niedziela, 16 stycznia 2011

Złodziej dziur [1]

Był kiedyś mały chłopiec. Nie wyróżniał się praktycznie niczym. Był ani za duży, ani za mały. Ani za mądry, ani za głupi. Gdyby dobrze się zastanowić i ocenić zarówno jego wygląd jak i przymioty ducha i umysłu, to stanowił wzorcowy przykład przeciętniactwa. Świat nie zwracał na niego uwagi, a on odwdzięczał mu się z radością tym samym. W szkole nie błyszczał, nie brylował w towarzystwie, sportowo za mocno się nie udzielał. Od początku edukacji przyjął strategię zaplanowanego średnictwa, które pozwoliło mu - bez konieczności nawiązywania jakichkolwiek kontaktów towarzyskich - dotrwać do jej końca bez wzniecania większych zawirowań wokół swojej osoby.
Chłopca wychowywał samotny ojciec. Matka - ponoć jedna z najpiękniejszych dziewczyn w okolicy - kilka miesięcy po jego urodzeniu uciekła z przygodnie napotkanym druciarzem. Przez wiele lat krążyła plotka, że wędrownym rzemieślnikiem był Cygan przybyły zza gór, poszukujący żony i służącej, który przebrany za druciarza pięknymi słowami, kwiecistymi opowieściami o świecie i odrobiną magii uwiódł najpiękniejszą napotkaną tu niewiastę. Niestety nikt nie dowiódł prawdziwości tej hipotezy, podobnie jak tej, że matka chłopca zwyczajnie znudziła się życiem świeżo upieczonej żony i matki, postanowiła porzucić mąża i syna, powracając do panienskiego stylu życia, pełnego rozrywek i rozkoszy. Ktoś ją rzekomo widział potem, ciągnioną na sznurze za wozem cygańskiego taboru, ktoś inny zaklinał się na wszystkie świętości, że dziewczyna została żoną bogatego handlarza przypraw w krainie gdzieś za siedmioma górami, inny znowu, że straciła rozum, zamieszkała w jaskini i zaczęła się parać czarną magią.
Jakikolwiek był powód jej decyzji wraz z późniejszymi jej konsekwencjami, ojciec chłopca - miejscowy zegramistrz - na blisko dwa miesiące zamknął swój warsztat. W tym czasie zatrzymał wszystkie stojące w domu zegary, zasłonił ciężkimi kotarami okna, wywiesił na drzwiach wejściowych tabliczkę "ZAKLUTE" i snuł się bez celu po domu, wychodząc jedynie wieczorami, by uzupełnić w pobliskim sklepie zapasy jedzenia, picia i świeżych pieluch dla syna.
Co dziwne maluch wyczuł chyba ból ojca, bowiem całe dnie siedział cichutko w łóżeczku, bawił otrzymanymi tuż po urodzeniu zabawkami i nie skarżył nawet wtedy, gdy zapominano dać mu na czas jedzenia, lub zbyt długo nie zmieniano pieluchy. Chłopiec jakby wiedział, że domaganie się spełnienia jego rządań byłoby, w obliczu zaistniałej sytuacji, niestosowne. Więc milczał, licząc na poprawę sytuacji w niedalekiej przyszłości. I taka poprawa nadeszła.
Równo dwa miesiące po opuszczeniu domu przez młodą matkę, zegarmistrz odsłonił kotary, zdjął tabliczkę z drzwi, a te - pomimo lekkiego chłodu na dworzu - otworzył na oścież. Następnie wykąpał się, ogolił, założył świeże ubranie, przewinął i nakarmił malca, na koniec zaś posadził go w łózeczku, które ustawił obok swojego warsztatu i zabrał do roboty. Wydawało się, że wraz z ponownym uruchomieniem zegarów w domu wszystko wróciło do normy, a jednak...

Szaleństwo samotności zastąpił zegarmistrz szaleństwem pracy. Na biurku mężczyzny znowu pojawiły się zegarki w różnym stopniu rozkładu, ale coś jeszcze...

Choć chłopiec, przyzwyczajony do widoku sprężyn, trybików, śrubek i nnych dziwnych przedmiotów, był za mały, by fachowo je nazwać i przypisać im konkretne funkcje, zauważył że mechanizm wyłaniający się na biurku Zegarmistrza, a którym zajął mu wszystkie wolne chwile w przeciągu pięciu kolejnych lat, nie jest bynajmniej kolejnym czasomierzem. Owszem, po ponownym otwarciu warsztatu, znowu pojawili się klienci, ale tajemnicza maszyna, nie została zlecona przez któregokolwiek z nich. Poza tym była o wiele większa i bardziej skomplikowana niż jakikolwiek zegar znajdujący się w domu.

Mijały dni, miesiące, lata...

Chłopiec, który bez pomocy ojca zaczął raczkować, potem chodzić i wreszcie sklecać pierwsze zdania, wielokrotnie próbował dowiedzieć się nad czym pracował jego ojciec. Niestety bez rezultatu. Zegarmistrz puszczał pytania mimo uszu, jeśli jednak chłopiec zapędzał się w swej ciekawości za daleko, spoglądał na niego groźnie, ściągał brwi i lekko chropowatym głosem odpowiadał:
- Wkrótce się przekonasz... Wkrótce przekonacie się wszyscy...
Malec długo potem zastanawiał się czegóż to dowie się już w niedalekiej przyszłości oraz kim byli ci wszyscy, ale nic konkretnego nie przychodziło mu do głowy. Zresztą nie ma się czemu dziwić, przecież jego znajomość świata ograniczała się do kilku izb w ich piętrowym domu, niejasnych widoków za oknami i kilkudziesięciu klientów jacy przewinęli się przez warsztat ojca w czasie pięciu lat jego życia. Poza tym nieświadomy wielkości i różnorodności świata nie dopominał się, by go w poznać. Przyzwyczaił się do samotności i tych kilku krótkich chwil w roku przy okazji urodzin, imienin czy świąt, w czasie których ojciec przejawiał większe zainteresowanie jego osobą.

Mijały dni, miesiące...

Zegarmistrz początkowo większość czasu spędzał w pracowni. Tutaj, wraz ze swoim coraz starszym synem, przyjmował klientów i gości, tutaj też pracował nad tajemniczą maszyną. Tutaj jadł posiłki, które przygotowywał w maleńkiej kuchni sąsiadującej z warsztatem, a czasem nawet spał, skulony na niewielkiej sofie ustawionej przy drzwiach dla oczekujących. Z czasem i w miarę rozrastania się tajemniczego projektu, Zegarmistrz przeniósł go delikatnie do piwnicy, z której wcześniej usunął wszystkie zbędne rupiecie. Tych jednak nie wyrzucał, tylko dokładnie poskładał i umieścił w kilku drewnianych skrzyniach opatrzonych oznaczeniem literowym. Skrzynie postawił niedaleko drzwi, jakby oczekiwały na kogoś, kto miał je wkrótce zabrać. Ten ktoś jednak nigdy się nie zjawił.

W tym czasie chłopiec rozpoczął naukę w miejscowej szkółce. Ojciec przyjął to spokojnie, choć w lekkim zmarszczeniu czoła można się było doszukać niedowierzania i zaskoczenia.
- To już tyle lat... - powiedział cicho i pokręciwszy lekko głową powrócił do przerwanej pracy.
Chłopiec postanowił nie drążyć tematu, tylko ciągnąc za sobą podręcznik i zeszyt ściągnięte skórzanym paskiem, udał się do swojego pokoju na piętrze. Sztywne okładki zastukały o drewniane stopnie schodów. Puk... szzzzz... puk... szzzzz... puk...
- Muszę się pospieszyć - powiedział jeszcze Zegarmistrz, kiedy za synem zamknęły się drzwi.

Minęło kilka dni...

A konkretnie cztery.

Był słoneczny niedzielny poranek. Chłopiec obudził się nagle i od razu wiedział, że stało się coś strasznego. Rozejrzał się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu. Zza okien dobiegał ptasi śpiew, a przez niedbale zaciągnięte zasłony przebijały promienie słoneczne, tworząc na ścianie naprzeciwko jaśniejsze plamy. Chłopiec wstał, wsunął stopy w filcowe kapcie i zszedł na dół. W połowie schodów usłyszał dziwny stukot dobiegający z kuchni. Kiedy stanął w jej progu zobaczył plecy kobiety krzątającej się przy zlewie i ojca siedzącego za stołem, zatopionego w lekturze gazety. Mężczyzna podniósł wzrok znak pisma i uśmiechnął się do syna.
- Witaj chłopcze!
W tym samym momencie niewiasta odwróciła się i uśmiechnęła szeroko.
- Witaj synku! Jak się spało?
CDN

1 komentarz: