wtorek, 22 lutego 2011

Orka

Kociuba naparł piersią na rączkę pługa. Lemiesz, który jeszcze przed chwilą zgrabnie odcinał skibę od calizny, zazgrzytał metalicznie i stanął w miejscu.
- Wie! - chłop wbił bose stopy w rozmiękły ostatnimi opadami grunt i zakręcił w powietrzu krótkim batem. Trzaskawka strzeliła ostrzegawczo. Baba zczepiona naszelnikiem z lekko wypaczonym dyszlem naparła na kiszkę chomąta. Mięśnie na łydkach naprężyły się i zaczęły lekko drgać z wysiłku. Wreszcie jednak pług znowu ruszył.
Wrony i kruki, krążące cierpliwie nad polem, obsiadły miejsce, gdzie przed chwilą stali Kociuba z żoną. Z wyraźnym zadowoleniem wyciągały ogłupiałe robaki z dna szerokiej bruzdy.
Chłop otarł pot z czoła. Dzień był gorący, prawie bezwietrzny, a chłód bijący od wilgotnej ziemi nie studził rozpalonego pracą ciała. Kociuba spojrzał przed siebie. Do tej pory wpatrywał się w słupicę, łączącą zgrabnym łukiem lemiesz z dyszlem, teraz w miarowo podskakujące pośladki żony, skryte pod kwiatowym wzorem zwiewnej spódnicy. Oblizał się. Wypięty zadek ślubnej, przygarbionej od ciężaru chomąta, falował zalotnie przy każdym kroku. Ręka bezwiednie powędrowała do spodni i z wprawą rozsupłała rzemień w rozporku. Kociuba porzucił pług, podbiegł do kobiety i zgrabnym ruchem zarzucił jej spódnicę na plecy. Jednym pchnięciem wbił się pomiędzy blade księżyce pośladków. Kobieta zakwiczała zaskoczona.

* * *

Magister Paciorkiewicz obudził się z krzykiem. Oddychał ciężko. Przed oczami stał mu ciągle obraz sennej orki, ciągle tej samej, od kilku tygodni. Zsunął nogi z łóżka, poszukując stopami filcowych kapci. Zapalił lampkę i sięgnął po szklanę z wodą, postawioną zapobiegawczo na stoliku nocnym. Pociągnął spory łyk i odstawił naczynie na miejsce.
- Czemu akurat ja? - zapytał cicho - Czemu choć raz do cholery nie mogę być tym pieprzonym Kociubą!?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz