dzieci, dziś zamiast mocno obrazoburczego tentegowania przedstawię Wam Karolkę, dziewczynkę która jest główną bohaterką opowieści o pewnym Złodzieju Dziur. Wystarczy kliknąć na obrazek poniżej, by otworzyć plik z dotychczas napisaną przeze mnie historią! Już wkrótce (mam nadzieję, albowiem nie znasz dnia ani godziny) kolejne rozdziały! Opowieść o rudowłosej dziewczynce znajdziecie również (wraz z grafikami) na Papierowym Psie.


piątek, 30 września 2011

Dzień chłopaka

- Dzień chłopaka... Diabli nadali to popaprane święto. Zawsze wypada tak jakoś w ostatniej chwili... - pomyślałam patrząc z rana na fotografię swojego faceta, stojącą obok potężnego budzika z wielkimi uszami metalowych dzwonków - Zapomnieć źle, zignorować jeszcze gorzej... Złożyć życzenia, owszem, ale to jakby za mało... - wcisnęłam nogi w puszyste papucie i poszurałam do łazienki, zakładając po drodze szlafrok z wielkim smokiem na plecach.
- A tobie co? - Dziadek Jacek popatrzył mi w oczy, podnosząc opuszczoną głowę grubym palcem wskazującym.
- Dzień chłopaka, a jak jak zwykle pusta! - wzruszyłam ramionami i westchnęłam cicho.
- Jeśli chcesz zrobić mu przyjemność, to weź dwa jajka, 2 płaskie łyżki kakao, 5 płaskich łyżek cukru pudru, 125 ml śmietanki 30%, 1 cukier waniliowy i 1 czubatą łyżkę rodzynek, i...
- I co? I co? - spytałam zaciekawiona.
- I zrób mu loda!

poniedziałek, 26 września 2011

Dowcip

Stefan był typem gawędziarza. Lubił mówić długo, choć nie zawsze z sensem, szczególnie zaś gustował w opowiadaniu dowcipów wyczytanych w działach rozrywkowych wszelkiego typu pism branżowych i reklamowych gazetach wielkich sieci handlowych. Kiedy pojawił się w progu drzwi mej skromnej kawalerki, wiedziałem, że oto przybył z zestawem kolejnych niestrawnych wiców. Nie pomyliłem się.
- Znasz dowcip jak facet przychodzi do lekarza z ptakiem na głowie? - Stefan rozsiadł się na fotelu i spojrzał na mnie spod ściągniętych brwi.
- Chyba...
- A lekarz pyta... - gość nie czekał na moją odpowiedź tylko podjął opowiadanie - ... co się panu stało? Coś mi się przykleiło do dupy, powiedział ptak! Ha, ha, ha...
- Dobre! - uśmiechnąłem się krzywo i spojrzałem na rozbawionego Stefana.
- Dziękuję! - dobiegło z rozporka jego spodni...

wtorek, 13 września 2011

Metro

Janek - dwudziestoletni syn organisty, chłop mierzący przeszło dwa metry wzrostu, mieszkał kątem u rozwiedzionego ojca, w niewielkiej osadzie tuż przy trasie wylotowej wielkiej aglomeracji miejskiej, rozciągającej się na północy pewnego kraju na południu średniej wielkości kontynentu. Od dzieciństwa marzył o pracy w metrze i prowadzeniu ciemnymi tunelami składu pełnego jadących z i do pracy, na zakupy czy choćby z wizytą do znajomych ludzi. Już jako chłopiec zbudował sieć sklejonych taśmą tuneli z walcowatych tekturek z papieru toaletowego, by przeciskać przez nią niewielkie samochodziki, plastikowe żołnierzyki, a nawet kupiony na dziesiąte urodziny przez ojca zestaw składający się z małej lokomotywy i dwóch równie małych wagonów.
Kiedy skończył lat dwadzieścia, postanowił za wyciągane z ojcowych spodni drobniaki kupić bilet i pojechać do miasta, by po raz pierwszy zobaczyć metro.
Niestety, gdy Janek stał na peronie i chłonął atmosferę podziemnej kolei, ktoś pchnął go przez przypadek na torowisko. Nim chłopiec wstał przejechał po nim skład i obciął mu nogi.
Biedny z metra cięty Janek...

poniedziałek, 12 września 2011

Takie sobie bajeczki - Lis i wilk

Żelazną łapą, prawie od roku, rządził lasem rudy lis. Początkowo, kiedy szukał poparcia swojej kandydatury na nowego szefa puszczy, był miły, sympatyczny i uczynny. Bawił się z maluchami, starym znosił smakołyki, a młodym obiecywał nowe nory oraz bezkresne pastwiska i łowiska - w zależności od gustu i preferencji kulinarnych. Trwało to do demokratycznych wyborów, w których uzyskał znaczącą przewagę nad drugima kandydatem do stanowiska leśnego prezydenta - starym i mądrym wilkiem, piastującym je dwie poprzednie kadencje.
Do tej pory wilk, jako władca lasu, mieszkał w norze wykopanej śród korzeni wielkiego dębu, po przegranych wyborach, przeniósł się do jaskini w wielkim kamiennym kopcu, usypanym wieki temu przez pradawnych, dwunożnych panów tego zakątka. Stamtąd szerzył swe rewolucyjne teorie, zmierzające do obalenia coraz bardziej uciążliwego jarzma lisa i jego przybocznej armii silnych lecz przygłupich niedźwiedzi. Bowiem wilk, jako jeden z nielicznych, od razu wyczuł ukryte intencje rudzielca i jego chorobliwe pożądanie władzy absolutnej.
Nowy władca puszczy tolerował zachowanie swego poprzednika, który ciągle cieszył się sympatią i szacunkiem sporej liczby jej mieszkańców, w pewnym jednak momencie postanowił cichaczem usunąć niewygodnego krytyka swej osoby. Z misją zabicia wilka wysłał największego i najbardziej zaufanego niedźwiedzia. Ten poszedł do nowego lokum czworonoga, lecz nie zastał go ani w samej jaskini, ani w najbliższej okolicy. Szukał więc i szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał... Wreszcie zmęczył się, usiadł na jednym z leżących wokół kopca wielkich i zimnych głazów i w ten sposób... dostał wilka.

środa, 7 września 2011

Biały kruk

Nerwowo pukałem palcami w oparcie fotela. Była prawie osiemnasta, a dziadka jeszcze nie było. Obiecał, że z samego rana wybierze się do znajomego i odkupi od niego Mickiewicza, tymczasem od kiedy wpadł tuż po ósmej po pieniądze, do tej pory nie dał nawet najmniejszego znaku życia. Telefon milczał, i to zarówno dziadkowa komórka jak i numer stacjonarny znajomego. Staruszek dostał prawie dziesięć tysięcy, na tyle umówiłem się z jego wieloletnim przyjacielem i właścicielem sporej wielkości zbioru literackich białych kruków za paryskie wydanie "Pana Tadeusza" z 1834 roku. Lekko po południu zacząłem się niepokoić, zarówno o dziadka jak i wielokrotnie przeliczanej kupki banknotów, wyciągniętej poprzedniego dnia spod stosu wykrochmalowej na sztywno pościeli. Teraz, gdy wskazówki na tarczy wiekowego zegara utworzyły pionową kreskę, zacząłem wpadać w panikę. Wiem, nazwiecie mnie oszustem żerującym na ludzkiej naiwności, lecz zapewniam was, że obie strony świadome były wartości wspomnianego dzieła i nieadekwatności wyznaczonej za nie ceny. Ja nie pytałem czemu zawdzięczam możliwość kupna jednego z tysiąca znanych egzemplarzy dzieła za tak śmieszne pieniądze, a i dotychczasowy jego właściciel nie spieszył z wyjaśnieniami. Nie powiem, taka sytuacja nawet mi pasowała. Dziadek obiecał pośredniczyć w transakcji.

A teraz nie było ani dziadka, ani pieniędzy, ani Mickiewicza...

Kiedy ktoś wreszcie zapukał do drzwi, serce skoczyło aż po same gardło, a trzęsące się z podniecenia dłonie z trudem przekręciły pokrętło zasuwki.
W progu stał chwiejący się lekko emeryt, wyciągając przed siebie oprawioną w ciemnobrązową skórę książkę.
- Masz chłopsze! - wybełkotał, krzywiąc twarz w pijackim uśmiechu.
Wyrwałem mu "Pana Tadeusza" z rąk i przytuliłem do policzka.
- Nareszcie! - chłód twardych okładek zadziałał jak uzdrawiający okład.
Odchyliłem je delikatnie zaglądając do środka.
Na lekko pożółkłej kartce, w siedmiu wierszach stało: "Pan Tadeusz czyli ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem".
Przystawiłem nos do książki.
- Czujesz to staruszku? - popatrzyłem spod przymkniętych powiek na kiwającego się na boki posłańca, tkwiącego w progu z głupawym uśmiechem na mocno zarumieniomym obliczu - Czy widzisz ten nieregularny wzór zacieków i rozmytych plam, wsiąkających przez wieki w chropowatą fakturę papieru? Czy czujesz ten zapach? Tę kompozycję celulozy i farby drukarskiej? Ten aromat podniecającej starości? Czy wiesz jak długo powstawała ta niebiańska kompozycja? Czy wiesz jak i gdzie zaistniała ta podniecająca fuzja?!
- Pot pachą! - Dziadek podniósł do góry rękę, pokazując sporej wielkości zaciek potu na jasnoniebieskiej koszuli - Rense miałem sajente...

piątek, 2 września 2011

Z pamiętnika REDnacza {15}

Ciężka skrzynka klimatyzacji zakaszlała metalicznie, prychnęła, zaiskrzyła i umarła. Lekarz wyjmujący igłę z moszny Dziadka Jacka (emeryt przez przypadek usiadł na babcinym jeżyku z wkłutymi weń przyborami krawieckimi), spojrzał z wyrzutem na blaszane monstrum przyssane do parapetu. Urządzenie, choć mało już wydajne i nie pierwszej młodości, zapewniało lekki chłód w pozbawionej naturalnej cyrkulacji powietrza sali. Teraz  atmosfera zamarła, dziwnie zgęstniała i zaczęła skraplać się na fartuchach i wystających spod nich fragmentach skóry zespołu operacyjnego i leciwego pacjenta. Pielęgniarka przysunęła się do lekarza i przetarła mu czoło białą chusteczką.
Mężczyzna wyszarpnął gruby kawał półokrągłego druta z ciała śpiącego emeryta i rzucił z brzękiem na podstawioną przez asystującego mu doktora metalową tacę - I koniec! - wyprostował się i przeciągnął aż do lekkiego chrupnięcia w kręgosłupie - Wyszło szydło z worka!

niedziela, 21 sierpnia 2011

Nauki Mistrza Yo {24}


Mistrz Yo zmarszczył czoło i poprawił ręcznik owinięty wokół głowy. Gdzieś tam, w środku, pracował potężny młot pneumatyczny, rozsadzając czaszkę równomiernym pulsowaniem w skroniach.
Starzec z wczorajszego dnia pamiętał tylko uśmiechniętą twarz Aikido Sushi, miejscowego rolnika, który przyjechał do klasztoru z kilkoma workami ryżu i antałkiem własnoręcznie pędzonego sake. Późniejsze wydarzenia jakby ktoś wyciął mistrzowi z życiorysu mieczem. Kolejny obraz, który pojawił się w głowie, to ostre promienie słoneczne kłujące w oczy i towarzyszący temu ból w skroniach oraz suchość w ustach.
Yo usiadł i syknął cicho.
Poprawił kompres i popatrzył na lewą dłoń. Trzymał ją kilka sekund przed oczami, a następnie ułożył powoli na kolanach. Ból znowu zaatakował głowę. Mistrz sięgnął do czoła i przycisnął zmoczony ręcznik do skóry. Opuszczając prawą rękę, zatrzymał ją na chwilę przed oczami.
- Gdzieś już to widziałem! Ale jakby odwrotnie! - powiedział cicho, ściągając gęste brwi i mrużąc oczy - Ale cholera nie pamiętam gdzie! Jak to się nazywa?
- Déjà vu! - wyrwało się jednemu z uczniów, stojących w progu pokoju nauczyciela i czekających cierpliwie, aż ten się obudzi.
- Dłoń, głupku! - odpowiedział Yo i opadł na matę.

Mr Baloon {34}


Odszkodowanie

Podkomisarz Ciepłokluchin uderzył po raz kolejny. Twarz przesłuchiwanego przyjęła cios, odkształcając się niczym plastelina, poczym odskoczyła w bok, tryskając kleistą mazią śliny połączonej z krwią. Ciemnoczerwona masa zatoczyła w powietrzu łuk i spadła na mankiet białej koszuli podinspektora Borysa Paprochina.
- Szlag! - mężczyzna starał się zetrzeć plamę opuszkami palców, lecz ta, jak na złość, tylko się rozmazała - Masza mnie zabije!
Ciepłokluchin spojrzał z trwogą na przełożonego.
- Wybaczcie towarzyszu...
Paprochin wyjął chustkę z monogramem Służb Bezpieczeństwa, odkręcił butelkę gazowanej wody "Propitannyj Konsomolec", wylał kilka kropel na zabrudzenie, przecierając je szybko lnianym prostokątem.
- Szoli szeba... - wycharczał przesłuchiwany przez napuchnięte niczym balony wargi - Szól omaga...
Podinspektor sięgnął do szafki biurka i wyjął szklaną solniczkę, stojącą do tej pory obok kilku innych przypraw i talerzyka z kanapkami przygotowanymi przez żonę. Potrząsnął pojemniczkiem patrząc jak białe kryształki rozpuszczają się w kontakcie z wilgotnym mankietem.
Ciepłokluchin tymczasem uderzył ponownie. Zmasakrowana twarz odskoczyła niczym piłka.
Paprochin spojrzał na mężczyznę siedzącego na niewielkim zydelku z rękami skutymi na plecach. Stiopa Bezjajkin. Całkiem fajny gość. Jeszcze tydzień temu pracował za ścianą w dziale obraz średniego stopnia. Widywał go codziennie około południa, kiedy przysługiwała mu półgodzinna przerwa. Wychodził wtedy do niewielkiego aneksu kuchennego, gdzie pomiędzy zjadanymi naprędce kanapkami, zawijanymi w szary papier pakowy, przepijanymi kawą zbożową dostarczaną w wielkim garze ze służbowej stołówki, wypalał dwa lub trzy papierosy marki "Kriepki Pionier".
Podinspektor zapamiętywał takie szczegóły. Skrzywienie zawodowe. Poza tym poczuł sympatię do tego okrągłego jegomościa.
Stiopa spojrzał na Borysa mętnymi oczyma. Westchnął cicho i stracił przytomność. Głowa opadła i wsparła się podbródkiem na klatce piersiowej.
- Ocucić towarzyszu podinspektorze? - Ciepłokluchin popatrzyła na przełożonego i sięgnął po emaliowane wiadro stojące pod ścianą.
Paprochin wiedział z jakiego wydumanego powodu niedawny sąsiad siedzi nieprzytomny w jego biurze i krwawi na ciemnobrunatną terakotę. Wkurzało go to, ale nie zwykł komentować i podważać rozkazów żadnego z przełożonych. Rozkaz jest rozkaz. Albo robiłeś swoje, albo wypadałeś z gry. A gdzie on, ze swoimi umiejętnościami pracę znajdzie. Potrafił tylko w pysk lać i czapkować oficerom wyższym stopniem. Może szwagier znalazłby mu coś u siebie w kwiaciarni, ale na cholerę komplikować sobie życie... Więc robił swoje, nie zastanawiając się jakiego biedaka leje i jakiej kanalii czapkuje. Albo odwrotnie...
W tym wypadku powód pojawienia się Bezjajcewa w jego wydziale był prosty. Jakieś trzy dni temu poślizgął się on na wylanej w aneksie kuchennym kawie i zwichnął rękę. Odszkodowanie było wyjątkowo spore, co zdziwiło nie tylko samego poszkodowanego, lecz i bezpośredniego przełożonego Stiopy, Ulika Romanowa Krwiopijcyna. Mężczyzna, znany ze swego zamiłowania do hazardu, zadłużył się u miejscowych bukmacherów, którzy coraz natarczywiej domagali się zwrotu należnej kasy, wraz z wyjątkowo wysokimi odsetkami. Krwiopijcyn był pod ścianą, kiedy więc usłyszał o nagłym przypływie gotówki swego podwładnego, napisał na niego zgrabny donos, informując przy okazji rodzinę, że jego wycofanie uzależnione jest od grubości ewentualnej koperty, jaką z przyjemnością zobaczy w szufladzie swojego biurka. Pani Bezjajcewą zaś, w pozycji ginekologicznej, przywita jako premię za dobre serce na blacie tego samego biurka.
Niestety okazało się, że nieświadoma jeszcze wtedy powodu aresztowania męża, niewiasta w jeden dzień wydała całą kwotę, wzbudzając oburzenie zarówno świeżo pojmanego Bezjajcewa jak i samego Krwiopijcyna.
- Ocucić! - rozkazał Paprochin i spojrzał na mankiet koszuli z ledwo już widoczną czerwoną plamką.
Woda chlusnęła na przesłuchiwanego, który podniósł głowę i spojrzał na swoich oprawców.
Paprochin zamachnął się. Pięść ześlizgnęła się z ledwo muśniętego czoła i trafiła w trzymane przez Ciepłokluchina na wysokości piersi emaliowane wiadro. Ból wstrząsnął ciałem oficera. Krew na dłoni tym razem nie należała do aresztanta, lecz cienką strużką wylewała się ze skaleczenia na kostkach palców podinspektora. Dwa z nich zaczęły gwałtownie puchnąć, pulsując bólem zgodnie z rytmem serca i tłoczonej do dłoni krwi.
- Kurwa, - pomyślał Borys - chyba złamane.
- Coś się stało? - Podkomisarz zmarszczył czoło i wyjrzał zza wiadra na przełożonego.
- Nie, nic! - Paprochin spojrzał na Bezjajcewa i lekki dreszcz przeszedł mu po plecach - To zwykłe skaleczenie...

* * *

- Siadajcie proszę! - Ulik Romanow Krwiopijcyn wskazał niewielki zydelek stojący przed potężną bryłą ciemnobrązowego biurka - Właśnie dotarł do mnie pewien dokument, - mężczyzna poczekał aż podwładny usiądzie na stołku, poczym uniósł wyrwaną z zeszytu kartkę, zapisaną niezgrabnymi kulfonami i pomachał nią energicznie. Borys rozpoznał ten świstek. To była niezaliczona kartkówka z gimnazjum, chyba z wychowania obywatelskiego - podważający Pana wizerunek jako praworządnego obywatela i lojalnego funkcjonariusza. - Bez wdawania się w zbędne szczegóły, chyba zdaje Pan sobie sprawę, co się stanie jeśli nadam mu bieg służbowy...
Paprochin przełknął ślinę i poluzował nieco krawat.
- Zdaję sobie sprawę towarzyszu!
- Macie szczęście, że trafiło to akurat do mnie - Krwiopijcyn wstał z fotela i podszedł do bocznych drzwi, obitych czarną skórą. Wyciągnął papierosa ze srebrnej papierośnicy, opukał go o lśniące wieczko i zapalił jednorazową zapalniczką z wizerunkiem Przewodniczącego. Huknął pięścią w framugę i poczekał aż z drugiej strony ktoś odblokuje masywną zasuwę.
Ulik zaciągnął się z widoczną błogością szarym dymem z papierosa i pchnął lekko drzwi.
W drugim pomieszczeniu, na podobnym jak w biurze zydelku siedziała jakaś kobieta z rękami związanymi na plecach i opuszczoną na pierś głową. Obok stał Ciepłokluchin i obijał lekko czarną służbową pałkę o udo. Na znak przełożonego złapał niewiastę za włosy i pociągnął je do góry, ukazując Paprochinowi zakrwawioną twarz. To była Masza.
Krwiopijcyn zamknął drzwi i podszedł do Borysa.
- Niestety szanowna małżonka odmówiła współpracy, więc ten miły obowiązek spadł na Pana, podinspektorze. - mężczyzna poklepał blat biurka i zaczął rozpinać rozporek - No siup! - popatrzył zdziwiony na podwładnego - Wskakujemy na biureczko, raz, dwa, raz, dwa...

sobota, 13 sierpnia 2011

Rozczarowanie...

Widok jaki rozpościerał się ze szczytu zachwycał i zapierał dech w piersi. Mężczyzna wyjrzał poza krawędź płaskiego jak stół wierzchołka na zbocze, którym jeszcze przed chwilą szedł. Kłęby białych chmur wbijały się w skalną ścianę jakieś kilkaset metrów poniżej, zasłaniając rosnące u podnóża góry zbite masy regli.
Mężczyzna zebrał ślinę w ustach, odchrząknął i splunął. Tyle lat o tym marzył. Flegma zatoczyła w powietrzu łuk i opadła z plaskiem na ciągnące się jaśniejszą smugą po zboczu nieregularne gruzowisko.
Mroźne powietrze wypełniło płuca i wywołało gęsią skórkę na spoconej skórze. Mężczyzna rozejrzał się. Jeszcze na początku liczył próby zdobycia szczytu, lecz po kilku latach przestał. Nie zaznaczał już nawet kolejnych krzyżyków na wielkim głazie, tkwiącym jak strażnik u podnórza góry. Teraz nareszcie mu się udało, lecz fakt ten nie wywołał oczekiwanego wybuchu radości. Być może gdyby udało mu się za pierwszym, góra drugim razem... Po tylu latach przyzwyczaił się do ciągłych prób, oswoił niepowodzenie i nagły sukces nie tyle zaskoczył, co zwyczajnie zasmucił.
Mężczyzna tyle razy marzył o zdobyciu wierzchołka, tyle razy wyobrażał sobie ten dzień, każdy szczegół chwili do której dążył od dekad... Tymczasem rzeczywistość rozczarowała.
Poza tym szczyt okazał się taki zwyczajny...
Mężczyzna podszedł do wielkiego głazu i niby od niechcenia zepchnął go z krawędzi.
- Ups! - udał zaskoczenie i rozejrzał się wokoło - Się mi znowu wymsknęło!
Tymczasem okrągły kamień nabrał szybkości i wbił w kłebowisko chmur.
- Chyba znowu trzeba będzie zaczynać od początku! - Syzyf uśmiechnął się lekko i podskakując niczym dziecko, zbiegł śladem głazu, znikając po chwili w śmietanie białych obłoków.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Karolka i Złodziej Dziur

Na Papierowym Psie, czyli moim blogu dla dzieci, powstaje od jakiegoś czasu bajka o Karolce i Złodzieju Dziur, do których - w miarę wolnego czasu - robię też ilustracje. Jeśli chcecie poznawać przygody Karolki, Otto von Schnytzlla i nieznanego jeszcze z imienia chłopca - zapraszam!


niedziela, 7 sierpnia 2011

OFF-siki ruleżą, czyli rozstrzygnięcie plebiscytu

Pora rozstrzygnąć konkurs na najbardziej tentegaśnego bohatera jaki się zrodził na tym zniesmaczającym profilu.

Bezapelacyjnie zwyciężyły OFF-siki, które okolicznościowy puchar wciągnęły (nie bez problemów i oporów z mojej strony) zaraz do chałupy i postawiły na honorowym miejscu (gdzieś między wątrobą a krańcowym odcinkiem dwunastnicy).
Drugie miejsce zajął Docent i Rysiek (przy okazji - Wasza prośba o większą ilość przygód tej dwójki zostanie łaskawie wysłuchana), natomiast na ostatnim stopniu podium stanął (bluźniąc przy tym niemiłosiernie) Dziadek Jacek (powiedział, że ma to tam, gdzie OFF-siki trzymają puchar).
Tuż za pudłem uplasowały się Ófoki, które skwitowały to nadprogramową gestykulacją.

A oto do kogo trafiają nagrody:
1. Wyczesany grzebień + słuchawki Cresyn - Dagmara Tomczyk (za list miłosny do Dziadka Jacka)
2. Wyczesany grzebień + Player Chuwi - Jacek Franc (za hasła propagujące niezdrowy tryb myślenia)
3. Wyczesany grzebyk + gra Alhambra - Mirosław Połtasiński (za całokształt zawarty w bryle słowa dupa)
4. Wyczesany grzebyk + pakiet książek - Celinka_76@... (za garść sugestii dotyczących OFF-sików, które zarchiwizowane zostały w ich domu - niedaleko pucharu).
5. Wyczesany grzebyk + pakiet filmów dvd - Przemek Martyniak (za wiersz ku czci, który wisi wykaligrafowany obok sugestii Celinki_76).

Laureatów proszę o podesłanie danych adresowych, wszystkim uczestnikom serdecznie dziękuję i zapraszam na następne akcje, które już wkrótce!

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nauki Mistrza Yo {23}

Mistrz Yo usiadł na kamieniu i zapatrzył w proces gnilny liścia.
- I poco się to wszystko człowiekowi? - spytał cicho.
- Co po co człowiekowi? - podjął pytanie jeden z uczniów, podążających za swym nauczycielem, gdziekolwiek i kiedykolwiek ten by się nie udał.
- Zazwyczaj w 99% z wody, ale oprócz tego z soli, tłuszczów, mocznika, kwasu mlekowego, związków mineralnych i... - Yo popatrzył na młodzieńca i przekrwionymi oczami - ...węglowodanów. Tyle czemu się skubańce tak łatwo rozpadają?!

piątek, 8 lipca 2011

Potyczki biurowe (3)

Boss popatrzył po twarzach zebranych w sali konferencyjnej. Przygryzł dolną wargę i westchnął ciężko.
- Szanowni Państwo, - zaczął cicho - lekka zapaść na rynku, a co za tym idzie kiepska sytuacja finansowa firmy zmuszają mnie do pewnych cięć budżetowych.
Fioletowo-srebrna mucha zabrzędzała za ściągniętymi pod sufitem paskami zakurzonych żaluzji.
- Musimy urealnić wydatki, w przeciwnym razie czeka nas widmo zwolnień grupowych.
- Czyli? - dobiegł spod stołu głos księgowego Pleśniawki.
- Czyli musimy urealnić wydatki...
- Czyli? - Pleśniawka nie dawał za wygraną.
- Czyli obetniemy pensje o 20 procent i wstrzymamy na czas nieokreślony premie, stażowe, szkodliwe i tym podobne dodatki.
Po sali rozszedł się szept niezadowolenia.
- Ale przecież pan - głowa księgowego wychyliła się zza krawędzi stołu - nie odcina swojej pensji! W ubiegłym miesiącu kupił pan sobie nowy samochód, był na wczasach w Grecji, a z tego co wiem, w przyszłym tygodniu wybiera się do Tanzanii!
Szept niezadowolenia przybrał na sile.
- Panie Plaśniawka - Boss oparł się o biurko i popatrzył na podwładnego z matczyną wręcz czułością - kiedy kupił Pan sobie ostatnio samochód?
- No kilkanaście lat temu...
- A kiedy był Pan ostatnio na wczasach za granicą?
- No też... - księgowy wbił wzrok w leżący nieopodal zszywacz.
- Czyli można powiedzieć, że w Pana przypadku te wydatki, w przeciwieństwie do mnie, są raczej nierealne, czyli jako nierealne mogą zostać obcięte!
- No raczej tak... - mężczyzna kiwnął głową i spojrzał spode łba na przełożonego.
- A co ja powiedziałem - Boss uniósł krzaczaste brwi - że co mamy robić? Urealniać wydatki!

czwartek, 7 lipca 2011

Z pamiętnika REDnacza {14}

Dziadek Jacek postanowił przeprowadzić ze sobą wywiad-rzekę. Zebrał stos materiałów źródłowych, umówił się na spotkanie, przywdział trumienny garnitur, takież lakierki i białą koszulę z czarnym krawatem, jednak przed rozmową postanowił zadać synowi kluczowe pytanie:
- Powiedz mi, jak to jest być potomkiem takiego zajebiście inteligentnego człowieka?
Junior zaśmiał się dziwnie...
Dziadek zmarszczył czoło...
- A to suka!

Potyczki biurowe (2)

- Sztrajk! - Waldemar Przywra z działu drogowego Firmy wsparł się rękami na dębowym blacie biurka i spojrzał Bossowi prosto w oczy - Doszcz wyżyszku i głodowych penszi! Powstańcie którzy majom głód!
- Chyba "których dręczy głód"! - mężczyzna za biurkiem wytarł lnianą chusteczką zaplute przez przybysza szkła okularów.
- Głód ma wiele matek i ojczów szresztą też! - robotnik uderzył pięścią w stos leżących obok papierów, trącając przy okazji plastikowy kubek z tkwiącym w nim bukietem firmowych długopisów i ołówków. Przybory piśmienne rozsypały się wachlarzem przed nosem Bossa.
- No dobra, czego pan chce?
- Chczę zrównania i wyrównania! Inaczej sztrajk! I to włoszki!
- Czyli? - szef popatrzył z politowaniem na rozgestykulowanego mężczyznę w budowlanych ogrodniczkach.
- Będę praczował wolno i dokładnie jak w szyciu nie praczowałem!
Szef sięgnął po teczkę personalną Przywry i otworzył ją na pierwszej stronie.
- Niech mi pan przypomni. Co pan obecnie robi w naszej Firmie?
- Jeszczę na falcu!

Z pamiętnika REDnacza {13}

- Marcel Proust powiedział kiedyś - Dziadek Jacek wbił się ze skrzypnięciem w fotel z mocno przetartą na krawędziach tapicerką w kwieciste wzory - żeby zostawić piękne kobiety mężczyznom bez wyobraźni. Jak ja bym chciał synek choć przez chwilę poczuć się jałowy! Choć jeden raz!
- A jaki jest Twój ideał kobiety? - spytałem wgryzając się w mocno przeterminowane ciastko z wtopionymi w jego wierzch skamielinami rodzynków - ostatnią promocyjną zdobycz staruszka.
Dziadek zmarszczył czoło i przeczesał skromny zarost palcami - Ideałem jest każda kobieta, która zechce ze mną w danym momencie pójść do łóżka. Oprócz teściowej oczywiście... Ona już nie żyje...

wtorek, 5 lipca 2011

Abonament

Epimeteusz przeciągnął się i ziemnął głośno. Dzwonek odezwał się znowu, wbijajać w mózg garść kolcy ostrych niczym żeleźce żołnierskiego pilum.
- No już! - wrzasnął i aż syknął z bólu. Głowę ścisnęło niewidzialne imadło - Przesadziłem wczoraj... - powiedział już ciszej do siebie.
Nie bez kłopotu zdjął zasuwę z uchwytów i oparł o ścianę obok. Solidny klocek drewna zachwiał się i opadł z głośnym plaskiem na podłogę.
- Na bogów... - mężczyzna skrył czoło w potężnych dłoniach - Ciszej...
Jak na złość otwierane drzwi zapiszczały przeciągle, wzbudzając kolejną falę bólu.
W progu stał potężnie zbudowany centaur ze skórzaną torbą przewieszoną przez ramię.
- Pan Epimeteusz? - spytał zaglądając do niewielkiej glinianej tabliczki trzymanej w lewej dłoni.
- Tak...
- Centaur pocztowy, dzień dobry! Abonament jest do opłacenia... - stwór sięgnął do torby, skąd wyjął rzeźbiony w kwieciste wzory rysik.
- Jaki abonament? - mężczyzna spojrzał zdziwiony na przybysza.
- Jak to jaki? - pół człowiek, pół koń wyciągnął tabliczkę w kierunku człowieka - Jest potwierdzenie odbioru Pandory z puszką? Jest! Nastąpiło otwarcie pojemnika i wypuszczenie zawartych w nim nieszczęść? Nastąpiło! Się z całego tego dobra korzysta? Korzysta! To co się chłopie dziwisz!? Ktoś musi za ten kanał zapłacić!

czwartek, 30 czerwca 2011

Wybierz najbardziej tenteguśnego bohatera!

Zagłosuj w naszej ankiecie - którego z bohaterów przewijających się przez Tentegowanie Rednacza lubisz najbardziej!?

Jeśli chcesz dodatkowo zgarnąć wyczesane nagrody (m.in. kolorowe grzebienie, komplet golarek jednorazowych i jakieś tam książki, filmy dvd etc.) oprócz zagłosowania w sondzie prześlij swój typ wraz z uzasadnieniem na adres: konkursy@duzeka.pl
Konkurs trwa do 31 lipca!

Uwaga - jedna osoba może oddać głosy na kilku kandydatów!


A oto jeden z bonusów, o których wspominałem... Słuchawki Cresyn C515H w pięknym fioletowym kolorku...



... drugi to odtwarzacz Chuwi T-series 2 GB...


... edycja polska gry Dirka Henna "Alhambra"...


... CDN?

niedziela, 26 czerwca 2011

Docent & Rysiek (4)

Z pamiętnika REDnacza {12}

Dziadek Jacek wrócił z wyprawy po bułkę i śmietanę 12% do pobliskiego spożywczaka mocno wzburzony.
- Nie dasz wiary synek, - krzyknął od progu, sapiąc przy tym jak automatyczny zraszacz do trawy - ale ten rzekomo spokojny i bogobojny Dziędzielak spod piątki to kawał chama i gbura! Wyobraź sobie, że ten kulinarny bandyta wyjął mi bezczelnie z koszyka ostatni kubek śmietany, wykorzystując moment kiedy zajęty byłem wybieraniem najbardziej wypieczonej kajzerki, a kiedy zwróciłem mu grzecznie uwagę, żeby trzymał swoje brudne i zawrzodzone łapy z dala od moich zakupów, kazał mi ją sobie w dupę wsadzić!
- Fakt Dziadek! - pokiwałem ze zrozumieniem głową - Co za tupet i brak wychowania!
- Właśnie! Od razu do dupy, a gdzie czas na trawienie!

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Z pamiętnika REDnacza {11}

- Pamiętaj synku, - Dziadek Jacek popatrzył mi prosto w oczy i dźgnął palcem wskazującym w okolicach splotu słonecznego - jeśli jedziesz na rowerze, a ja powiem do Ciebie: "Ty pedale", to to jest ironia. Ale jak Ty mówisz tak samo do mnie, to już jest kurestwo czystej wody!
- Ale dlaczego? - na wszelki wypadek opuściłem pole rażenia rąk staruszka.
- Bo ja nie mam roweru!

piątek, 17 czerwca 2011

Z pamiętnika REDnacza {10}

Dziadek Jacek miał dziwne nawyki. Na przykład po każdym wyjściu z ubikacji witał się wylewnie z pierwszą napotkaną osobą, tulił ją i energicznie klepał po plecach, jakby wrócił właśnie z dalekiej podróży. Dopiero niedawno wyszło na jaw, że staruszek wogóle nie korzystał z papieru toaletowego, a brązowych palców nie miał wcale od palonych namiętnie papierosów w szklanych fifkach...

Mr Baloon {31}

czwartek, 16 czerwca 2011

Z pamiętnika REDnacza {9}

- Życie w samotności - Dziadek Jacek spojrzał smutno znad okularów w grubych rogowych oprawkach - wymaga samodyscypliny i samozaparcia. Człowiek codziennie musi się mobilizować już nie tylko do najprostszych czynności, które dla osobników stadnych stanowią formę niedostrzegalnego odruchu, co do życia wogóle.
Staruszek westchnął ciężko i wyjął z górnej szuflady masywnego dębowego biurka krzywo przyciętą tekturkę po podełku na obuwie. Na jasnobrązowej powierzchni widniał jakiś napis.
- A to co? - spytałem zdziwiony.
- Moja motywacja! - Jacek uśmiechnął się lekko i wskazał palcem wejście do przedpokoju - Codziennie tamtędy przechodzę w drodze do łazienki. Codziennie kilka razy przeglądam się w lustrze, czeszę się, poprawiam krawat przed wyjściem na spacer...
Zrozumiałem...
Senior wstał powoli z fotela. Wziął tekturkę, taśmę klejącą i duże krawieckie nożyczki.
Rozsiadłem się na kanapie i przyciągnąłem do siebie gazetę, którą dziadek porzucił na niewielkim jaśku w roślinne wzory. Wczorajsza...
Z lektury wyrwał mnie wrzask i brzęk tłuczonego szkła. Rzuciłem się do wejścia, oczekując najgorszego. W głowie kłebiły się najbardziej masakryczne widoki z zakrwawionym seniorem naszpikowanym odłamkami szkła jak dobry sernik rodzynkami w roli głównej. Tymczasem Jacek stał spokojnie przed drzwiami szafy, w których do niedawna tkwiła wielka lustrzana tafla i wpatrywał się w ziejącą z nich plamę ciemniejszego drewna.
- Co jest! - chciałem krzyknąć, lecz z gardła wydobył się tylko zduszony szept.
- Zboczeniec jakiś kurwa! - staruszek puknął mebel tekturką, na której w dwóch koślawych rządkach stało:
JESTEŚ NAJLEPSZY!
KOCHAM CIĘ!

środa, 15 czerwca 2011

OFF-siki (84)

Nauki Mistrza Yo {22}

Azumi Kabayashi, handlarz z prefektury Yamasan, uchylił ciężką storę wiszącą w drzwiach samotni Mistrza Yo i wsunął głowę w powstałą w ten sposób szczelinę. W pomieszczeniu panował półmrok, więc nim oczy - wystawione do tej pory na ostre promienie słoneczne - przyzwyczaiły się do ciemności, minęła dobra minuta. Kiedy wreszcie z mroku wyłoniła się sylwetka medytującego mnicha, Azumi wszedł bez pytania do środka. Mniej więcej w połowie sali stanął i postawił na słomianej macie miseczkę z słodko-kwaśną cielęciną w kruchym cieście z kiełkami bambusa i korniszonem.
- Co Cię do mnie sprowadza? - Yo sięgnął po naczynie, poczym wgryzł się z chrzęstem w zielony miąższ ogórka i spojrzał na przybysza. Ten usiadł naprzeciwko, nienaturalnie mrużąc oczy.
Azumi od dawna miał kłopot ze wzrokiem, przez co w swojej osadzie nazywano go bambusowym kretem, bowiem sporą część dnia spędzał zbierając pędy zdrewniałych łodyg, które wraz z żoną - grubą Mio - zamieniał na sprzedawane na lokalnym bazarku meble ogrodowe.
- Mam kłopot z kobietą! - odparł Kabayashi i podrapał się lekko po łysiejącej głowie.
- Któż ich nie ma! - Yo wsunął do ust spory kawałek mięsa i począł żuć go z widoczną błogością - Ale mów jaki charakter mają Twoje problemy...
- Otóż jakiś rok temu - Azumi zamknął oczy, jakby chciał w myślach przywołać obrazy minionych wydarzeń - wyszedłem wraz z Mio do lasu. Chcieliśmy zebrać nieco ziół do zasuszenia na zimę, a być może i trochę grzybów do obiadu na niedzielę. Nagle, gdzieś tak pod wieczór, kiedy zaczęło już powoli zmierzchać, nad lasem rozpętała się burza. Dosłownie istne piekło. Złapałem Mio i popędziłem do domu, gubiąc po drodze część zbiorów. Po powrocie żona chciała wracać, widać po zgubę, ale przekonałem ją, że zrobi to następnego dnia, kiedy pogoda nieco się uspokoi.
- Co w tym dziwnego? - Yo oblizał palce i przetarł je o klapy kimona.
- Otóż od tego momentu - Azumi westchnął ciężko i spojrzał z nadzieją spod zmarszczonych brwi na mnicha - zaczęły się moje kłopoty z żoną... Niby pewne rzeczy się nie zmieniły, mogę nawet powiedzieć, że uległy poprawie. Na przykład w domu było czyściej, posiłki bardziej smakowały i zawsze pojawiały się na czas, a nocą - po kilku latach przerwy - znowu poczułem się jak mężczyzna, ale coś mnie w zachowaniu małżonki mocno zaniepokoiło. Otóż do czasu przygody w lesie należała ona do niewiast chorobliwie wręcz gadatliwych. Teraz nagle zaniemówiła. Początkowo myślałem, że to szok wywołany piorunami, ale po kilku miesiącach uznałem, że musi mieć to głębsze podłoże. Poza tym Mio cały czas chciała uciekać z domu i strasznie się zapuściła. Oczy jej bardzo popuchły i kompletnie zaniedbała depilację!
Yo pokiwał głową i wyciągnął dłoń w kierunku Azumiego.
- Ile palcy widzisz? - spytał, kręcąc zaciśniętą pięścią jakieś dziesięć centymetrów przed nosem gościa.
- Dwa! - odparł Kabayashi bez zastanowienia - Ale jaki ma to związek z moim problemem!?
- Otóż ma! - mnich wstał i podszedł do stojącej pod ścianą miski z wodą do mycia rąk - Na Twoim miejscu wypuściłbym tę Pandę na wolność i poszedł poszukać żony do lasu...

poniedziałek, 13 czerwca 2011

OFF-siki (82)

Nauki Mistrza Yo {21}

Gwang Shitumoto był znanym w całej okolicy, przywiązanym do tradycji, negocjatorem. Te dwie rzeczy nie szły często ze sobą w parze, bowiem uprawiając trudną sztukę godzenia, bywało że i kilkunastu zwaśnionych stron, trzeba było mieć umysł otwarty na nowe doświadczenia i odpowiednio je interpretować, a nie przykładać do wymyślonej przed wiekami miary. Świat przecież wciąż parł do przodu, kreując ciągle nowe powody ludzkiego zacietrzewienia, o których przodkom nawet się nie śniło. Gwang zdawał się tego nie zauważać, lecz mimo to mógł pochwalić się całkiem sporą ilością sukcesów. Mógł również pochwalić się sporą ilością porażek, przewyższających te pierwsze niemal dwukrotnie, ale nikt mu tego nie wypominał. Ot, tak z czystej sympatii oraz obawy przed ciężką pięścią Shitumoto. Bo trzeba przyznać, że tę część ciała, podobnie jak i całą resztę, miał on potężną i wzbudzającą respekt, nawet wśród populacji niedźwiedzi zamieszkujących pobliski łańcuch górski.
Czas płynął. Gwang spokojnie negocjował, a osobnicy objęci tym procesem spolegliwie płacili stosowny procent, bez względu na wynik końcowy sporu, zapewniając olbrzymowi przyzwoity poziom egzystencji.
Aż wreszcie za łby wzięli się lokalni mnisi oraz Huru, największy właściciel ziemski w okolicy. Chodziło o prawo zbiorów ryżu z pola położonego na południowym zboczu góry Ha, którego eksploatację obu stronom tuż przed bezdzietną śmiercią przekazała Setee, wdowa po zmarłym dekadę wcześniej młynarzu. Kobieta ostatkiem sił przywołała do siebie Huru i Mistrza Yo i wyszeptała:
- Podzielicie zbiory między siebie. W lata parzyste będą one należały do... ugrhhhyyyy... - i zmarła.
Jako, że obie strony sobie przypisały zbiór ryżu w aktualnie trwającym roku parzystym, i za nic nie chciały zrezygnować z panującego tego lata urodzaju, o pomoc zwrócono się do Shitumoto.
Potężny mężczyzna podjął się rozstrzygnięcia sporu i poprosił przedstawicieli skonfliktowanych stron o przedstawienie świadczących o swoich racjach faktów.

* * *
Poranek, choć słoneczny, nie należał do najcieplejszych. Lekki przywrozek ściął wilgoć parującą z rozgrzanej wczorajszym upałem ziemi i osadził białą warstwą na roślinach i dachach domostw, zbitych jak winogrona wokół rynku z niewielkim drewnianym podestem stojącym w centrum. Tu ogłaszane były postanowienia władz, zapowiedzi zaręczyn, ślubów i wesel, tu odbywały się licytacje oraz - jeśli zainteresowani postanowili ominąć drogę sądową i zrezygnowali z wyprawy do sąsiedniej miejscowości, gdzie takowy urząd się znajdował - lokalne rozstrzygnięcia sporów, którym przewodniczył wspomniany już Gwang Shitumoto.
Tak było i dziś...
Tłum stanął w centrum rynku, opasując ciasnym szeregiem drewnianą konstrukcję, pozostawiając jednak nieco miejsca dla uczestników sporu. Ciche szepty przelewające się przez tłuszczę uciął jak ostrzem miecza gest negocjatora. Jako pierwszy podszedł do niego Huru. Stanął przed Gwangiem, zdjął szeroki bambusowy kapelusz i ukłonił się nisko, okazując szacunek urzędowi i pełniącej go osobie. Pięść kolosa dosięgła obszarnika chwilę po tym jak wyprostował ciało i wyjął ze zdobnego rulonu washi ze starannie wykaligrafowaną treścią oświadczenia. Mężczyzna, choć również do ułomków nie należał, padł bez przytomności na ziemi.
W tym momencie do miejsca, gdzie przed chwilą stał Huru podszedł powoli Mistrz Yo. Podobnie jak poprzednik wyjął rulon, a z niego zwinięty płat zdobionego roślinnymi ornamentami papieru. Shitumoto zamachnął się i mało nie upadł, gdy mnich uchylił się przed ciosem, a potężna pięść pociągnęła za sobą resztę potężnego ciała.
Zebrany na rynku tłum westchnął zaskoczony, a gdzieniegdzie ozwały się lekkie oklaski.
Gwang tymczasem odzyskał równowagę i spojrzał na niewielką postać okrytą śnieżnobiałym kimono.
- W obliczu NIEZBITYCH faktów, zbiory z pola wdowy Setee w roku bieżącym przekazuję mnichom! - powiedział Olbrzym i pokłonił się Yo...

środa, 8 czerwca 2011

Kat

Topór wbił się w gruby, okorowany pniak z cichym plaśnięciem. Głowa przez chwilę wisiała w powietrzu, by zanurkować raptownie, i wywinąwszy w powietrzu małe salto paść na dębowe deski. Krwawe mazy pokryły jasną fakturę słojów zbitego naprędce rankiem podestu. Korpus wspierający się przez chwilę kikutem szyi o krawędź opasanego metalowymi klamrami polana, zsunął się bezładnie na podłogę i opadł naprzeciw zastygłej w zdziwieniu twarzy.
Pierwszy na planie zareagował operator. I to nie z powodu zaskocznia niespodziewaną realistycznością całej sytuacji, lecz dlatego, że krwawy rozbryzg upaćkał obiektyw i wierzchnią część kamery.
- No żesz w dupę! - zaklął siarczyście i począł ścierać zabrudzenie mankietem kraciastej koszuli.
Dopiero wtedy zauważył dziwnie narastające poruszenie na planie zdjęciowym.
- Przepraszam szefie, - spojrzał na reżysera - ale chlapnęło...
- Kto... Kto... - mężczyzna siedzący obok wgapiał się w ciało i stojącą nad nim zakapturzoną postać, wspartą na długim drewnianym stylisku - Kto to jest do cholery!? Co tu się dzieje!?
- To jest ten fachowiec, o którego pan prosił! - stojący przy ekspresie z kawą asystent przetarł grube szkła okularów i podbiegł do reżysera, wskazując jakiś napis na jednej z kartek grubego skoroszytu.
- Co jest panowie!? - zamaskowany osobnik zsunął kaptur na plecy i przyglądał się zdziwiony biegającym wokoło członkom ekipy - Przecież było powiedziane "cięcie"! No było powiedziane, czy nie!?

niedziela, 22 maja 2011

Z córką rozmowy - Antykoncepcja

Zebrane do kupy krótkie rozmowy z córką o antykoncepcji:

- Bierzesz prezerwatywę i zakładasz na swój nabrzmiały z pożądania członek!
- Ale ja nie mam nabrzmiałego członka!
- To masz problem, bo na sflaczały kiepsko się wciąga...
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

- Kładziecie sobie jajka na głowie i staracie się, żeby nie spadły!
- Ale poco?
- Jak Wy lubicie uciekać od odpowiedzialności!
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

- Ponoć seks z kalendarzykiem jest bezpieczny, ale potem może się odbijać tekturą...
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

- Kombinezon do skażeń chemicznych, dodatkowy kask, kurtka zimowa, gumiaki...
- To pomaga?
- Nie, ale skutecznie przeszkodzi!

czwartek, 19 maja 2011

Przesłuchanie

Nadkomisarz Paprochin oparł spocone dłonie na gładkim blacie dębowego biurka. Westchął ciężko i sięgnął do kieszeni zgniłozielonej służbowej koszuli po srebrną papierośnicę, nagrodę za 15 lat nienagannej służby w szeregach Urzędu Bezpieczeństwa. Wyjął kremowego Konsomolca z grubym białym filtrem, opukał go o grzbiet metalowego pudełka i przytknął do ciemniejszej końcówki ogień zapałki. W pomieszczeniu rozszedł się zapach spalonej siarki.
Oficer poprawił pas. Stanął tuż za lampką, której ostre światło padało na podejrzanego.
- Nie chcesz gadać bandyto? - Paprochin zaciągnął się głęboko, przyjemnie gryzącym gardło dymem - My potrafimy zmuszać podobne kreatury do mówienia!
Ciężka pięść spadła na biurko. Snop światła zadrżał lekko.
Nadkomisarz podszedł do krzesełka i wsparł lewą rękę na drewnianym oparciu.
Od około kwadransa, po blisko trzech godzinach prób wyciągnięcia zeznań, zaczął zastanawiać się nad sensem całego przesłuchania, ale skoro zwierzchność tak rozkazali...
A Paprochin rozkazy zwykł wykonywać bez gadania.
W głowie mężczyzny pojawił się obraz generała Guzdrałowa, który po wczorajszej odprawie wziął go na bok, poklepał po ramieniu i rzekł:
- Pamiętaj Stiopa, wyciąg z rumianka!
Paprochin spojrzał na kwiatek.
Nareszcie! Pozbawiona wody i mocno przesuszona roślinka nareszcia zaczęła sypać!

piątek, 13 maja 2011

OFF-siki (76)

Nauki Mistrza Yo {20}

Mistrz Yo wypiął klatkę piersiową i odgiął ramiona aż do cichego chrupnięcia w kręgosłupie. Zamarł wystraszony, spodziewając się atakującego w takich momentach zastałe i zesztywniałe ciało bólu. Na szczęście nie tym razem. Uśmiechnął się i westchnął z lubością, wciągając do płuc spory haust chłodnego porannego powietrza, wciskającego się do niewielkiego pomieszczenia przez szparę między ciężkimi płóciennymi zasłonami. Wyjrzał przez okno. Za brudną powierzchnią szkła rozciągał się krajobraz. Nagle przestał i przeszedł do ćwiczeń z ciężarkami.
- Ma chłop zaparcie! - pomyślał Yo - Na takie problemy najlepsze są śliwki...

wtorek, 3 maja 2011

Jak mam stresik...

Kiedy świat mam pod górkę,
a wiatr dmucha mi w lico.
Kiedy nogi się plączą
i sztywnieje prawica z lewicą.
Kiedy w czaszce hulają
wciąż klimaty jałowe
i nie grzeszę ni czynem,
ni myślą, ani słowem.
Kiedy nikt nie docenia
albo nie zauważa,
kiedy praca przytłacza,
a brak czasu przeraża.
Gdy nikt w plecy nie klepnie
za mną się też nie ujmie...
Wkurwiam się
i zapierdalam podwójnie!