poniedziałek, 28 marca 2011

OFF-siki (52)

Takie sobie wierszyki (1)

SŁOŃCE
Mówiłaś
żebym nie patrzył
na Ciebie
bo patrzenie na Słońce
boli
Popatrzyłem
Bolało
Zapomniałem
że nawet na golasa
masz twarde pięści

RĘKA
Wyciągnąłem rękę
do Ciebie
Znowu
Nie wiem czemu
Może dlatego
że miałaś mi oddać
pożyczoną wcześniej
dychę...

DOM
Dom ze słomy
zdmuchnął wiatr
Podobnie uczynił
z domem
z patyków
Kiedy postawiłem
murowany
zapadł się
w zbyt miękkim
podłożu
Samowolka budowlana
słono kurwa kosztuje

SPRZĄTANIE
Odkurzając dom
złość tłumiła
anonimowość
paprochów

Z pamiętnika REDnacza {7}

Spytałem kiedyś Dziadka Jacka, który z obowiązków domowych uważa za najcięższy. Co wprawia go w najgorszy nastrój, czyli mówić po ludzku, czego nie lubi robić w domu. Jego odpowiedź wprawiła mnie w osłupienie:
- Ogólnie to nic, ale najbardziej nie lubię się seksować z babą! - odpowiedział marszcząc w grymasie obrzydzenia i tak już mocno pomarszczone lico.
- Ależ dziadku, przecież to sama przyjemność...
- Boś nigdy na babcię włazić nie musiał!
- Ok, ale dlaczego akurat "to"? - spytałem ochłonąwszy nieco po niespodziewanej odpowiedzi staruszka.
- Bo czasem musiałem cały dom posprzątać zanim ta cholera zasnęła!

OFF-siki (51)

niedziela, 27 marca 2011

OFF-siki (50)

I tak doszliśmy do 50-tego odcinka OFF-sików. Wiele osób pyta czemu powstały i czemu ciągle pojawiają się kolejne części tej zniesmaczającej historii. Odpowiedź znajdziecie poniżej...
Pierwszy obrazek z glistowatym osobnikiem ukazał się 22 lutego br. Dla nas to nic, ledwie miesiąc z hakiem, dla bohaterów tych skromnych dowcipów to życie jednego pokolenia. Tak sobie obliczyłem, że gdyby zwierzątka te posiadły zdolność czytania i były wypłacalne, to w przypadku wydania zbioru historyjek o ich GÓWNIANYM żywocie, miałbym z tego naprawdę KUPĘ kasy i do końca swych dni mógł leżeć do góry świństwem (jedna samiczka składa 8000-12000 jaj)! Na razie jednak muszę poprzestać na wąskim, ludzkim gronie Czytelników i czekać na ewolucyjny cud.
W tym miejscu pozostaje mi tylko życzyć wszystkim przyjemnej lektury kolejnych 50-ciu odcinków i... smacznego!

OFF-siki (49)

OFF-siki (48)

piątek, 25 marca 2011

OFF-siki (47)

Nauki Mistrza Yo {18}

Mgła spełzła z góry, kotłując się strzępami między grubymi pniakami kilkusetletnich cedrów, wczepionych w południowe zbocze i oblepiając płachty starannie wystrzyżonych przez owce łąk.
Mistrz Yo stanął nad urwiskiem i kontemplował skąpany w promieniach słonecznych skalisty szczyt góry Sako. Nagle jego uwagę przykuł kwiat kamelii, wyrastający z leżącego nieopodal, mocno wysuszonego kawałka zwierzęcego łajna.
- Patrz Hashi - Yo wskazał palcem krwistoczerwony pąk i popatrzył na swego najwierniejszego ucznia, stojącego w odległości około metra od krawędzi niewielkiego urwiska i bojaźliwie spoglądającego w głąb skalnego uskoku - nawet z największego gówna może wyrosnąć coś tak zachwycająco pięknego... - starzec podrapał się po policzku - A Ty niestety ciągle taki nieogolony...

wtorek, 22 marca 2011

Koniec zmiany

W kontakcie coś zatrzeszczało. Żarówka tkwiąca w ceramicznej oprawce, wisząca na lekko poskręcanym gołym kablu, zamrugała kilka razy, nim mdłym światłem wypełniła niewielkie pomieszczenie.
Odetchnęłem głęboko, zaciągając się lekko stęchłym powietrzem.
Wieczorną zmianę kończyłem zazwyczaj kwadrans przed czasem. Taki miałem układ. Nie było to przejawem lenistwa, cwanictwa czy niesolidności. Nic z tych rzeczy. Po prostu ostatni autobus odjeżdżał pięć minut po zakończeniu dyżuru. Trzymając się sztywno grafika musiałbym dymać kilka kilometrów do domu na piechotę.
Kilka razy już mi się to zdarzało, ale wtedy było jakby cieplej, a na drodze nie leżała lekko stopiona śnieżna breja, w której grzęzły nawet pojazdy z napędem na cztery koła. Ja miałem napęd tylko na dwie, bolące ostatnio pierońsko nogi. Poza tym rocznik już nie ten...
Podciągając grube płótno czarnego płaszcza, usiadłem na ławce stojącej obok metalowej szafki ubraniowej. Drewno zaskrzypiało cicho.
Kości łupały niemiłosiernie odbierając ochotę do przebrania się, że o konieczności udania do magazynu celem zdania narzędzia służbowego nie wspomnę. Zsunąłem sandały ze stóp i wyciągnąłem nogi przed siebie. Ktoś kiedyś poradził, bym przykurczał i prostował szybko palce. Miało to odganiać zmęczenie. W moim przypadku niestety to kurwa nie działało. Ale nie ma się czemu dziwić...
Pomieszczenie zalał nagły snop światła. Dopiero teraz usłyszałem, że do pomieszczenia ktoś wszedł. Przez otwarte drzwi wlała się do przebieralni jasność z korytarza... Obejrzałem się. To DR-564.
- Witam kolegę! - uśmiechnął się szeroko na mój widok i podszedł do rzędu szafek stojących naprzeciwko mojej. Zabrzęczały klucze. Coś zachrzęściło i po chwili wielka kłódka kołysała się miarowo na metalowym uchu zasuwy. Odwrócił się - Co tam ciekawego na zmianie?
- Po staremu! - starałem się ukryć cierpienie i udawać wyluzowanego - Zero nowości, no może poza Maliniakiem...
- Co z nim? - popatrzył zaciekawiony - Znowu odratowali?
- Nie zdążyli! - tym razem ja uśmiechnąłem się lekko. Z tym Maliniakiem był problem od kilku ładnych miesięcy. Facet przeszedł już w stan warzywa, podtrzymywanego przy życiu dzięki skomplikowanemu systemowi drutów, rurek i naszprycowanej chemią kroplówki, ale dzieci staruszka jakoś nie przyjmowały tego do wiadomości, przedłużając sztucznie wegetację głowy rodu. Na szczęście tym razem mężczyzny nie udało się odratować, nawet przy pomocy rozkręconego na maksymalną wartość napięcia defiblyratora.
- Kamień z serca! Powiem szczerze, że miałem dość wystawania bez sensu nad ciałem! - DR-564 zdjął spodnie i powiesił na metalowym haku przyśrubowanym do wewnętrznej części drzwi szafki ubraniowej - A kolega nie szykuje się do domu?
- Fakt! - wstałem z ławki i syknąłem z bólu.
- Coś nie tak? W czymś pomóc?
- Nie, dzięki! - wykrzywiłem twarz udawanym uśmiechem - Kulasy zdrętwiały.
Pokiwał głową i odwrócił się układając bluzkę na półce.
Niestety prawda była zgoła odmienna. W ubiegłym tygodniu, za namową kierownika, udałem się do lekarza. Ten popatrzył, popukał, postukał i skierował na specjalistyczne badania. Diagnoza zabrzmiała jak wyrok - zaawansowana osteoporoza. Na miły Bóg - wszystko, tylko nie to! Nie w moim zawodzie i nie na pięć lat przed emeryturą!
Oczywiście kierownikowi na razie nic nie powiedziałem. Pytał o badania, ale zbyłem go naprędce wymyślonym kłamstewkiem o braku czasu. Może zapomni...
- A poza tym, jakieś ciekawostki? - DR-564 przywdział służbowy habit i zaczął wiązać cingulum na biodrach.
- Na Browarnej pożar, jedna osoba śmiertelna. Wypadek na wylotówce, niestety bez ofiar śmiertelnych. Poza tym dwa zawały, jeden wylew i dźgnięcie nożem podczas kłótni małżeńskiej. Wszystko jest w raporcie. - ja również skończyłem się przebierać. Płócienny płaszcz powędrował do szafki, podobnie jak skórzane sandały - A co tam na mieście? - spytałem zamykając szafkę.
- W Tesco jest promocja na karkówkę bez kości i jaja... - odpowiedział po krótkim zastanowieniu.
- A te jaja to jakie? - kłódka trzasnęła cicho.
- Chyba M-ki, ale pewności nie mam... - DR-564 zarzucił kaptur na głowę, chwycił kosę i wyszedł na korytarz.
Ja wzięłem swoją i udałem się do magazynu. Muszę pamiętać by wypłacić kilka złotych z bankomatu.
- To do zobaczenia! - krzyknął za mną i rozpłynął się w powietrzu.
Westchnąłem ciężko. Jeszcze tylko pięć lat pracy Kostucha i emerytura. Jeszcze tylko kurwa pięć lat!

Mr Baloon {23}

Takie tam... (3)


Dedykowane Bronisławowi Komorowskiemu!

niedziela, 20 marca 2011

OFF-siki (43)

OFF-siki (42)

OFF-siki (41)

OFF-siki (40)

Pies na wampiry

Pies najeżył się i zawarczał cicho. Przylgnął do nogi i rzucając wściekle łbem we wszystkich kierunkach zaczął niemiło napierać na udo. Nie był maluchem i swoje ważył.

* * *

Za dnia alejka wyglądała tak normalnie i spokojnie. Równo ułożona kostka z kilkoma zakolami, w których stały pałąki ławek i kosze na śmieci, a po obu stronach chodnika mocno nieregularne szpalery drzew, otoczone kępami krzaków.

Niedzielna cisza i spokój odsypiającego po całym tygodniu pracy miasteczka.

Zaciągnąłem się wolnym od samochodowej stęchlizny powietrzem, pachnącym eksplodującą wszędzie wiosną. Płuca wypełnił orzeźwiający chłód. Pies biegał po równo przyciętym trawniku, wyszukując coraz to nowych zapachów. Ogon sterczał mu sztywno, co jakiś czas kiwając się lekko na obie strony potężnego korpusu. Nagle, na wysokości starego klasztoru Sióstr Elżbietanek, przerobionego na oddział zamiejscowy jakiejś rządowej organizacji o mocno skomplikowanej nazwie i trudnym do określenia zakresem działania, zatrzymał się i znieruchomiał z nosem wbitym w sporej wielkości bruzdę. Ciągnęła się ona od lekko rozchwianego na jej początku chodnika aż do drzewa, gdzie przechodziła w białą, prawie dwumetrową bliznę, zakończoną wypalonymi śladami dwóch rąk.
Do wyrwanych z ziemi koszów czy połamanych, drewnianych siedzisk ławek zdążyłem przywyknąć. Objawy wandalizmu pojawiały się zazwyczaj wraz z lekkim ociepleniem i zanikały dopiero na zimę, kiedy temperatura wyganiała mocno podchmielone grupki nocnych Marków, przylepione do ławek niczym kiście winogron, do domów czy coraz liczniejszych pubów, restauracji, kawiarenek czy pizzerii.
Rozejrzałem się wokoło. Nigdzie choćby jednej połamanej gałązki czy kawałka przedmiotu, który z równą łatwością okaleczył chodnik, ziemię i na koniec drzewo. Dziwne. Podszedłem do pniaka wpatrując się w ślady zwęgleń na korze. Świat rozbłysnął ferią barw, zawirował, a przez mózg przetoczył się rząd obrazów wydarzeń z poprzedniego wieczora, a zaraz potem, z równą wyrazistością, sprzed lat kilkunastu. Upadłem na kolana zasłaniając oczy rękami. Pies trącił mnie nosem i polizał w wierzch dłoni...

* * *

Czemu akurat to wspomnienie pojawiło się teraz? Nie wiem. To dosyć dziwne, bo nie potrafiłem dopasować go ani do konkretnego miejsca, ani czasu. Jedynym rozpoznawalnym elementem była postać dziadka, zmarłego jakieś cztery lata temu, trzymającego mnie na kolanach i tłumaczącego coś wolno, tym swoim twardym, lekko chropowatym głosem. Mgliste początkowo wspomnienie zaczęło nabierać wyrazistości, by rozbłysnąć w głowie niczym obraz z dnia wczorajszego.
- Pamiętaj synek, - dziadek nigdy nie zwracał się do mnie po imieniu, nigdy też nie nazwał mnie swoim wnuczkiem - w naszą rzeczywistość wplecione są ścieżki równoległych światów, przepełnionych postaciami tak dziwnymi, że trudnymi do ogarnięcia przez najbardziej światłe umysły. Niektóre splotły się z nią na stałe, inne przez chwilę przecinają smugę naszego czasu. Każdy z nich, w mniejszym lub większym stopniu, wpływa na życie jednostek i całych narodów, zmianiając lub wrecz kształtując wydarzenia w naszej historii. - Starzec pogłaskał mnie po głowie i westchnął cicho - Człowiek w swej naturze jest pokarmem dla innych istnień, ściółką na której wyrastają równoległe byty. Nic na to nie możemy poradzić.
Wpatrywałem się w mężczyznę szeroko otwartymi oczami, starając się nie oddychać zbyt głośno, by nie zagłuszyć choćby jednego wypowiadanego przez niego słowa.
- Na szczęście Pan zsyła nam obrońców, stworzenia które przejmują moce pasożytujących na nas stworów - Wilczarzy, zwanych też, w zależności od źródła grożącego nam niebezpieczeństwa: Psami na Wampiry, Wilczymi Drapieżcami, Krwiołakami... Dar ten spada najczęściej na najbliższe nam, ludziom stworzenia, czyli koty i psy, choć bywało, że otrzymał je słoń czy małpa. Równolegle może pojawić się na świecie nawet kilkadziesiąt takich istot i mnie przypadł zaszczyt posiadania jednego z nich. To jest Derdick! - dziadek spojrzał na starego, wyliniałego kundla, leżącego w wielkim wiklinowym koszu pod kaflowym piecem - Wiem, nie wygląda na jakigokolwiek obrońcę, ale zapewniam cię synek, że swego czasu był. Kilka razy mnie i wielu mieszkańcom naszego miasta uratował skórę, choć o tym fakcie wiedziałem tylko ja. Oni pozostali nieświadomi obecności i działania Wilczarza. Ich szczęście...
- A jak on to robił? - spytałem, ciekawy krwawych szczegółów całej historii.
- Nie wiem synek, - staruszek pokiwał lekko głową - nigdy nie widziałem finału tej konfrontacji, choć końcowe wycie bestii świadczyło o jej brutalności.

* * *

Żarówka w latarni, stojącej po prawej stronie chodnika zaskwierczała i zgasła. Cień, zalegający do tej pory za metalowym płotem, oddzielającym boisko sportowe pobliskiej szkoły od alejki, wlał się na kostkę chodnika i otulił najbliższą ławkę wraz z stojącym przy niej koszem. Pies najeżył się i zawarczał cicho.
- Co jest chłopie? - poklepałem go po potężnym karku. Spojrzał na mnie dziko, dziwnie roziskrzonymi ślepiami. Trwało to dosłownie kilka sekund, po których jego wielkie oczyska powróciły do normy, on sam uniósł z żałością brwi i cicho zaskomlał. W twarz uderzył zimny podmuch, wywołując ciarki na całym ciele. Zwierzę skuliło się i pognało kwicząc między pobliskie bloki.
Nagle mrok przede mną zgęstniał, a z ciemnych zawirowań wyłoniła się blisko dwumetrowa postać w obszernym skórzanym płaszczu. Stała przez chwilę bez ruchu i nagle zaczęła dziwnie pęcznieć. Dopiero wtedy zauważyłem, że to co uznawałem za płaszcz okazało się wielkimi błoniastymi skrzydłami owinietymi wokół kościstego korpusu. Stwór rozpostarł je na całą szerokość i pochylił się nieco. Pysk przypominający  mordę nietoperza wykrzywił się. Spomiędzy krwistoczerwonych warg błysnęły bielą wielkie zębiska. Potwór zawarczał i zrobił krok w moim kierunku. Nagle zamarł. W czarnych ślepiach pojawiło się początkowo zdziwienie, a zaraz potem strach i ból. Potwór zapiszczał i machając w panice skrzydłami próbował wznieść się powietrze. Zawisł nawet po kilku sekundach na wysokości jakichś pięciu czy sześciu metrów, ale zaraz potem spadł z hukiem na krawędź chodnika, przetoczył się do najbliższego drzewa. Wspierając się o pień, stanął z trudem na potężnych tylnych łapach, charcząc przy tym głośno.
Pobiegłem za nim z dzikim śmiechem. Teraz zrozumiałem całą sytuację. To ja byłem Wilczarzem, to mnie dziadek nazwał Psem na Wampiry.
Zatrzymałem się za stworem. Oddychał ciężko, łypiąc wrogo spode łba. Spod rozczapierzonych, pokrytych rzadkimi kępami czarnej sierści dłoni, wyprysnęły małe ogniki przypalając omszałą korę. Zaśmierdziało palonym drewnem.
Dziadek nie chciał opowiedzieć jak kończyły potwory po spotkaniu z Wilczarzami. Może faktycznie nie wiedział czemu wyły z bólu, a może chciał mi oszczędzić pikantnych szczegółów. Ja już wiedziałem. Monstrum też chyba wyczuło co się za chwilę stanie.
Rozpiąłem rozporek prawą ręką, a lewą docisnąłem wampira do drzewa. Prącie nabrzmiało do niespotykanych rozmiarów.
- Ja ci dam kreaturo! Już ja ci pokażę, co czeka takie niegrzeczne wampirki jak ty!

piątek, 18 marca 2011

OFF-siki (39)

Konkurs jubileuszowy - wyniki!

Poniżej prezentuję listę osób nagrodzonych w konkursie jubileuszowym, w którym trzeba było skomentować dowolny post na blogu. Było sporo wazeliny, przez co mam uwalaną i zatłuszczoną bieliznę, ale dzięki temu w jednym miesiącu przeżyłem więcej orgazmów niż w ciągu dotychczasowego życia (tylko bez głupich komentarzy proszę)!
Osoby wymienione proszę o podesłanie swoich adresów na fb@duzeka.pl i cierpliwe oczekiwanie na przesyłkę.
- Kobaltowa Wrona
- Anula
- Agnesscorpio
- pandora14
- Małgosia B.
- Sil
- Izabela
- Aniwre
Oczywiście możecie komentować wpisy dalej - mnie tłuste gacie nie przeszkadzają!

poniedziałek, 14 marca 2011

Zamiecione pod dywan... (3)

Z tego co pamiętam, to pierwotnie miał być to Leszek "Kanclerz" Miller. Tak jakoś po drodze projekt zamienił się w pirata narysowanego kompletnie do niczego. Ani to śmieszne, ani z czymkolwiek powiązane. Ot, bezsensowna strata czasu...

Zamiecione pod dywan... (2)

Kolejna rzecz powstała hektar czasu temu, znaleziona przez przypadek całkiem niedawno. Niestety w małej rozdzielczości...

Zamiecione pod dywan... (1)

Komiks pochodzi sprzed ładnych kilku lat - dlatego rysowany jest taką toporną kreską. Początkowo Hugo miał prowadzać się z niewielkim krokodylem Portfelem - pomysł umarł śmiercią naturalną, podobnie jak wiele innych... Trzeba było zająć się zarabianiem na kieliszek chleba...

Takie tam... (1)

Z pamiętnika REDnacza {6}

Dziadek Jacek stanął zamyślony przed oknem. Założył ręce na piersi i westchnął głęboko.
- Wiesz wnusiu - rzekł marszcząc lekko czoło - myśleniem, mówieniem i postępowaniem człowieka, a szczególnie mężczyzny, najczęściej rządzą stereotypy. Wszystko co nas spotyka staramy się dopasować do znanych nam wzorców, z lenistwa i wygodnictwa nie szukając nowych rozwiązań.
- To akurat wiem, ale czemu szczególnie mężczyzn? - spytałem zaciekawiony.
- Bo faceci lubią myśleć fiutem i ścieżka ich rozumowania i kojarzenia kończy się najczęściej na kobiecym zbiorze anatomicznym.
- Jaja sobie robisz Dziadek - starałem się dowcipnie stanąć w obronie płci męskiej.
- Nie tym tonem szczeniaku! - Jacek zgasił mnie na starcie - Ale skoro uważasz, że nie mam racji, to posłuchaj: Co to jest - tylna część ciała na cztery litery, po której lubią klepać faceci?
- No przecież wiesz Dziadek... - zarumieniłem się lekko, uśmiechnąłem i strzeliłem kilkakrotnie brwiami - Przecież wiesz stary świntuchu!
- I tu wpadłeś w myślenie stereotypowe, - Dziadek poklepał mnie po plecach - bo to kark synku! Najzwyklejszy w świecie kark!

sobota, 12 marca 2011

Z pamiętnika REDnacza {5}

Pewnemu Zającowi dedykuję

Dziadek Jacek zsunął się lekko na fotelu i podciągnął przetłuszczoną podkoszulkę pod szyję, ukazując solidne brzuszysko.
- Trzeba coś z tym zrobić synek - rzekł i klepnął się prawą dłonią po napiętej skórze.
- Do tego jakaś dieta jest potrzebna i nieco ruchu. Żeby zrzucić taki bęc trzeba postąpić mądrze, bo jałowa gadka i samozaparcie nie wystarczą.
- Ale synek, - dziadek Jacek popatrzył na mnie ze zdziwieniem - u mnie od lat kilku zero fermentów! Żaden tam luźny stolec, tylko twarda kupa!

piątek, 11 marca 2011

Nauki Mistrza Yo {17}

Mistrz Yo przykucnął przed podwyższeniem, na którym siedział daimyo Harumo Sakashima z żoną. Przełknął ślinę, zastanawiając się z jakiego powodu został wezwany przed oblicze swego pana. Pod ścianami siedzieli samurajowie wyprostowani niczym struny w shamisen. Przypatrywali mu się wrogo spod naciągniętych głęboko na głowę hełmów kabuto, zaciskając dłonie na misternie zdobionych katanach, tkwiących w prostych pochwach saya.
Sakashima skinął ręką i przywołał doradcę Mori, który przydreptał do daimyo i wręczył mu niewielki rulon, owinięty sznurkiem z zatopioną na jego końcu pieczęcią rodu Hakibura. Coś szepnął do ucha swego pana i spojrzał beznamiętnie na Yo. Cofnął się kilka kroków i siadł na poprzednim miejscu, jakby się z niego wogóle nie ruszał.
- Słyszałem, żeś wielkie przysługi oddał memu domowi Mistrzu! - rzekł Harumo i rozwinął powoli rulon - Twoje rady i czyny wielokrotnie przyczyniły się do ratowania honoru, wzmacniania i zwiększania potęgi rodu Hakibura. Mam to wszystko skrupulatnie wynotowane i powiem szczerze, że - odchylił się nieco i pukając palcem w papier spojrzał na Mori. Ten zmarszczył brwi i kiwnął nieznacznie głową - jestem pod wrażeniem Twego oddania!
- To honor być nie tylko wiernym, lecz również pomocnym poddanym! - Yo pokłonił się Sakashimie.
- Twoja służba zasłużyła nie tylko na naszą pochwałę, - daimyo zwinął rulon i przywołał doradcę - lecz i na nagrodę. Słyszałem, żeś chciał ziemi kawałek - Harumo i Mori spojrzeli przebiegle na Yo i zachichotali cicho - Mam dla Ciebie propocycję. Otóż oddam Ci taki majątek, jaki zdołasz ogarnąć rękami, nie mniej i nie więcej! Czy zgadzasz się na ten układ?
- Zgadzam się, - Mistrz zmrużył oczy i wyprostował przygarbione do tej pory plecy - lecz chciałbym uszczegółowić naszą umowę. Liczę, że przystaniesz na to!
- Zgoda! - daimyo klasnął w dłonie, a następnie odepchnął doradcę, który próbował coś powiedzieć swemu panu na ucho.
- Otóż ten palec - Yo wyprostował kciuk, uniósł go nad głowę i pokazał wszystkim zebranym w komnacie - stanowić będzie środek okręgu, którego obwód zaznaczę drugą dłonią! Mam nadzieję o wielki, że potwierdzisz wobec świadków, - zatoczył ręką łuk wskazując po kolei wojowników i grono urzędników siedzących w pobliżu rozsuwanych drzwi - iż wszystko co znajdzie się w jego środku należeć będzie do mnie!?
- Zgadzam się! - Sakashima raz jeszcze klasnął, podskakując przy tym jak dziecko.
Mistrz uśmiechnął się i zanim samurajowie zdążyli zareagować, podbiegł do Harumo, przewrócił go na brzuch, zarzucił mu poły błękitnego kimona zdobionego złotymi wzorami roślinnymi na głowę, wbił kciuk między blade pośladki i drugą dłoń zatoczył krąg wokół siedziska.
Daimyo wrzasnął zaskoczony...

wtorek, 8 marca 2011

OFF-siki (30)

OFF-siki (29)

Informator dietetyczny REDnacza

1. Każda potrawa do pewnego momentu jest dietetyczna. Zazwyczaj ta cienka granica znajduje się miedzy jednym a dwoma wiaderkami.
2. Kradzione nie tuczy, szczególnie wtedy, gdy gospodarz spuści psa z łańcucha.
3. Ruch to zdrowie, ale za dużo ruchu może doprowadzić do niechcianej ciąży.
4. Jedynie puree może być tuczące, podobnie jak kotlet schabowy i bitki.
5. Ryby są zdrowe, chyba że są chore.
6. Białe mięso nie staje się za pomocą akrylowej farby emulsyjnej.
7. Jeśli zaczynasz więcej wydalać niż jeść, to znaczy, że najwyższy czas zażyć tabletki na odrobaczenie.
8. Żadna potrawa nie jest tucząca, chyba że zaczniesz ją jeść.
9. Każde warzywo może być niebezpieczne dla zdrowia, jeśli się je umiejętnie rzuci.
CDN

OFF-siki (28) - Setny wpis na blogu

Mikołaju, Mikołaju, co Ty robisz w naszym kraju...

W pokoju panował półmrok. Pośrodku stało masywne biurko obłożone papierami. Siedział przy nim łysiejący osobnik w drucianych okularach, białej koszuli z czarną aksamitną muchą i czarnych narękawnikach. Wertował coś zapamiętale, lewą ręką przewracając luźne kartki ułożone w zgrabny stosik, prawą wpisując jakieś dane do rzędów tabelek w wielkiej księdze w skóropodonych okładkach. Co chwilę sprawdzał zgodność jednego z drugim i kiwał z zadowoleniem głową. Lampka przymocowana do blatu oświetlała tylko miejsce pracy urzędnika, resztę pokoju pozostawiając w półmroku. W szarościach, wypełniających większość pomieszczenia majaczyły wielkie szafy z rzędami teczek, pudełek i skoroszytów.
Ktoś zapukał.
- Wchodzi! - powiedziął cicho urzędnik nie odrywając wzroku od dokumentów.
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypieniem, a w progu stanął osobnik w stroju Świętego Mikołaja.
- Witam serdecznie w naszym urzędzie. Proszę się rozluźnić i przygotować dokumenty. Życzy Pan sobie kawę, herbatę czy gazowane napoje smakowe?
- ...
- Proszę się nie wysilać i tak nie mamy. - urzędnik przejechał palcem po świeżo wpisanych danych i uśmiechnął się z zadowoleniem - Pytam, bo takie są założenia i wytyczne odgórne. Żeby pytać właśnie. Niestety trzeba było obciąć koszty. Padło na napoje, paluszki oraz kolegę Maciejaszczyka. Może pan zna... Taki nijaki...
- Ładnie tu macie - Mikołaj rozejrzał się po pokoju.
- Dowcipem kruszymy lody? Proszę się nie wysilać. Pan siada i się czuje jak u siebie.
- Na krzesełku?
- Oj, widzę że płaskie w pupala gryzie. Ano takie nam dali. Nic nie poradzę.
- To nie to! Pytałem czy na krzesełku.
- A widzi tu jakieś fotele?
- Nie widzi!
- To skoro widzi, że nie widzi, to na krzesełku. Siada więc i przygotuje papiery.
Urzędnik spojrzał znad okularów na przybysza.
- Oj, widzę że kawalarza nam dobre wiatry przywiały! To żart jakiś? Ukryta kamera? Dowcip studencki, który jutro zawiśnie w internecie?
- To znaczy, że co?
- Że szanowny Pan jak widzę nadal lekko świąteczny, a tu Boże Narodzenie dawno za pasem i śniegu jak na lekarstwo.
- Wiem. Trudno było dojechać. Płozy strasznie pościerało na asfalcie.
- Dobra dowcipnisiu! Albo mi szybko i logicznie wyjaśnisz całą tę maskaradę, albo żegnamy się ozięble i pan Tomek wyniesie cię za ten krasny kubraczek.
- Jestem Świętym Mikołajem!
- Toś mnie pan zaskoczył.
- Ale ja jestem prawdziwy!
- Dobra, miałeś pan szansę. Wołam ochronę!
Urzędnik otworzył usta i spróbował krzyknąć. Niestety, choć bardzo chciał, nie wydobył z siebie choćby najcichszego pisku.
- Przepraszam! - Mikołaj westchnął i pstryknął palcami.
- ... dziadu! Co mi pan zrobił!?
- Musiałem. Zdaję sobie sprawę jakie wrażenie może wywołać moja osoba i to, że jestem prawdziwym Świętym Mikołajem. Czasem tak trzeba...
- Zatkało mnie. Ot i całe wyjaśnienie! Sam pójdę po ochronę!
Urzędnik spróbował wstać. Niestety nie mógł ruszyć choćby palcem u nogi. Zdziwiony takim stanem rzeczy spróbował jeszcze raz krzyknąć - bez skutku. Na twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia i panika.
Mikołaj pstrykął palcami.
- ... mać!
- Niech pan przyjmie wreszcie do wiadomości, że ja naprawdę istnieję!
- Ale co, jak, dlaczego?
- Gdyby pan łaskawie zaczął słuchać i przestał się opierać, znacznie ułatwiłoby nam to rozmowę i skróciło moją tu obecność do koniecznego minimum. Ja przedstawię swoją prośbę, pan oceni na ile możliwe jest jej zrealizowanie. A teraz proszę odetchnąć głęboko, nieco się uspokoić i dać mi znak, że jest pan gotowy do prowadzenia tej zajmującej dyskusji.
Urzędnik kiwnął głową, choć nadal miał małe kłopoty z oddychaniem.
- Otóż panie Krochmal, poszukuję pracy. - powiedział przybysz - Tak, znam pana nazwisko, podobnie jak kilka innych ciekawostek z pana marnego żywota. Fakt, że nie przytoczę ich w tym momencie nie świadczy wcale o mojej przyzwoitości czy umiejętności zachowania tajemnicy, lecz obrzydzeniu jakie we mnie one wzbudzają. - Mikołaj skrzywił się nieznacznie - A ja panie Krochmal niechętnie wymiotuję! Zresztą jeśli popatrzeć na mnie, od razu widać, że raczej bardziej wchłaniam niż wydalam. To że wspomnianych faktów nie wplotę w ten wywód nie świadczy jednak, że nie zrobię tego w przyszłości, w bardziej stosownym czasie i innych okolicznościach towarzyskich. Czy się rozumiemy?
Urzędnik kiwnął głową.
- A więc szanowny panie, poszukuję pracy!
- Czy mogę? - urzędnik podniósł dwa palce, prosząc o głos jak uczniak.
- No co tam?
- Skoro potrafi pan robić takie rzeczy, - Krochmal nadął policzki i pokazał palcem na siebie - to przecież spokojnie może wpłynąć na kogoś ważniejszego i bardziej ustosunkowanego.
- Otóż nie, łaskawco! - Święty uderzył się lekko pięścią w kolano - Jestem w stanie blokować pojedynczą osobę nawet i rok cały, oczywiście z wyjątkiem świąt, lecz nie mogę wpłynąć na jej wolną wolę. Poza tym, pan wybaczy szczerość, ale bezpieczniej jest dogadać się z takim szaraczkiem, żeby nie powiedzieć dupą wołową, bowiem widmo wykrycia nacisku i dekonspiracji mej skromnej osoby wzrasta wraz ze znaczeniem stanowiska w waszej hierarchii urzędniczej. A ja, jak się pan domyśla, wolę pozostać incognito... Niestety będzie to tym trudniejsze, że za sprawą magicznego przekleństwa nie mogę pozbyć się tego uniformu. Mogę go zdjąć, lecz nie założę niczego innego!
- Łatwo raczej nie będzie, panie Mikołaju. Trudno nie zauważyć kogoś takiego! - Urzędnik zmarszczył bezradnie czoło.
- Dlatego właśnie przyszedłem do pana! Bo choć mam niskie mniemanie o panu jako człowieku, członku społeczności lokalnej i religijnej, to jako znawcy rynku pracy mam jak najlepsze zdanie.
- Ale czemu szuka pan pracy? Przecież...
- Wiem, wiem. Mikołaj nie musi pracować. Opieprza się rok cały i tylko w okolicach świąt wozi dupę po świecie. Zgadza się! Święta to faktycznie jedyny moment, kiedy wyściubiam nos z chałupy, a przez resztę czasu wydeptuję ścieżkę między lodówką a telewizorem. I powiem panu szczerze, że mam już tego serdecznie dość! Wokół homoseksualne skrzaty debile, parzące się między kolejnymi zmianami, żona z zamrażarką w majtkach i białe niedźwiedzie, nie rozumiejące idei seksu francuskiego, które w chwili zapomnienia są w stanie odgryźć człowiekowi genitalia z całą miednicą i sporą częścią kręgosłupa. W telewizji same powtórki, a bibliotekę wyczytałem od prawej do lewej i z powrotem. Ja się zwyczajnie nudzę panie Krochmal!
- Będzie kłopot, - urzędnik machnął ręką w kierunku Mikołaja - z tym wyglądem i ubraniem...
- I tu mam małą propozycję! - Mikołaj uśmiechnął się tajemniczo.
- A co jeśli pana wydam?
- I co powiesz Krochmal?! Zastanów się, co? - przybysz pokiwał głową i puknął się palcem w czoło - A ja mam całkiem zgrabny zestaw pewnych dość ciekawych fotek. Bo o ile podniecenie na widok męskich sandałów jeszcze nie jest niczym nadzwyczajnym, to kopulacja z nimi może się wydać niektórym pana przełożonym mocno zniesmaczającym hobby. Pana błędem było uwiecznianie tego na kliszy filmowej...
- Więc co mam zrobić?
- Posłuchaj pan...

* * *

Krystyna rzuciła okiem na zegarek. Powinien już być - pomyślała zaniepokojona - spóźnia się kwadrans. Spojrzała na koleżanki, które sącząc drinki, rozmawiały nieco za głośno i chichotały co chwila. Dzwonek jaki doszedł z przedpokoju, choć oczekiwała na niego już od dłuższego czasu, zaskoczył i wywołał gęsią skórkę na ciele. Panie spojrzały po sobie zdziwione. Krystyna mrugnęła do nich okiem i pobiegła do drzwi.
- No nareszcie! - na progu stał potężny mężczyzna w stroju Mikołaja.
- Gdzie przyszła panna młoda? - spytał.
- W pokoju! - Krystyna wpuściła przybysza do środka - Ale miał być policjant! Policjanta zamawiałam!
- Potem będziesz składała skargi i zażalenia paniusiu, ja tu mam kilka niewiast do rozgrznia!
Mikołaj wszedł do pokoju, postawił na stole magnetofon, Włączył muzykę i zaczął się wić, zrzucając coraz to inne części garderoby.
Panie zapiszczały radośnie...

sobota, 5 marca 2011

OFF-siki (27)

OFF-siki (26)

OFF-siki (25)

Śpieszmy się żyć...

Barbara otworzyła powoli oczy. Szarzało. Leżała na boku, twarzą w kierunku okna. Przez szczelinę między ciężkimi płóciennymi zasłonami powoli przenikały promienie słoneczne. Wlekły się jaśniejszą bruzdą po podłodze, w kierunku wiekowego dębowego kredensu w kolorze ciemnego brązu, z jeszcze ciemniejszymi łachami po odpryskach politury. Kobieta uniosła lekko głowę. Pierścionek pozostawiony na noc na palcu wbił się głęboko w policzek. Barbara zazwyczaj zdejmowała biżuterię przed snem, tym razem jednak, nie mogąc poradzić sobie z przewleczeniem złotego krążka przez napuchnięte stawy, zostawiła go na miejscu. Skóra zapiekła po odklejeniu ceramicznego oczka.
Kobieta podniosła się na łokciu i sięgnęła po szklankę z wodą, stawianą zapobiegliwie przed snem na nocnym stoliku. Niestety naczynie było puste. Odchrząknęła cicho, starając się - z dość mizernym skutkiem - zebrać nieco śliny. Wraz z śladową ilością wydzieliny w ustach pojawił się niesmak.
- Czyli trzeba jednak wstać! - powiedziała do siebie i zsunęła nogi na podłogę. Stopy trafiły idealnie w ustawione prostopadle do czoła wersalki filcowe papucie.

* * *

Barbara miała 72 lata i nie czuła się ostatnio zbyt dobrze. Codziennie, gdzieś między szóstą i siódmą rano, wstawała i krzywiąc się od bolących o poranku spękanych pięt, szła do kuchni. Tam nalewała wodę do metalowego czajnika i stawiała go na syczącą niebezpiecznie kuchenkę. Coś musiało zatkać dyszę, bo z palnika wydostawał się leniwy i chybotliwy płomień, nie zaś sztywny pióropusz małych ogników. Ile razy kobieta gotowała rano wodę na kawę, obiecywała sobie zadzwonienie do punktu napraw, którego ulotkę trzymała w kryształowej popielnicy na górnej półce kredensu. Niestety za każdym razem, gdy wyłączała gaz, a płomienie chowały się w metalowym grzybku, zapominała o konieczności choćby obejrzenia wiekowej kuchenki przez fachowca.
Po zalaniu dwóch łyżeczek kawy wrzątkiem i wsypaniu do filiżanki cukru, Barbara szła do łazienki. Do kuchni powracała mniej więcej po kwadransie, już wymyta i ubrana. Wraz z nią pojawiały się koty, które ocierając się o nogi emerytki, mruczały cicho, dopominając się jedzenia.
Kobieta lubiła patrzeć na swoich podopiecznych podczas posiłku. Przepełniała ją duma i coś na kształt matczynej miłości, której z braku własnych dzieci nigdy tak naprawdę nie poznała. Swoje uczucia przelewała na zwierzaki wyłowione ze śmietnisk, piwnic i innych obskórnych zakamarków.
- Macie nicponie! - zwierzaki łapczywie pochłaniały karmę wysypaną z świeżo otwartej puszki - Macie żarłoki! - Barbara głaskała każdego kota kilka razy i siadała na stołku ustawionym tuż pod kuchennym oknem, wychodzącym na podwórko przedwojennej kamienicy. Kawa, stojąca na stoliku obok, zdążyła w tym czasie już lekko ostygnąć. Kobieta nie lubiła za gorących napojów. Pociągnęła łyczek. Ciepły płyn wypełnił usta i powoli wlał się do przełyku.
- To już dzisiaj! - pomyślała emerytka - To naprawdę już dzisiaj...

* * *

Dzień Barbary zawsze wyglądał tak samo. Wizyta w kuchni, toaleta poranna, nakarmienie kotów, kawa, wycieczka do kościoła, zakupy, obiad, sprzątanie, oglądanie telewizji, czasem jakaś lektura przed snem. Wyjątek od jakiegoś czasu stanowiły święta, kiedy z rozkładu, z powodu ustawowego zakazu handlu, trzeba było wykreślić zakupy.
Kobieta żyła zgodnie z tym harmonogramem i nie skarżyła się. Do tej pory...
Gdzieś na początku miesiąca, postanowiła coś zmienić w swoim życiu.
Kiedyś o ludziach w jej wieku mówiono, że już im pora, że przeżyły swoje. Obecnie śmierć zepchnięto na plan dalszy, zaś poprawnym politycznie było twierdzić o rozpoczęciu nowego etapu. Wielu emerytów przyjęło ten punkt widzenia ze szczególną radością. Nareszcie ich głód pełnego życia, odartego przez czas i ludzi z młodzieńczych możliwości, mógł zostać oficjalnie zaspokojony. Co poniektórzy starali się na swój przygarbiony i skostniały sposób ponownie stać się pełnymi życia jednostkami, inni dopasowali przyjemności dnia codziennego do swoich ograniczeń.
Barbara już wiedziała. Ona też tak chce...

* * *

Listonosz chwycił rower oparty o ścianę i popatrzył w kierunku okna kuchennego Barbary. Uśmiechnął się lekko. Kobieta uczyniła to samo.
- Pora mi! - powiedziała cicho i zważyła w ręku emeryturę - Mam nadzieję, że starczy.
Kot otarł się o jej nogę, przysiadł obok i zaczął trzeć łapką pyszczek.

* * *

Najpierw była wizyta u fryzjera, potem kosmetyczka. Barbara, do tej pory przeliczająca skrupulatnie kupno każdej bułki, dziś kładła przed kasami pięćdziesięcio i stuzłotówki z taką obojętnością, jakby chodziło kawałki bezwartościowego papieru toaletowego. Nie wzruszyła jej ani cena sukienki, ani torby kosmetyków, ani jaskrawej bluzki z cekinami, ani w końcu błyszczących czarnych szpilek. Wszędzie, gdziekolwiek poszła, sympatyczni i silący się na grzeczność sprzedawcy i sprzedawczynie ze zdziwieniem przyjmowali do wiadomości, że towar nie jest przeznaczony na prezent dla wnuczki, ale starali się nie komentować zbytnio faktu, że oto przeszło siedemdziesięcioletnia kobieta kupuje dla siebie produkty stworzone dla dużo młodszej grupy wiekowej. Zazwyczaj milkli, gdy na ladzie pojawiała się gotówka. Niektórzy pozwalali sobie nawet na zawołanie za wychodzącą Barbarą oklepanego hasła "Niech się dobrze nosi". Co pomyśleli potem, to już inna sprawa. No ale w końcu klient nasz pan.

* * *

Barbara zamknęła mieszkanie i zeszła do drzwi wejściowych kamienicy. Zaczynało się ściemniać, ale to w dniu dzisiejszym, po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, nie było sygnałem do toalety nocnej i snu. Kobieta nacisnęła klamkę i wyszła na zewnątrz. Zaciągnęła się mocno wieczornym zapachem miasta i zmróżyła oczy.
Ból przyszedł nagle.
Barbara upadła. Zawał niestety okazał się śmiertelny....

* * *

- Patrz Heniek jaka odsztafirowana! - potężny, łysy pielęgniarz z załogi karetki pobliskiego szpitala, wezwanej do zabrania ciała, spojrzał na niewiele mniejszego kolegę, który pakował zesztywniałe już lekko ciało do czarnego worka - Sie chyba już na swój pogrzeb wybierała! Albo dziwka jakaś. Wrażeń nocą na mieście szukała.
- Aha! - powierdził kolega i począł zasuwać ciągnący się przez całą długość folii suwak.
Lekarz wpisujący do tej pory w rzędy tabelek jakieś dane, popatrzył na niknącą we wnętrzu worka kobietę.
- A co ona taka radosna? - spytał marszcząc czoło.
- Staszek mówi, że na jakiś pogrzeb szła. Prostytutki jakiejś. - powiedział Heniek i na chwilę przerwał zasuwanie ekspresu. Światło latarni padło na wystającą jakby ze śpiwora twarz Barbary. Kobieta uśmiechała się szeroko...

środa, 2 marca 2011

OFF-siki (23)

Nauki Mistrza Yo {16}

- Głupota może być wszędzie, kryć się pod najpiękniejszą fasadą i kierować poczynaniami całych narodów. A pomyśleć, że żeby ją zdemaskować potrzeba tylko dwóch osób - Mistrz Yo popatrzył na swego wiernego ucznia Hashi, który siedział na skraju maty i czyścił sandały swego nauczyciela z zaschniętych grud brudno-szarego błota. - jeden ją definiuje, drugi potwierdza jej istnienie!
Starzec przechylił głowę i zmrużył jedno oko.
- Hashi...
- Tak...
Yo uśmiechnął się szeroko - To działa!

Nauki Mistrza Yo {15}

Mistrz Yo stanął na skraju lasu i wbił wzrok w zielono-brązową roślinną plątaninę. Odrócił głowę i skinął lekko, przywołując najbliżej stojącego ucznia.
- Ja zacznę szukać od tego miejsca, - wskazał palcem na ledwo widoczną przecinkę, którą chłopi wchodzili do lasu w poszukiwaniu chrustu do kominków - wy szukajcie po prawej stronie ścieżki.
- Tak jest sensei! - młodzieniec już miał wrócić do kompanów, by przekazać im polecenia Mistrza, gdy zatrzymał się i spytał - Ale czego my tak właściwie szukamy?
- Dystansu chłopcze! - Yo westchnął ciężko i wbił się w żółto-zieloną ścianę liści aralii - Głupio o tym mówić, ale za mocno go nabrałem, a ten skubaniec się obraził i gdzieś mi tutaj zniknął z oczu!