wtorek, 22 marca 2011

Koniec zmiany

W kontakcie coś zatrzeszczało. Żarówka tkwiąca w ceramicznej oprawce, wisząca na lekko poskręcanym gołym kablu, zamrugała kilka razy, nim mdłym światłem wypełniła niewielkie pomieszczenie.
Odetchnęłem głęboko, zaciągając się lekko stęchłym powietrzem.
Wieczorną zmianę kończyłem zazwyczaj kwadrans przed czasem. Taki miałem układ. Nie było to przejawem lenistwa, cwanictwa czy niesolidności. Nic z tych rzeczy. Po prostu ostatni autobus odjeżdżał pięć minut po zakończeniu dyżuru. Trzymając się sztywno grafika musiałbym dymać kilka kilometrów do domu na piechotę.
Kilka razy już mi się to zdarzało, ale wtedy było jakby cieplej, a na drodze nie leżała lekko stopiona śnieżna breja, w której grzęzły nawet pojazdy z napędem na cztery koła. Ja miałem napęd tylko na dwie, bolące ostatnio pierońsko nogi. Poza tym rocznik już nie ten...
Podciągając grube płótno czarnego płaszcza, usiadłem na ławce stojącej obok metalowej szafki ubraniowej. Drewno zaskrzypiało cicho.
Kości łupały niemiłosiernie odbierając ochotę do przebrania się, że o konieczności udania do magazynu celem zdania narzędzia służbowego nie wspomnę. Zsunąłem sandały ze stóp i wyciągnąłem nogi przed siebie. Ktoś kiedyś poradził, bym przykurczał i prostował szybko palce. Miało to odganiać zmęczenie. W moim przypadku niestety to kurwa nie działało. Ale nie ma się czemu dziwić...
Pomieszczenie zalał nagły snop światła. Dopiero teraz usłyszałem, że do pomieszczenia ktoś wszedł. Przez otwarte drzwi wlała się do przebieralni jasność z korytarza... Obejrzałem się. To DR-564.
- Witam kolegę! - uśmiechnął się szeroko na mój widok i podszedł do rzędu szafek stojących naprzeciwko mojej. Zabrzęczały klucze. Coś zachrzęściło i po chwili wielka kłódka kołysała się miarowo na metalowym uchu zasuwy. Odwrócił się - Co tam ciekawego na zmianie?
- Po staremu! - starałem się ukryć cierpienie i udawać wyluzowanego - Zero nowości, no może poza Maliniakiem...
- Co z nim? - popatrzył zaciekawiony - Znowu odratowali?
- Nie zdążyli! - tym razem ja uśmiechnąłem się lekko. Z tym Maliniakiem był problem od kilku ładnych miesięcy. Facet przeszedł już w stan warzywa, podtrzymywanego przy życiu dzięki skomplikowanemu systemowi drutów, rurek i naszprycowanej chemią kroplówki, ale dzieci staruszka jakoś nie przyjmowały tego do wiadomości, przedłużając sztucznie wegetację głowy rodu. Na szczęście tym razem mężczyzny nie udało się odratować, nawet przy pomocy rozkręconego na maksymalną wartość napięcia defiblyratora.
- Kamień z serca! Powiem szczerze, że miałem dość wystawania bez sensu nad ciałem! - DR-564 zdjął spodnie i powiesił na metalowym haku przyśrubowanym do wewnętrznej części drzwi szafki ubraniowej - A kolega nie szykuje się do domu?
- Fakt! - wstałem z ławki i syknąłem z bólu.
- Coś nie tak? W czymś pomóc?
- Nie, dzięki! - wykrzywiłem twarz udawanym uśmiechem - Kulasy zdrętwiały.
Pokiwał głową i odwrócił się układając bluzkę na półce.
Niestety prawda była zgoła odmienna. W ubiegłym tygodniu, za namową kierownika, udałem się do lekarza. Ten popatrzył, popukał, postukał i skierował na specjalistyczne badania. Diagnoza zabrzmiała jak wyrok - zaawansowana osteoporoza. Na miły Bóg - wszystko, tylko nie to! Nie w moim zawodzie i nie na pięć lat przed emeryturą!
Oczywiście kierownikowi na razie nic nie powiedziałem. Pytał o badania, ale zbyłem go naprędce wymyślonym kłamstewkiem o braku czasu. Może zapomni...
- A poza tym, jakieś ciekawostki? - DR-564 przywdział służbowy habit i zaczął wiązać cingulum na biodrach.
- Na Browarnej pożar, jedna osoba śmiertelna. Wypadek na wylotówce, niestety bez ofiar śmiertelnych. Poza tym dwa zawały, jeden wylew i dźgnięcie nożem podczas kłótni małżeńskiej. Wszystko jest w raporcie. - ja również skończyłem się przebierać. Płócienny płaszcz powędrował do szafki, podobnie jak skórzane sandały - A co tam na mieście? - spytałem zamykając szafkę.
- W Tesco jest promocja na karkówkę bez kości i jaja... - odpowiedział po krótkim zastanowieniu.
- A te jaja to jakie? - kłódka trzasnęła cicho.
- Chyba M-ki, ale pewności nie mam... - DR-564 zarzucił kaptur na głowę, chwycił kosę i wyszedł na korytarz.
Ja wzięłem swoją i udałem się do magazynu. Muszę pamiętać by wypłacić kilka złotych z bankomatu.
- To do zobaczenia! - krzyknął za mną i rozpłynął się w powietrzu.
Westchnąłem ciężko. Jeszcze tylko pięć lat pracy Kostucha i emerytura. Jeszcze tylko kurwa pięć lat!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz