piątek, 25 lutego 2011

Nauki Mistrza Yo {14}

Dzień był duszny, a powietrze - gęste niczym śmietana 18% - z trudem przedostawało się przez wyschniętą krtań do złaknionych tlenu płuc. Mistrz Yo szedł leśną ścieżką nieustannie omiatając twarz rozkładanym wachlarzem Ōgi, zabranym przez zupełny przypadek z klasztornej celi. Ranek był chłodny i nic nie zapowiadało popołudniowych duszności, więc pomysł obciążania pasa obi dodatkowym pakunkiem wydawał się na początku mocno bezsensowny. Do czasu...
W okolicach godziny dwunastej gorąc stał się tak dokuczliwy, że co poniektórzy uczniowie - do tej pory podążający za swym nauczycielem bez względu na porę dnia, roku oraz warunki atmosferyczne - zrezygnowali z wycieczki i powrócili do klasztoru, gdzie przywitał ich przyjemny chłód potężnych murów.
Yo szedł ostrożnie, lecz nagle o prawy sandał zawadził niewielki korzeń i wytrącił mnicha z równowagi. Wachlarz wyleciał z artretycznej dłoni i uderzył z głuchym pacnięciem w wystającą spośród gęstego mchu łachę ubitej przez miejscowych wieśniaków ziemię, zaś Mistrz o mało nie upadł. Hashi - najwierniejszy z uczniów, który mimo skwaru nadal podążał za swym nauczycielem - już miał się schylić, by podnieść Ōgi, gdy Yo złapał go za połę kimona.
- Ale czemu sensei, co... - Młodzieniec spojrzał zdziwiony na mnicha.
Yo rozejrzał się bacznie wokoło i uginając jedynie nogi w kolanach podjął zgubę z ziemi.
- Pamiętaj chłopcze - Mistrz przyciągnął do siebie Hashiego - w taki dzień nie tylko ludzie tracą orientację i zmysły. Gorąc potrafi otumanić również i zwierzę... - gwałtownie odwrócił głowę i spojrzał podejrzliwie na niedaleką kępę paroci - Lepiej się nie wypinać, nie kusić losu i... na przykład... jakiegoś... dzięcioła!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz