niedziela, 10 kwietnia 2011

Jednostka kolonizacyjna Elvis

EP-42/3577-TM rozejrzał się po sterówce. Pulpit zamrugał zielonym światłem kontrolek ruchu. Gdzieś z boku zamigotała czerwień lampki układu spalania, zgasła i rozbłysła ponownie, tym razem bardzo słobowicie, co i rusz gasnąc, czasem na ułamki, czasem na kilka długich sekund. EP-42 pstryknął migocący guzek i przesunął dźwignię zgniatarki. Gdzieś za plecami dał się słyszeć przytłumiony zgrzyt i diminuendo pracujących hydraulicznych tłoków. Dźwignia powróciła na pierwotną pozycję. Klapy komory zgniatarki powinny w tym momencie opaść, uwalniając sprasowaną zawartość, jednak tak się nie stało. Tryby poruszyły się lekko, zgrzynęły i stanęły. EP-42 westchął.
- Znowu to samo! - pomyślał - Nawet w ostatnim dniu...
Drabinka prowadząca do jego kabiny szczęknęła metalicznie i zaczęła miarowo obijać się luźną częścią łukowatej poręczy o framugę niewielkich drzwiczek do sterówki. Na zewnątrz dało się słyszeć coraz głośniejsze sapanie.
- Jak znowu zasnąłeś, to Cię zabiję gnoju! - przez okrągły wlot do pomieszczenia wpełzł EP-81. Oparł się o ścianę i dysząc ciężko wpatrywał w jaśniejącą ostrym światłem pstrokaciznę pulpitu sterowniczego.
- Co jest do kurwy nędzy!? - spytał pomiędzy kolejnymi ciężkimi oddechami.
- Nic nowego szefie! - EP-42 odkręcił się na fotelu w kierunku gościa i wzruszył ramionami - Chyba jak zwykle padła hydraulika.
- Ja się nie pytam o sprzęt debilu! - EP-81 pokręcił głową i przetarł spocone czoło - Ja się pytam, co ty tu jeszcze robisz?!
EP-42 spojrzał zdziwiony na  przełożonego. Zmarszczył czoło i nachylił się nad wyświetlaczem zegara. Puknął czarną tabliczkę, pociętą jaskrawymi kreskami cyferek. Te pociemniały na chwilę i rozbłysły ponownie ze zdwojoną siłą. Nagle zgasły, lecz zajaśniały po sekundzie, ukazując kompletnie inny czas niż jeszcze przed momentem. Była prawie dziesiąta.
- Ja pierdolę! - operator zaklął cicho i podniósł się z fotela.

* * *

Jednostka kolonizacyjna EP służyła plemieniu De-Uazi od jakichś 42 lat. Żyła i rosła razem z nim. Ostatnio niestety nawet aż za bardzo. Lud De-Uazi, zaskoczony zewnętrznymi sukcesami jednostki, zapomniał o najważniejszej cesze kolonizatorów - o umiarze. Choć w regulaminie obsługi jasno stało, że populacja jednej powłoki nie może przekraczać tysiąca dusz, mieszkańcy zwiększyli w tajnym głosowaniu tę liczbę ponad dwukrotnie. Tłumaczono to wyjątkowo intensywnym trybem życia jednostki i koniecznością obsługi coraz to nowych partii jej szkieletu i rozrośniętych mechanizmów wewnętrznych. Nikt nie przypuszcał, że lekkie naciągnięcie przepisów może doprowadzić do przepracowania ciała i konieczności jego opuszczenia.

* * *

EP-42 odwrócił się i rozejrzał po hali głównej jednostki kolonizacyjnej, która przez ostatnie 42 lata była domem dla niego i całego plemienia. Tutaj pracował, tutaj się bawił, tu miał nieco już przyciasne, ale własne M-2. Tutaj wreszcie poznał swoją partnerkę, piękną i mądrą GA-56, która założywszy macki pod lekko już powiększonym, ciężarnym brzuchem, stała przy wyjściu i cierpliwie czekała na męża.
- Już pora kochanie - powiedziała cicho.
- Tak, wiem! - EP-42 odwrócił się do niej i wcisnął przycisk wyłącznika przy wyjściu - Ostatni gasi świało! - uśmiechnął się i westchnął przeciągle.
GA-56 wzięła go pod rękę i położyła mu głowę na ramieniu.
- Będzie dobrze! Ponoć Rada znalazła nam już nową jednostkę. Razem z numerami od 13 do 26 mamy osiedlić ciało NU za wielką wodą.

* * *

Doktor George Constantine Nichopoulos przykucnął przy zwłokach i odruchowo złapał rękę w okolicach przegubu, szukając pulsu. Przesunął kciuk wzdłuż nadgarstka, próbując znaleźć choćby najdrobniejszy skurcz tętnicy. Bez skutku.
Już miał wstać, gdy jego uwagę zwrócił niewielki przedmiot wystający z nosa denata.
- Co on kurde wciągał? - pomyślał i pochylił się jeszcze bardziej nad ciałem. Przedmiot jako żywo przypominał drabinkę i wnikał głęboko do lewej dziurki. Nie odrywając wzroku od swego znaleziska, doktor sięgnął po metalową kasetkę, wciśniętą na dno skórzanej torby lekarskiej i wyjął z niej zakrzywioną pincetę. Wyszarpnął lekko przedmiot z nosa i przysunął przed oczy.
- Co jest do cholery?! - zaklął cicho wpatrując się to w miniaturową drabinkę, to w tłuste cielsko Elvisa Presley'a, rozpłaszczone na wzorzystych kafelkach terakoty.
Nichopoulos podniósł pincetę. Zmrużył oczy, dostosowując wzrok do natężenia światła przenikającego przez mleczno-białe szyby łazienki posiadłości Graceland.
Nagle coś poruszyło się na marmurowym parapecie przy uchylonym lekko skrzydle okna. Dziwny przedmiot w kształcie spodka zawisł jakieś 10 cali nad jego powierzchnią, a następnie z sykiem jaki towarzyszył saletrowym pociskom puszczanym za młodu przez Geroge'a, przeleciał obok słupka dębowej framugi.
Doktor otworzył ze zdziwnienia usta i poluźnił uchwyt pincety, przez co niewielka konstrukcja upadła z ledwo słyszalnym plaśnięciem na podłogę. Stał tak przez chwilę z głupio otwartymi ustami. Przez ich kącik zaczęła przelewać się kropla śliny.
Kiedy wreszcię otrząsnął się z odrętwienia, pierwszą rzecz jaką zanotował powracający do działania mózg, była kartka kalendarza wiszącego niedaleko toaletki z wielkim kryształowym lustrem. Na papierowym prostokąciku widniała data 16 sierpnia 1977 roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz