środa, 20 kwietnia 2011

Życzenia

Niewielka lampka garbiła się nad pokrytą siatką pęknięć politurą blatu masywnego biurka. Żółtawe światło żarówki prawie nie wychodziło spod metalowego klosza, rozświetlając ledwo krąg o promieniu około jednego metra wokół przypominającej stempel nóżki. Cała reszta pomieszczenia skryta była w gęstym od tytoniowego dymu mroku.
- Panowie, - niski głos dobiegł zza ciężkiego mebla. Dopiero teraz dało się zauważyć nalaną dłoń, skrytą między stosem luźnych kartek, a dwoma cegłami skoroszytów. Ciężki sygnet wrzynający się w tłusty palec serdeczny zajaśniał krótkim rozbłyskiem - trzeba nam coś wymyślić, żeby się pryncypał znowu nie wyłożył.
- To znaczy? - nieco wyższy głos wypłynął gdzieś z lewej strony.
- To znaczy, żeby się nie powtórzyła sytacja kondolencji! Pamiętacie jaki był wtedy ból!? - ręka uniosła się lekko i puknęła głośno w brunatne drewno.
- Fakt - tym razem lekko zachrypnięty kobiecy głos dobiegł z prawej strony.
- Więc do roboty! Czekam na pomysły!

* * *

Wysoki mężczyzna w czarnym, lekko połyskującym garniturze, przejechał dłonią po twarzy i westchnął ciężko. Poluzował krawat, przełykając głośno ślinę.
- Ja pierdolę - syknął cicho - znowu wtopa! Ale jak do cholery, przecież wszystko było tak doskonale przemyślane!
Kilka godzin zajęło mu wraz z grupą specjalistów wymyślenie najbardziej neutralnej formułki, w której szef nie powinien zrobić błędu. Przewertowano wszystkie dostępne żródła zawierające tradycyjne polskie życzenia świąteczne i cała ta robota przed chwilą poszła się jebać!
Ale jak!? Jak on mógł pomylić "u" z "ó". Przecież na końcu wyrazu zawsze pisze się "u" otwarte, a nie "o z kreską"! Poza tym on tego nie napisał tylko powiedział! Więc jak!?
A jednak!
Szef tymczasem, rumiany, zadowolony z siebie i kompletnie nieświadomy pomyłki, kończył składać narodowi życzenia wielkanocne przed wślepionymi w niego kamerami państwowej telewizji.
A wszystko było tak dobrze przygotowane!
Tymczasem ON pomylił znowu "u" z "ó" i na oczach milionów powiedział:
- Do siego rokó!

Historia zainspirowana pewnym wpisem Bronisława K. - zresztą prezydenta RP.


Życzenia REDnacza


Wersja dla facetów i pań nietypowych.

sobota, 16 kwietnia 2011

Zastępstwo

Stanisław Kociupczyk rozpiął rozporek i posłał żółtawą strugę na pobliskie krzaki. Westchnął z nieukrywaną ulgą i odchylił głowę do tyłu, rozdziawiając usta.
- Popieprzyło cię gościu!? - krzaki zatrzęsły się gwałtownie.
Stanisław odskoczył jak oparzony, unosząc ręce w geście obronnym, zapominając niestety o tym, że pozbawiony uchwytu członek w środku miksji trudno kontrolować jedynie siłą woli czy też samym przykurczem mięśni podbrzusza. Uryna spłynęła dziarsko zarówno po jasnych płóciennych spodniach jak i granatowych skarpetach frotte, wciśniętych w gustowne skóropodobne sandały.
- Żesz kurwa... - Kociupczyk zaklął siarczyście i złapał, nie bez problemu, rozochoconego wolnością ptaszka. Mocz ochlapał dłonie, które mężczyzna otrząsał teraz z nieukrywanym obrzydzeniem - No w dupę twoja mać! Wyłaź fiucie z krzaczorów, bo jak ja pójdę do ciebie, to ci ryj wyklepę jak tablicę rejestracyjną!
- Ale nie mogę! - zachrypiało zza listowia.
Stanisław ominął lekkim łukiem roślinę, zapinając przy okazji rozporek.
To co zobaczył po drugiej jej stronie, wytrąciło go na chwilę z równowagi.
- A mówili żeby nie oddalać się od wycieczki, kiedy weszli na szlak turystyczny w górach Kaukazu... A mówili... - powtarzał sobie w myślach.

* * *

- I tak już ze mną jest, - Prometeusz westchnął cicho i spojrzał z żalem na niespodziewanego gościa - Zeus się wkurzył i przykuł mnie do tej skały. Teraz nie mogę ani wyjść na piwo, że o pociupcianiu nie wspomnę! I tak od ładnych kilku tysięcy lat! W pysku zaschło, a sperma oczy zalewa!
- Fakt, przesrane! - Kociupczyk pokiwał głową.
- Ale jest wyjście - tytan zmrużył oczy i oblizał górną wargę - jeśli zgodzisz się zastąpić mnie na kilka godzinek, bo ktoś tu musi siedzieć, nie ma przebacz, to ja wyskoczę na miasto, a po powrocie sowicie cię wynagrodzę! Słowo!
- No niby czemu nie... - cmoknął Stanisław - Ale rozliczamy się w euro! - dodał rezolutnie.

* * *

Sęp spojrzał na przykutego do skały mężczyznę. To nie był Prometeusz! Rozejrzał się, lecz nie zauważył nikogo innego. Jaja jakieś czy co? Wzruszył skrzydłami i złożył je wzdłuż ciała.
- A co to mnie właściwie obchodzi. W końcu sztuka jest sztuka.
Chłopina, początkowo uśmiechnięta od ucha do ucha, chyba wyczuła zagrożenie, zaczęła się bowiem wić na wszystkie strony i wrzeszczeć coś o jakiejś umowie. Sęp przygwoździł mężczyznę do skały potężną łapą i rozerwał dziobem brzuch pod prawym żebrem. Wyszarpnął wątrobę i...
- Ja pierdolę! - ptak wypluł gruczoł i splunął z obrzydzeniem - to Polak!

Nauki Mistrza Yo {19}

Wdowa Yeng była wyjątkową jędzą. Nie lubił jej nikt w osadzie ani w licznych siołach oblepiających jak ospa pobliskie wzgórza. Gdziekolwiek się pojawiła, niosła za sobą zgiełk i chaos. Bywają tacy ludzie, których sama obecność elektryzuje atmosferę i to co do tej pory było spokojne i uporządkowane, nagle zamienia się w piskliwy bałagan, żeby nie powiedzieć zrzędliwy burdel. Wdowa Yeng była właśnie taka.
Mistrz Yo również nie przepadał za tą niewiastą, która z wyglądu przypominała mocno wysuszonego śledzia. Wysoka i poryta zmarszczkami, patrzyła z góry na świat i ludzi tymi swoimi wyłupiastymi oczami, a z wiecznie niedomkniętych ust płynął potok pretensji, których logika gubiła się po przekroczeniu przez kobietę granicy wysokich tonów i zamieniała w jazgoczący harmider.
Ludzie z osady nie tyle przyzwyczaili się do wdowy Yeng, co nauczyli się ją skutecznie omijać. Widząc z daleka wysoką postać kobiety, tubylcy spuszczali nagle głowy i skręcali w wąskie uliczki, nie ryzykując spotkania z tym okazem nadpobudliwej zrzędliwości. Początkowo dziwiło ją zachowanie sąsiadów, ale że przekonana była o ich do siebie sympatii, zrzuciła to na karb przesadnego wręcz szacunku do jej osoby. I tak żyła sobie, szczęśliwie niezadowolona z życia.

* * *

- Pamiętajcie kochani - Mistrz Yo spojrzał na grupkę uczniów notujących skrzętnie niewielkimi rysikami na lekko odwiniętych rulonach słowa nauczyciela i spoglądających na niego z zaciekawieniem - każdemu stworzeniu należy się szacunek! Przyroda domaga się czci i potrafi w dwójnasób się za nią odwdzięczyć!
- Mitrz Yo! - piskliwy głos dobiegł gdzieś spomiędzy gęsto rosnących cedrów po prawej stronie ścieżki.
Starzec przeciągnął ręką po twarzy i westchnął cicho.
- Pamiętajcie chłopcy, cześć i szacunek...

* * *

Wdowa Yeng powoli zaczęła przechodzić na wyższe rejestry, przez co potok słów ciągnący się nieprzerwaną strugą z jej rybich ust zaczął przypominać świdrujący kwik rodzącej maciory. Wszyscy to zauważyli, zarówno Mistrz Yo starający się dotrzymać kroku tyczkowatej niewieście, jak i grupka mocno już zmęczonych i znudzonych uczniów. Wszyscy oprócz niej samej oczywiście. Kobieta nie przestała mówić nawet wtedy, gdy wraz z mnichem i stadkiem odzianych w kuse kimona chłopców wyszła z lasu i stanęła na krawędzi skalnego rozpadliska, ciągnącego się dalej pionową ścianą jakieś kilkadziesiąt metrów w dół. Tu kończyła się ścieżka, którą oglądać zachody słońca przychodzili chyba wszyscy miejscowi zakochani.
Yo przymknął oczy i starając się odgonić od siebie natrętny pisk niewieści, złapał potężnych chaust pachnącego igliwiem powietrza. Następnie odwrócił się lekko do uczniów i rzekł:
- Pamiętajcie kochani, cześć i szacunek! - wskazał ruchem dłoni krawędź urwiska i lekko się skłonił - Panie przodem!

OFF-siki (67)

OFF-siki (66)

wtorek, 12 kwietnia 2011

OFF-siki (65)

12 kwietnia: Międzynarodowy Dzień Czekolady
Czekolada: Wyrób cukierniczy sporządzany z miazgi kakaowej, tłuszczu kakaowego (masło kakaowe) lub tłuszczu cukierniczego, środka słodzącego i innych dodatków, produkowany w temperaturze 80-85 stopni dla czekolady gorzkiej, 55-60 stopni dla czekolady mlecznej.

Takie sobie wierszyki (3)

ŚLINA
Zawsze mówiłaś
co Ci ślina
na język przyniosła
pieniąc się
przy tym złośliwie
A potem
to zdziwienie
w oczach
podczas sprzątania
Skąd tyle pajęczyny

MYŚL
Kobieta musi się
wybiegać
Zazwyczaj myślami
Kiedy znikasz
z pola
jej widzenia

SAMOTNOŚĆ
Wsadziłem palca
do dupy
i poczułem się
taki samotny
Wyjąłem
lecz uczucie
pozostało
I ten smród
za paznokciem

niedziela, 10 kwietnia 2011

OFF-siki (62)

Jednostka kolonizacyjna Elvis

EP-42/3577-TM rozejrzał się po sterówce. Pulpit zamrugał zielonym światłem kontrolek ruchu. Gdzieś z boku zamigotała czerwień lampki układu spalania, zgasła i rozbłysła ponownie, tym razem bardzo słobowicie, co i rusz gasnąc, czasem na ułamki, czasem na kilka długich sekund. EP-42 pstryknął migocący guzek i przesunął dźwignię zgniatarki. Gdzieś za plecami dał się słyszeć przytłumiony zgrzyt i diminuendo pracujących hydraulicznych tłoków. Dźwignia powróciła na pierwotną pozycję. Klapy komory zgniatarki powinny w tym momencie opaść, uwalniając sprasowaną zawartość, jednak tak się nie stało. Tryby poruszyły się lekko, zgrzynęły i stanęły. EP-42 westchął.
- Znowu to samo! - pomyślał - Nawet w ostatnim dniu...
Drabinka prowadząca do jego kabiny szczęknęła metalicznie i zaczęła miarowo obijać się luźną częścią łukowatej poręczy o framugę niewielkich drzwiczek do sterówki. Na zewnątrz dało się słyszeć coraz głośniejsze sapanie.
- Jak znowu zasnąłeś, to Cię zabiję gnoju! - przez okrągły wlot do pomieszczenia wpełzł EP-81. Oparł się o ścianę i dysząc ciężko wpatrywał w jaśniejącą ostrym światłem pstrokaciznę pulpitu sterowniczego.
- Co jest do kurwy nędzy!? - spytał pomiędzy kolejnymi ciężkimi oddechami.
- Nic nowego szefie! - EP-42 odkręcił się na fotelu w kierunku gościa i wzruszył ramionami - Chyba jak zwykle padła hydraulika.
- Ja się nie pytam o sprzęt debilu! - EP-81 pokręcił głową i przetarł spocone czoło - Ja się pytam, co ty tu jeszcze robisz?!
EP-42 spojrzał zdziwiony na  przełożonego. Zmarszczył czoło i nachylił się nad wyświetlaczem zegara. Puknął czarną tabliczkę, pociętą jaskrawymi kreskami cyferek. Te pociemniały na chwilę i rozbłysły ponownie ze zdwojoną siłą. Nagle zgasły, lecz zajaśniały po sekundzie, ukazując kompletnie inny czas niż jeszcze przed momentem. Była prawie dziesiąta.
- Ja pierdolę! - operator zaklął cicho i podniósł się z fotela.

* * *

Jednostka kolonizacyjna EP służyła plemieniu De-Uazi od jakichś 42 lat. Żyła i rosła razem z nim. Ostatnio niestety nawet aż za bardzo. Lud De-Uazi, zaskoczony zewnętrznymi sukcesami jednostki, zapomniał o najważniejszej cesze kolonizatorów - o umiarze. Choć w regulaminie obsługi jasno stało, że populacja jednej powłoki nie może przekraczać tysiąca dusz, mieszkańcy zwiększyli w tajnym głosowaniu tę liczbę ponad dwukrotnie. Tłumaczono to wyjątkowo intensywnym trybem życia jednostki i koniecznością obsługi coraz to nowych partii jej szkieletu i rozrośniętych mechanizmów wewnętrznych. Nikt nie przypuszcał, że lekkie naciągnięcie przepisów może doprowadzić do przepracowania ciała i konieczności jego opuszczenia.

* * *

EP-42 odwrócił się i rozejrzał po hali głównej jednostki kolonizacyjnej, która przez ostatnie 42 lata była domem dla niego i całego plemienia. Tutaj pracował, tutaj się bawił, tu miał nieco już przyciasne, ale własne M-2. Tutaj wreszcie poznał swoją partnerkę, piękną i mądrą GA-56, która założywszy macki pod lekko już powiększonym, ciężarnym brzuchem, stała przy wyjściu i cierpliwie czekała na męża.
- Już pora kochanie - powiedziała cicho.
- Tak, wiem! - EP-42 odwrócił się do niej i wcisnął przycisk wyłącznika przy wyjściu - Ostatni gasi świało! - uśmiechnął się i westchnął przeciągle.
GA-56 wzięła go pod rękę i położyła mu głowę na ramieniu.
- Będzie dobrze! Ponoć Rada znalazła nam już nową jednostkę. Razem z numerami od 13 do 26 mamy osiedlić ciało NU za wielką wodą.

* * *

Doktor George Constantine Nichopoulos przykucnął przy zwłokach i odruchowo złapał rękę w okolicach przegubu, szukając pulsu. Przesunął kciuk wzdłuż nadgarstka, próbując znaleźć choćby najdrobniejszy skurcz tętnicy. Bez skutku.
Już miał wstać, gdy jego uwagę zwrócił niewielki przedmiot wystający z nosa denata.
- Co on kurde wciągał? - pomyślał i pochylił się jeszcze bardziej nad ciałem. Przedmiot jako żywo przypominał drabinkę i wnikał głęboko do lewej dziurki. Nie odrywając wzroku od swego znaleziska, doktor sięgnął po metalową kasetkę, wciśniętą na dno skórzanej torby lekarskiej i wyjął z niej zakrzywioną pincetę. Wyszarpnął lekko przedmiot z nosa i przysunął przed oczy.
- Co jest do cholery?! - zaklął cicho wpatrując się to w miniaturową drabinkę, to w tłuste cielsko Elvisa Presley'a, rozpłaszczone na wzorzystych kafelkach terakoty.
Nichopoulos podniósł pincetę. Zmrużył oczy, dostosowując wzrok do natężenia światła przenikającego przez mleczno-białe szyby łazienki posiadłości Graceland.
Nagle coś poruszyło się na marmurowym parapecie przy uchylonym lekko skrzydle okna. Dziwny przedmiot w kształcie spodka zawisł jakieś 10 cali nad jego powierzchnią, a następnie z sykiem jaki towarzyszył saletrowym pociskom puszczanym za młodu przez Geroge'a, przeleciał obok słupka dębowej framugi.
Doktor otworzył ze zdziwnienia usta i poluźnił uchwyt pincety, przez co niewielka konstrukcja upadła z ledwo słyszalnym plaśnięciem na podłogę. Stał tak przez chwilę z głupio otwartymi ustami. Przez ich kącik zaczęła przelewać się kropla śliny.
Kiedy wreszcię otrząsnął się z odrętwienia, pierwszą rzecz jaką zanotował powracający do działania mózg, była kartka kalendarza wiszącego niedaleko toaletki z wielkim kryształowym lustrem. Na papierowym prostokąciku widniała data 16 sierpnia 1977 roku.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

OFF-siki (59)

OFF-siki (58)

Takie sobie wierszyki (2)

NÓŻ
Wbiłaś mi nóż w plecy
i powiesiłaś na nim
torebkę
Czuję się taki
funkcjonalny

OCZY
Prawie
utonąłem w głębi
Twoich oczu
W ostatniej chwili
uratował mnie
czyjś zdrowy rozsądek
Niestety straciłem
w nich swoje
kąpielówki

FASOLA
Dokonałem aborcji
strąka fasoli
Edukację Jasia
zamieniłem
na gazy jelitowe

Dżin

Dżin popatrzył raz jeszcze na dokument. Podniósł kartkę i zmrużył oczy od prześwitującego przez nią słonecznego światła. Pieczątka wydawała się być oryginalna, podobnie jak zamaszysty podpis tkwiący tuż pod nią. Nie przypuszczał, że nastąpi to aż tak szybko i uczucie kompletnego zaskoczenia mieszało się w nim z dziecięcą wręcz radością.
Od wieków spełniał trzy życzenia zupełnie przypadkowych ludzi, a nie mógł swej magicznej mocy wykorzystać tylko dla siebie. Tak został stworzony. Tak go ulepiono, zanim trafił na wieki do tej ciasnej, starej lampy. Musiał oddalić od siebie samolubne chucie i skupić się na dobru innych. Czy próbował to zmienić? Oczywiście! Kończyło się zgagą i swędzeniem w kroczu. Nic poza tym...
Kiedy w ubiegłym miesiącu, zmęczony wymiotowaniem kwaśną zawartością żołądka do cynowego nocnika, należącego do ubogiego wyposażenia standardowej lampy, postanowił zmienić metodę działania, nie przypuszczał, że przyniesie to aż tak szybkie efekty.
Spojrzał na kartkę i przeczytał treść dokumentu raz jeszcze. Tym razem pewniej, prostując korpulentne ciało na ile pozwalało mu na to niskie sklepienie.
- Niniejszym zawiadamiamy Sz.P. Dżina z Lampy, że jego podanie o mieszkanie komunalne zostało rozpatrzone pozytywnie...