sobota, 5 marca 2011

Śpieszmy się żyć...

Barbara otworzyła powoli oczy. Szarzało. Leżała na boku, twarzą w kierunku okna. Przez szczelinę między ciężkimi płóciennymi zasłonami powoli przenikały promienie słoneczne. Wlekły się jaśniejszą bruzdą po podłodze, w kierunku wiekowego dębowego kredensu w kolorze ciemnego brązu, z jeszcze ciemniejszymi łachami po odpryskach politury. Kobieta uniosła lekko głowę. Pierścionek pozostawiony na noc na palcu wbił się głęboko w policzek. Barbara zazwyczaj zdejmowała biżuterię przed snem, tym razem jednak, nie mogąc poradzić sobie z przewleczeniem złotego krążka przez napuchnięte stawy, zostawiła go na miejscu. Skóra zapiekła po odklejeniu ceramicznego oczka.
Kobieta podniosła się na łokciu i sięgnęła po szklankę z wodą, stawianą zapobiegliwie przed snem na nocnym stoliku. Niestety naczynie było puste. Odchrząknęła cicho, starając się - z dość mizernym skutkiem - zebrać nieco śliny. Wraz z śladową ilością wydzieliny w ustach pojawił się niesmak.
- Czyli trzeba jednak wstać! - powiedziała do siebie i zsunęła nogi na podłogę. Stopy trafiły idealnie w ustawione prostopadle do czoła wersalki filcowe papucie.

* * *

Barbara miała 72 lata i nie czuła się ostatnio zbyt dobrze. Codziennie, gdzieś między szóstą i siódmą rano, wstawała i krzywiąc się od bolących o poranku spękanych pięt, szła do kuchni. Tam nalewała wodę do metalowego czajnika i stawiała go na syczącą niebezpiecznie kuchenkę. Coś musiało zatkać dyszę, bo z palnika wydostawał się leniwy i chybotliwy płomień, nie zaś sztywny pióropusz małych ogników. Ile razy kobieta gotowała rano wodę na kawę, obiecywała sobie zadzwonienie do punktu napraw, którego ulotkę trzymała w kryształowej popielnicy na górnej półce kredensu. Niestety za każdym razem, gdy wyłączała gaz, a płomienie chowały się w metalowym grzybku, zapominała o konieczności choćby obejrzenia wiekowej kuchenki przez fachowca.
Po zalaniu dwóch łyżeczek kawy wrzątkiem i wsypaniu do filiżanki cukru, Barbara szła do łazienki. Do kuchni powracała mniej więcej po kwadransie, już wymyta i ubrana. Wraz z nią pojawiały się koty, które ocierając się o nogi emerytki, mruczały cicho, dopominając się jedzenia.
Kobieta lubiła patrzeć na swoich podopiecznych podczas posiłku. Przepełniała ją duma i coś na kształt matczynej miłości, której z braku własnych dzieci nigdy tak naprawdę nie poznała. Swoje uczucia przelewała na zwierzaki wyłowione ze śmietnisk, piwnic i innych obskórnych zakamarków.
- Macie nicponie! - zwierzaki łapczywie pochłaniały karmę wysypaną z świeżo otwartej puszki - Macie żarłoki! - Barbara głaskała każdego kota kilka razy i siadała na stołku ustawionym tuż pod kuchennym oknem, wychodzącym na podwórko przedwojennej kamienicy. Kawa, stojąca na stoliku obok, zdążyła w tym czasie już lekko ostygnąć. Kobieta nie lubiła za gorących napojów. Pociągnęła łyczek. Ciepły płyn wypełnił usta i powoli wlał się do przełyku.
- To już dzisiaj! - pomyślała emerytka - To naprawdę już dzisiaj...

* * *

Dzień Barbary zawsze wyglądał tak samo. Wizyta w kuchni, toaleta poranna, nakarmienie kotów, kawa, wycieczka do kościoła, zakupy, obiad, sprzątanie, oglądanie telewizji, czasem jakaś lektura przed snem. Wyjątek od jakiegoś czasu stanowiły święta, kiedy z rozkładu, z powodu ustawowego zakazu handlu, trzeba było wykreślić zakupy.
Kobieta żyła zgodnie z tym harmonogramem i nie skarżyła się. Do tej pory...
Gdzieś na początku miesiąca, postanowiła coś zmienić w swoim życiu.
Kiedyś o ludziach w jej wieku mówiono, że już im pora, że przeżyły swoje. Obecnie śmierć zepchnięto na plan dalszy, zaś poprawnym politycznie było twierdzić o rozpoczęciu nowego etapu. Wielu emerytów przyjęło ten punkt widzenia ze szczególną radością. Nareszcie ich głód pełnego życia, odartego przez czas i ludzi z młodzieńczych możliwości, mógł zostać oficjalnie zaspokojony. Co poniektórzy starali się na swój przygarbiony i skostniały sposób ponownie stać się pełnymi życia jednostkami, inni dopasowali przyjemności dnia codziennego do swoich ograniczeń.
Barbara już wiedziała. Ona też tak chce...

* * *

Listonosz chwycił rower oparty o ścianę i popatrzył w kierunku okna kuchennego Barbary. Uśmiechnął się lekko. Kobieta uczyniła to samo.
- Pora mi! - powiedziała cicho i zważyła w ręku emeryturę - Mam nadzieję, że starczy.
Kot otarł się o jej nogę, przysiadł obok i zaczął trzeć łapką pyszczek.

* * *

Najpierw była wizyta u fryzjera, potem kosmetyczka. Barbara, do tej pory przeliczająca skrupulatnie kupno każdej bułki, dziś kładła przed kasami pięćdziesięcio i stuzłotówki z taką obojętnością, jakby chodziło kawałki bezwartościowego papieru toaletowego. Nie wzruszyła jej ani cena sukienki, ani torby kosmetyków, ani jaskrawej bluzki z cekinami, ani w końcu błyszczących czarnych szpilek. Wszędzie, gdziekolwiek poszła, sympatyczni i silący się na grzeczność sprzedawcy i sprzedawczynie ze zdziwieniem przyjmowali do wiadomości, że towar nie jest przeznaczony na prezent dla wnuczki, ale starali się nie komentować zbytnio faktu, że oto przeszło siedemdziesięcioletnia kobieta kupuje dla siebie produkty stworzone dla dużo młodszej grupy wiekowej. Zazwyczaj milkli, gdy na ladzie pojawiała się gotówka. Niektórzy pozwalali sobie nawet na zawołanie za wychodzącą Barbarą oklepanego hasła "Niech się dobrze nosi". Co pomyśleli potem, to już inna sprawa. No ale w końcu klient nasz pan.

* * *

Barbara zamknęła mieszkanie i zeszła do drzwi wejściowych kamienicy. Zaczynało się ściemniać, ale to w dniu dzisiejszym, po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, nie było sygnałem do toalety nocnej i snu. Kobieta nacisnęła klamkę i wyszła na zewnątrz. Zaciągnęła się mocno wieczornym zapachem miasta i zmróżyła oczy.
Ból przyszedł nagle.
Barbara upadła. Zawał niestety okazał się śmiertelny....

* * *

- Patrz Heniek jaka odsztafirowana! - potężny, łysy pielęgniarz z załogi karetki pobliskiego szpitala, wezwanej do zabrania ciała, spojrzał na niewiele mniejszego kolegę, który pakował zesztywniałe już lekko ciało do czarnego worka - Sie chyba już na swój pogrzeb wybierała! Albo dziwka jakaś. Wrażeń nocą na mieście szukała.
- Aha! - powierdził kolega i począł zasuwać ciągnący się przez całą długość folii suwak.
Lekarz wpisujący do tej pory w rzędy tabelek jakieś dane, popatrzył na niknącą we wnętrzu worka kobietę.
- A co ona taka radosna? - spytał marszcząc czoło.
- Staszek mówi, że na jakiś pogrzeb szła. Prostytutki jakiejś. - powiedział Heniek i na chwilę przerwał zasuwanie ekspresu. Światło latarni padło na wystającą jakby ze śpiwora twarz Barbary. Kobieta uśmiechała się szeroko...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz