sobota, 12 lutego 2011

Nauki Mistrza Yo {11}

Młynarz Dorio był dobrym człowiekiem. Młyn odziedziczył po swoim wuju, siwym Dai-Tchi, który zaledwie trzy lata po ślubie pochował żonę i nie dorobił się własnych dzieci. Jeśli pozwalała na to pogoda staruszek przesiadywał w pobliżu koła, patrząc jak woda przelewa się leniwie przez łopatki. Czasem obserwował ludzi pracujących przy rozładunku zboża lub załadunku pękatych od świeżo przemielonej mąki worków z grubego szarego płótna. Kiwał wtedy głową i uśmiechał się. Czasem pomachał do pracujących. Miło było popatrzeć, że młyn nadal pulsuje życiem.

Dorio, w przeciwieństwie do ojca, który charakteryzował się dość przeciętną urodą, był postawnym i przystojnym mężczyzną. Przymioty ducha, czyli pracowitość i uczciwość odziedziczył po matce, a siostrze Dai-Tchi. I dzięki Bogu, inaczej byłby zblazowanym leniem ze skłonnościami do wszelkiego typu używek, jak miało to miejsce w przypadku ojca. Może właśnie dlatego stary młynarz, kiedy nie mógł już sam podźwignąć wszystkich obowiązków, zatrudnił młodego Dorio, by ten przez czas jakiś poterminował w młynie, a potem przejął rodzinny interes.
Dorio sprawdził się w zawodzie i roli szefa. Zawsze pierwszy stawiał się przy żarnach, ostatni też opuszczał mury młyna. Względem pracowników był twardy, ale sprawiedliwy i uczciwy. Pracę wykonywał solidnie i w terminie, dzięki czemu zjeżdżali do niego chłopi nawet z sąsiednych prefektur.
I tak na pracy i zajmowaniu się starym wujem mijał mu czas.
Aż pewnego dnia, podczas mielenia pszenicy grubego Hakato, bogatego rolnika z powiatu Tetse-Ho, doszło do nieszczęścia. Pękło wrzeciono żaren, mocno już nadwyrężone od ciągłej eksploatacji, przez co kamień wierzchni począł przesuwać się do krawędzi kadłuba. Dorio, zajęty wiązaniem worków zauważył to dopiero wtedy, gdy kamienny pierścień spadł mu na nogę. Kość trzasnęła tuż pod kolanem, a mężczyzna zawył z bólu.
Lokalny medyk złożył nogę i usztywnił ją łupkami, lecz zrobił to na tyle niedbale, że goleń zrosła się nieco krzywo, a ból - nawet po kilku tygodniach rehabilitacji - nadal doskwierał młodemu młynarzowi.

* * *
Mistrz Yo siedział pogrążony w medytacji, kiedy w framugę rozsuwanych drzwi jego samotni zapukał młody mężczyzna z bambusowym nagolennikiem na lewej nodze. Nie czekając na odpowiedź wszedł do środka. Utykał. Zatrzymał się metr przez mnichem i postawił na macie miseczkę ryżu z wołowiną w dwudziestu pięciu smakach i sałatką naddunajską wyprodukowaną w łowickim Zakładzie Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego.
Mistrz otworzył lekko oczy.
- Czego chcesz? - spytał.
- Rady o Wielki! - rzekł Dorio i opowiedział historię swojego wypadku.
Yo wysłuchał opowieści, następnie zjadł potrawę, beknął siarczyście i popatrzył na kończynę swego gościa.
- Posłuchaj! - powiedział wreszcie - Jakiś czas temu zamówiłem u miejscowego stolarza rzeźbiony stół. Wykonany był z dębu rosnącego tylko w mglistych górach wyspy Toithan. Choć zrobiono go ze szczególną misterią, posiadał jeden feler - kiwał się. Stolarz sprawdził wszystkie rozmiary kilkadziesiąt razy, nie odnajdując błędu i przyczyny usterki. Choć lekko przycinał każdą z bogato rzeźbionych nóg, mebel nabal chybotał się na boki. Na nic zdało się przestawianie stołu w różne części pokoju czy drewniane podkładki.
Początkowo starałem się ignorować tę wadę, uznając że wszystko co piękne musi być skażone jakąś rysą. Niestety kilka dni temu, kiedy po raz kolejny wylała mi się herbata, nie wytrzymałem. Wziąłem katanę i obciąłem wszystkie nogi. - Yo popatrzył na Dorio. Kiedy jednak chciał po raz kolejny obejrzeć źle zrośniętą goleń, młynarz skoczył na równe nogi i wybiegł z pokoju z wrzaskiem.
- Szkoda, że już poszedł, - powiedział Mistrz - bo chciałem mu dać jedną nogę wspomnianego stołu na laskę.
- A co było przyczyną kołysania się - zapytał uczeń Bashi, siedzący w zaciemnionym kącie pokoju i bacznie przysłuchujący się rozmowie.
Mnich wydłubał z miski resztki ryżu, a następnie postawił ją delikatnie na ziemi.
- Krzywa podłoga chłopcze, po prostu krzywa podłoga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz