niedziela, 20 marca 2011

Pies na wampiry

Pies najeżył się i zawarczał cicho. Przylgnął do nogi i rzucając wściekle łbem we wszystkich kierunkach zaczął niemiło napierać na udo. Nie był maluchem i swoje ważył.

* * *

Za dnia alejka wyglądała tak normalnie i spokojnie. Równo ułożona kostka z kilkoma zakolami, w których stały pałąki ławek i kosze na śmieci, a po obu stronach chodnika mocno nieregularne szpalery drzew, otoczone kępami krzaków.

Niedzielna cisza i spokój odsypiającego po całym tygodniu pracy miasteczka.

Zaciągnąłem się wolnym od samochodowej stęchlizny powietrzem, pachnącym eksplodującą wszędzie wiosną. Płuca wypełnił orzeźwiający chłód. Pies biegał po równo przyciętym trawniku, wyszukując coraz to nowych zapachów. Ogon sterczał mu sztywno, co jakiś czas kiwając się lekko na obie strony potężnego korpusu. Nagle, na wysokości starego klasztoru Sióstr Elżbietanek, przerobionego na oddział zamiejscowy jakiejś rządowej organizacji o mocno skomplikowanej nazwie i trudnym do określenia zakresem działania, zatrzymał się i znieruchomiał z nosem wbitym w sporej wielkości bruzdę. Ciągnęła się ona od lekko rozchwianego na jej początku chodnika aż do drzewa, gdzie przechodziła w białą, prawie dwumetrową bliznę, zakończoną wypalonymi śladami dwóch rąk.
Do wyrwanych z ziemi koszów czy połamanych, drewnianych siedzisk ławek zdążyłem przywyknąć. Objawy wandalizmu pojawiały się zazwyczaj wraz z lekkim ociepleniem i zanikały dopiero na zimę, kiedy temperatura wyganiała mocno podchmielone grupki nocnych Marków, przylepione do ławek niczym kiście winogron, do domów czy coraz liczniejszych pubów, restauracji, kawiarenek czy pizzerii.
Rozejrzałem się wokoło. Nigdzie choćby jednej połamanej gałązki czy kawałka przedmiotu, który z równą łatwością okaleczył chodnik, ziemię i na koniec drzewo. Dziwne. Podszedłem do pniaka wpatrując się w ślady zwęgleń na korze. Świat rozbłysnął ferią barw, zawirował, a przez mózg przetoczył się rząd obrazów wydarzeń z poprzedniego wieczora, a zaraz potem, z równą wyrazistością, sprzed lat kilkunastu. Upadłem na kolana zasłaniając oczy rękami. Pies trącił mnie nosem i polizał w wierzch dłoni...

* * *

Czemu akurat to wspomnienie pojawiło się teraz? Nie wiem. To dosyć dziwne, bo nie potrafiłem dopasować go ani do konkretnego miejsca, ani czasu. Jedynym rozpoznawalnym elementem była postać dziadka, zmarłego jakieś cztery lata temu, trzymającego mnie na kolanach i tłumaczącego coś wolno, tym swoim twardym, lekko chropowatym głosem. Mgliste początkowo wspomnienie zaczęło nabierać wyrazistości, by rozbłysnąć w głowie niczym obraz z dnia wczorajszego.
- Pamiętaj synek, - dziadek nigdy nie zwracał się do mnie po imieniu, nigdy też nie nazwał mnie swoim wnuczkiem - w naszą rzeczywistość wplecione są ścieżki równoległych światów, przepełnionych postaciami tak dziwnymi, że trudnymi do ogarnięcia przez najbardziej światłe umysły. Niektóre splotły się z nią na stałe, inne przez chwilę przecinają smugę naszego czasu. Każdy z nich, w mniejszym lub większym stopniu, wpływa na życie jednostek i całych narodów, zmianiając lub wrecz kształtując wydarzenia w naszej historii. - Starzec pogłaskał mnie po głowie i westchnął cicho - Człowiek w swej naturze jest pokarmem dla innych istnień, ściółką na której wyrastają równoległe byty. Nic na to nie możemy poradzić.
Wpatrywałem się w mężczyznę szeroko otwartymi oczami, starając się nie oddychać zbyt głośno, by nie zagłuszyć choćby jednego wypowiadanego przez niego słowa.
- Na szczęście Pan zsyła nam obrońców, stworzenia które przejmują moce pasożytujących na nas stworów - Wilczarzy, zwanych też, w zależności od źródła grożącego nam niebezpieczeństwa: Psami na Wampiry, Wilczymi Drapieżcami, Krwiołakami... Dar ten spada najczęściej na najbliższe nam, ludziom stworzenia, czyli koty i psy, choć bywało, że otrzymał je słoń czy małpa. Równolegle może pojawić się na świecie nawet kilkadziesiąt takich istot i mnie przypadł zaszczyt posiadania jednego z nich. To jest Derdick! - dziadek spojrzał na starego, wyliniałego kundla, leżącego w wielkim wiklinowym koszu pod kaflowym piecem - Wiem, nie wygląda na jakigokolwiek obrońcę, ale zapewniam cię synek, że swego czasu był. Kilka razy mnie i wielu mieszkańcom naszego miasta uratował skórę, choć o tym fakcie wiedziałem tylko ja. Oni pozostali nieświadomi obecności i działania Wilczarza. Ich szczęście...
- A jak on to robił? - spytałem, ciekawy krwawych szczegółów całej historii.
- Nie wiem synek, - staruszek pokiwał lekko głową - nigdy nie widziałem finału tej konfrontacji, choć końcowe wycie bestii świadczyło o jej brutalności.

* * *

Żarówka w latarni, stojącej po prawej stronie chodnika zaskwierczała i zgasła. Cień, zalegający do tej pory za metalowym płotem, oddzielającym boisko sportowe pobliskiej szkoły od alejki, wlał się na kostkę chodnika i otulił najbliższą ławkę wraz z stojącym przy niej koszem. Pies najeżył się i zawarczał cicho.
- Co jest chłopie? - poklepałem go po potężnym karku. Spojrzał na mnie dziko, dziwnie roziskrzonymi ślepiami. Trwało to dosłownie kilka sekund, po których jego wielkie oczyska powróciły do normy, on sam uniósł z żałością brwi i cicho zaskomlał. W twarz uderzył zimny podmuch, wywołując ciarki na całym ciele. Zwierzę skuliło się i pognało kwicząc między pobliskie bloki.
Nagle mrok przede mną zgęstniał, a z ciemnych zawirowań wyłoniła się blisko dwumetrowa postać w obszernym skórzanym płaszczu. Stała przez chwilę bez ruchu i nagle zaczęła dziwnie pęcznieć. Dopiero wtedy zauważyłem, że to co uznawałem za płaszcz okazało się wielkimi błoniastymi skrzydłami owinietymi wokół kościstego korpusu. Stwór rozpostarł je na całą szerokość i pochylił się nieco. Pysk przypominający  mordę nietoperza wykrzywił się. Spomiędzy krwistoczerwonych warg błysnęły bielą wielkie zębiska. Potwór zawarczał i zrobił krok w moim kierunku. Nagle zamarł. W czarnych ślepiach pojawiło się początkowo zdziwienie, a zaraz potem strach i ból. Potwór zapiszczał i machając w panice skrzydłami próbował wznieść się powietrze. Zawisł nawet po kilku sekundach na wysokości jakichś pięciu czy sześciu metrów, ale zaraz potem spadł z hukiem na krawędź chodnika, przetoczył się do najbliższego drzewa. Wspierając się o pień, stanął z trudem na potężnych tylnych łapach, charcząc przy tym głośno.
Pobiegłem za nim z dzikim śmiechem. Teraz zrozumiałem całą sytuację. To ja byłem Wilczarzem, to mnie dziadek nazwał Psem na Wampiry.
Zatrzymałem się za stworem. Oddychał ciężko, łypiąc wrogo spode łba. Spod rozczapierzonych, pokrytych rzadkimi kępami czarnej sierści dłoni, wyprysnęły małe ogniki przypalając omszałą korę. Zaśmierdziało palonym drewnem.
Dziadek nie chciał opowiedzieć jak kończyły potwory po spotkaniu z Wilczarzami. Może faktycznie nie wiedział czemu wyły z bólu, a może chciał mi oszczędzić pikantnych szczegółów. Ja już wiedziałem. Monstrum też chyba wyczuło co się za chwilę stanie.
Rozpiąłem rozporek prawą ręką, a lewą docisnąłem wampira do drzewa. Prącie nabrzmiało do niespotykanych rozmiarów.
- Ja ci dam kreaturo! Już ja ci pokażę, co czeka takie niegrzeczne wampirki jak ty!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz