środa, 7 września 2011

Biały kruk

Nerwowo pukałem palcami w oparcie fotela. Była prawie osiemnasta, a dziadka jeszcze nie było. Obiecał, że z samego rana wybierze się do znajomego i odkupi od niego Mickiewicza, tymczasem od kiedy wpadł tuż po ósmej po pieniądze, do tej pory nie dał nawet najmniejszego znaku życia. Telefon milczał, i to zarówno dziadkowa komórka jak i numer stacjonarny znajomego. Staruszek dostał prawie dziesięć tysięcy, na tyle umówiłem się z jego wieloletnim przyjacielem i właścicielem sporej wielkości zbioru literackich białych kruków za paryskie wydanie "Pana Tadeusza" z 1834 roku. Lekko po południu zacząłem się niepokoić, zarówno o dziadka jak i wielokrotnie przeliczanej kupki banknotów, wyciągniętej poprzedniego dnia spod stosu wykrochmalowej na sztywno pościeli. Teraz, gdy wskazówki na tarczy wiekowego zegara utworzyły pionową kreskę, zacząłem wpadać w panikę. Wiem, nazwiecie mnie oszustem żerującym na ludzkiej naiwności, lecz zapewniam was, że obie strony świadome były wartości wspomnianego dzieła i nieadekwatności wyznaczonej za nie ceny. Ja nie pytałem czemu zawdzięczam możliwość kupna jednego z tysiąca znanych egzemplarzy dzieła za tak śmieszne pieniądze, a i dotychczasowy jego właściciel nie spieszył z wyjaśnieniami. Nie powiem, taka sytuacja nawet mi pasowała. Dziadek obiecał pośredniczyć w transakcji.

A teraz nie było ani dziadka, ani pieniędzy, ani Mickiewicza...

Kiedy ktoś wreszcie zapukał do drzwi, serce skoczyło aż po same gardło, a trzęsące się z podniecenia dłonie z trudem przekręciły pokrętło zasuwki.
W progu stał chwiejący się lekko emeryt, wyciągając przed siebie oprawioną w ciemnobrązową skórę książkę.
- Masz chłopsze! - wybełkotał, krzywiąc twarz w pijackim uśmiechu.
Wyrwałem mu "Pana Tadeusza" z rąk i przytuliłem do policzka.
- Nareszcie! - chłód twardych okładek zadziałał jak uzdrawiający okład.
Odchyliłem je delikatnie zaglądając do środka.
Na lekko pożółkłej kartce, w siedmiu wierszach stało: "Pan Tadeusz czyli ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem".
Przystawiłem nos do książki.
- Czujesz to staruszku? - popatrzyłem spod przymkniętych powiek na kiwającego się na boki posłańca, tkwiącego w progu z głupawym uśmiechem na mocno zarumieniomym obliczu - Czy widzisz ten nieregularny wzór zacieków i rozmytych plam, wsiąkających przez wieki w chropowatą fakturę papieru? Czy czujesz ten zapach? Tę kompozycję celulozy i farby drukarskiej? Ten aromat podniecającej starości? Czy wiesz jak długo powstawała ta niebiańska kompozycja? Czy wiesz jak i gdzie zaistniała ta podniecająca fuzja?!
- Pot pachą! - Dziadek podniósł do góry rękę, pokazując sporej wielkości zaciek potu na jasnoniebieskiej koszuli - Rense miałem sajente...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz