niedziela, 21 sierpnia 2011

Odszkodowanie

Podkomisarz Ciepłokluchin uderzył po raz kolejny. Twarz przesłuchiwanego przyjęła cios, odkształcając się niczym plastelina, poczym odskoczyła w bok, tryskając kleistą mazią śliny połączonej z krwią. Ciemnoczerwona masa zatoczyła w powietrzu łuk i spadła na mankiet białej koszuli podinspektora Borysa Paprochina.
- Szlag! - mężczyzna starał się zetrzeć plamę opuszkami palców, lecz ta, jak na złość, tylko się rozmazała - Masza mnie zabije!
Ciepłokluchin spojrzał z trwogą na przełożonego.
- Wybaczcie towarzyszu...
Paprochin wyjął chustkę z monogramem Służb Bezpieczeństwa, odkręcił butelkę gazowanej wody "Propitannyj Konsomolec", wylał kilka kropel na zabrudzenie, przecierając je szybko lnianym prostokątem.
- Szoli szeba... - wycharczał przesłuchiwany przez napuchnięte niczym balony wargi - Szól omaga...
Podinspektor sięgnął do szafki biurka i wyjął szklaną solniczkę, stojącą do tej pory obok kilku innych przypraw i talerzyka z kanapkami przygotowanymi przez żonę. Potrząsnął pojemniczkiem patrząc jak białe kryształki rozpuszczają się w kontakcie z wilgotnym mankietem.
Ciepłokluchin tymczasem uderzył ponownie. Zmasakrowana twarz odskoczyła niczym piłka.
Paprochin spojrzał na mężczyznę siedzącego na niewielkim zydelku z rękami skutymi na plecach. Stiopa Bezjajkin. Całkiem fajny gość. Jeszcze tydzień temu pracował za ścianą w dziale obraz średniego stopnia. Widywał go codziennie około południa, kiedy przysługiwała mu półgodzinna przerwa. Wychodził wtedy do niewielkiego aneksu kuchennego, gdzie pomiędzy zjadanymi naprędce kanapkami, zawijanymi w szary papier pakowy, przepijanymi kawą zbożową dostarczaną w wielkim garze ze służbowej stołówki, wypalał dwa lub trzy papierosy marki "Kriepki Pionier".
Podinspektor zapamiętywał takie szczegóły. Skrzywienie zawodowe. Poza tym poczuł sympatię do tego okrągłego jegomościa.
Stiopa spojrzał na Borysa mętnymi oczyma. Westchnął cicho i stracił przytomność. Głowa opadła i wsparła się podbródkiem na klatce piersiowej.
- Ocucić towarzyszu podinspektorze? - Ciepłokluchin popatrzyła na przełożonego i sięgnął po emaliowane wiadro stojące pod ścianą.
Paprochin wiedział z jakiego wydumanego powodu niedawny sąsiad siedzi nieprzytomny w jego biurze i krwawi na ciemnobrunatną terakotę. Wkurzało go to, ale nie zwykł komentować i podważać rozkazów żadnego z przełożonych. Rozkaz jest rozkaz. Albo robiłeś swoje, albo wypadałeś z gry. A gdzie on, ze swoimi umiejętnościami pracę znajdzie. Potrafił tylko w pysk lać i czapkować oficerom wyższym stopniem. Może szwagier znalazłby mu coś u siebie w kwiaciarni, ale na cholerę komplikować sobie życie... Więc robił swoje, nie zastanawiając się jakiego biedaka leje i jakiej kanalii czapkuje. Albo odwrotnie...
W tym wypadku powód pojawienia się Bezjajcewa w jego wydziale był prosty. Jakieś trzy dni temu poślizgął się on na wylanej w aneksie kuchennym kawie i zwichnął rękę. Odszkodowanie było wyjątkowo spore, co zdziwiło nie tylko samego poszkodowanego, lecz i bezpośredniego przełożonego Stiopy, Ulika Romanowa Krwiopijcyna. Mężczyzna, znany ze swego zamiłowania do hazardu, zadłużył się u miejscowych bukmacherów, którzy coraz natarczywiej domagali się zwrotu należnej kasy, wraz z wyjątkowo wysokimi odsetkami. Krwiopijcyn był pod ścianą, kiedy więc usłyszał o nagłym przypływie gotówki swego podwładnego, napisał na niego zgrabny donos, informując przy okazji rodzinę, że jego wycofanie uzależnione jest od grubości ewentualnej koperty, jaką z przyjemnością zobaczy w szufladzie swojego biurka. Pani Bezjajcewą zaś, w pozycji ginekologicznej, przywita jako premię za dobre serce na blacie tego samego biurka.
Niestety okazało się, że nieświadoma jeszcze wtedy powodu aresztowania męża, niewiasta w jeden dzień wydała całą kwotę, wzbudzając oburzenie zarówno świeżo pojmanego Bezjajcewa jak i samego Krwiopijcyna.
- Ocucić! - rozkazał Paprochin i spojrzał na mankiet koszuli z ledwo już widoczną czerwoną plamką.
Woda chlusnęła na przesłuchiwanego, który podniósł głowę i spojrzał na swoich oprawców.
Paprochin zamachnął się. Pięść ześlizgnęła się z ledwo muśniętego czoła i trafiła w trzymane przez Ciepłokluchina na wysokości piersi emaliowane wiadro. Ból wstrząsnął ciałem oficera. Krew na dłoni tym razem nie należała do aresztanta, lecz cienką strużką wylewała się ze skaleczenia na kostkach palców podinspektora. Dwa z nich zaczęły gwałtownie puchnąć, pulsując bólem zgodnie z rytmem serca i tłoczonej do dłoni krwi.
- Kurwa, - pomyślał Borys - chyba złamane.
- Coś się stało? - Podkomisarz zmarszczył czoło i wyjrzał zza wiadra na przełożonego.
- Nie, nic! - Paprochin spojrzał na Bezjajcewa i lekki dreszcz przeszedł mu po plecach - To zwykłe skaleczenie...

* * *

- Siadajcie proszę! - Ulik Romanow Krwiopijcyn wskazał niewielki zydelek stojący przed potężną bryłą ciemnobrązowego biurka - Właśnie dotarł do mnie pewien dokument, - mężczyzna poczekał aż podwładny usiądzie na stołku, poczym uniósł wyrwaną z zeszytu kartkę, zapisaną niezgrabnymi kulfonami i pomachał nią energicznie. Borys rozpoznał ten świstek. To była niezaliczona kartkówka z gimnazjum, chyba z wychowania obywatelskiego - podważający Pana wizerunek jako praworządnego obywatela i lojalnego funkcjonariusza. - Bez wdawania się w zbędne szczegóły, chyba zdaje Pan sobie sprawę, co się stanie jeśli nadam mu bieg służbowy...
Paprochin przełknął ślinę i poluzował nieco krawat.
- Zdaję sobie sprawę towarzyszu!
- Macie szczęście, że trafiło to akurat do mnie - Krwiopijcyn wstał z fotela i podszedł do bocznych drzwi, obitych czarną skórą. Wyciągnął papierosa ze srebrnej papierośnicy, opukał go o lśniące wieczko i zapalił jednorazową zapalniczką z wizerunkiem Przewodniczącego. Huknął pięścią w framugę i poczekał aż z drugiej strony ktoś odblokuje masywną zasuwę.
Ulik zaciągnął się z widoczną błogością szarym dymem z papierosa i pchnął lekko drzwi.
W drugim pomieszczeniu, na podobnym jak w biurze zydelku siedziała jakaś kobieta z rękami związanymi na plecach i opuszczoną na pierś głową. Obok stał Ciepłokluchin i obijał lekko czarną służbową pałkę o udo. Na znak przełożonego złapał niewiastę za włosy i pociągnął je do góry, ukazując Paprochinowi zakrwawioną twarz. To była Masza.
Krwiopijcyn zamknął drzwi i podszedł do Borysa.
- Niestety szanowna małżonka odmówiła współpracy, więc ten miły obowiązek spadł na Pana, podinspektorze. - mężczyzna poklepał blat biurka i zaczął rozpinać rozporek - No siup! - popatrzył zdziwiony na podwładnego - Wskakujemy na biureczko, raz, dwa, raz, dwa...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz