sobota, 13 sierpnia 2011

Rozczarowanie...

Widok jaki rozpościerał się ze szczytu zachwycał i zapierał dech w piersi. Mężczyzna wyjrzał poza krawędź płaskiego jak stół wierzchołka na zbocze, którym jeszcze przed chwilą szedł. Kłęby białych chmur wbijały się w skalną ścianę jakieś kilkaset metrów poniżej, zasłaniając rosnące u podnóża góry zbite masy regli.
Mężczyzna zebrał ślinę w ustach, odchrząknął i splunął. Tyle lat o tym marzył. Flegma zatoczyła w powietrzu łuk i opadła z plaskiem na ciągnące się jaśniejszą smugą po zboczu nieregularne gruzowisko.
Mroźne powietrze wypełniło płuca i wywołało gęsią skórkę na spoconej skórze. Mężczyzna rozejrzał się. Jeszcze na początku liczył próby zdobycia szczytu, lecz po kilku latach przestał. Nie zaznaczał już nawet kolejnych krzyżyków na wielkim głazie, tkwiącym jak strażnik u podnórza góry. Teraz nareszcie mu się udało, lecz fakt ten nie wywołał oczekiwanego wybuchu radości. Być może gdyby udało mu się za pierwszym, góra drugim razem... Po tylu latach przyzwyczaił się do ciągłych prób, oswoił niepowodzenie i nagły sukces nie tyle zaskoczył, co zwyczajnie zasmucił.
Mężczyzna tyle razy marzył o zdobyciu wierzchołka, tyle razy wyobrażał sobie ten dzień, każdy szczegół chwili do której dążył od dekad... Tymczasem rzeczywistość rozczarowała.
Poza tym szczyt okazał się taki zwyczajny...
Mężczyzna podszedł do wielkiego głazu i niby od niechcenia zepchnął go z krawędzi.
- Ups! - udał zaskoczenie i rozejrzał się wokoło - Się mi znowu wymsknęło!
Tymczasem okrągły kamień nabrał szybkości i wbił w kłebowisko chmur.
- Chyba znowu trzeba będzie zaczynać od początku! - Syzyf uśmiechnął się lekko i podskakując niczym dziecko, zbiegł śladem głazu, znikając po chwili w śmietanie białych obłoków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz