sobota, 16 kwietnia 2011

Nauki Mistrza Yo {19}

Wdowa Yeng była wyjątkową jędzą. Nie lubił jej nikt w osadzie ani w licznych siołach oblepiających jak ospa pobliskie wzgórza. Gdziekolwiek się pojawiła, niosła za sobą zgiełk i chaos. Bywają tacy ludzie, których sama obecność elektryzuje atmosferę i to co do tej pory było spokojne i uporządkowane, nagle zamienia się w piskliwy bałagan, żeby nie powiedzieć zrzędliwy burdel. Wdowa Yeng była właśnie taka.
Mistrz Yo również nie przepadał za tą niewiastą, która z wyglądu przypominała mocno wysuszonego śledzia. Wysoka i poryta zmarszczkami, patrzyła z góry na świat i ludzi tymi swoimi wyłupiastymi oczami, a z wiecznie niedomkniętych ust płynął potok pretensji, których logika gubiła się po przekroczeniu przez kobietę granicy wysokich tonów i zamieniała w jazgoczący harmider.
Ludzie z osady nie tyle przyzwyczaili się do wdowy Yeng, co nauczyli się ją skutecznie omijać. Widząc z daleka wysoką postać kobiety, tubylcy spuszczali nagle głowy i skręcali w wąskie uliczki, nie ryzykując spotkania z tym okazem nadpobudliwej zrzędliwości. Początkowo dziwiło ją zachowanie sąsiadów, ale że przekonana była o ich do siebie sympatii, zrzuciła to na karb przesadnego wręcz szacunku do jej osoby. I tak żyła sobie, szczęśliwie niezadowolona z życia.

* * *

- Pamiętajcie kochani - Mistrz Yo spojrzał na grupkę uczniów notujących skrzętnie niewielkimi rysikami na lekko odwiniętych rulonach słowa nauczyciela i spoglądających na niego z zaciekawieniem - każdemu stworzeniu należy się szacunek! Przyroda domaga się czci i potrafi w dwójnasób się za nią odwdzięczyć!
- Mitrz Yo! - piskliwy głos dobiegł gdzieś spomiędzy gęsto rosnących cedrów po prawej stronie ścieżki.
Starzec przeciągnął ręką po twarzy i westchnął cicho.
- Pamiętajcie chłopcy, cześć i szacunek...

* * *

Wdowa Yeng powoli zaczęła przechodzić na wyższe rejestry, przez co potok słów ciągnący się nieprzerwaną strugą z jej rybich ust zaczął przypominać świdrujący kwik rodzącej maciory. Wszyscy to zauważyli, zarówno Mistrz Yo starający się dotrzymać kroku tyczkowatej niewieście, jak i grupka mocno już zmęczonych i znudzonych uczniów. Wszyscy oprócz niej samej oczywiście. Kobieta nie przestała mówić nawet wtedy, gdy wraz z mnichem i stadkiem odzianych w kuse kimona chłopców wyszła z lasu i stanęła na krawędzi skalnego rozpadliska, ciągnącego się dalej pionową ścianą jakieś kilkadziesiąt metrów w dół. Tu kończyła się ścieżka, którą oglądać zachody słońca przychodzili chyba wszyscy miejscowi zakochani.
Yo przymknął oczy i starając się odgonić od siebie natrętny pisk niewieści, złapał potężnych chaust pachnącego igliwiem powietrza. Następnie odwrócił się lekko do uczniów i rzekł:
- Pamiętajcie kochani, cześć i szacunek! - wskazał ruchem dłoni krawędź urwiska i lekko się skłonił - Panie przodem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz