piątek, 30 września 2011

Dzień chłopaka

- Dzień chłopaka... Diabli nadali to popaprane święto. Zawsze wypada tak jakoś w ostatniej chwili... - pomyślałam patrząc z rana na fotografię swojego faceta, stojącą obok potężnego budzika z wielkimi uszami metalowych dzwonków - Zapomnieć źle, zignorować jeszcze gorzej... Złożyć życzenia, owszem, ale to jakby za mało... - wcisnęłam nogi w puszyste papucie i poszurałam do łazienki, zakładając po drodze szlafrok z wielkim smokiem na plecach.
- A tobie co? - Dziadek Jacek popatrzył mi w oczy, podnosząc opuszczoną głowę grubym palcem wskazującym.
- Dzień chłopaka, a jak jak zwykle pusta! - wzruszyłam ramionami i westchnęłam cicho.
- Jeśli chcesz zrobić mu przyjemność, to weź dwa jajka, 2 płaskie łyżki kakao, 5 płaskich łyżek cukru pudru, 125 ml śmietanki 30%, 1 cukier waniliowy i 1 czubatą łyżkę rodzynek, i...
- I co? I co? - spytałam zaciekawiona.
- I zrób mu loda!

poniedziałek, 26 września 2011

Dowcip

Stefan był typem gawędziarza. Lubił mówić długo, choć nie zawsze z sensem, szczególnie zaś gustował w opowiadaniu dowcipów wyczytanych w działach rozrywkowych wszelkiego typu pism branżowych i reklamowych gazetach wielkich sieci handlowych. Kiedy pojawił się w progu drzwi mej skromnej kawalerki, wiedziałem, że oto przybył z zestawem kolejnych niestrawnych wiców. Nie pomyliłem się.
- Znasz dowcip jak facet przychodzi do lekarza z ptakiem na głowie? - Stefan rozsiadł się na fotelu i spojrzał na mnie spod ściągniętych brwi.
- Chyba...
- A lekarz pyta... - gość nie czekał na moją odpowiedź tylko podjął opowiadanie - ... co się panu stało? Coś mi się przykleiło do dupy, powiedział ptak! Ha, ha, ha...
- Dobre! - uśmiechnąłem się krzywo i spojrzałem na rozbawionego Stefana.
- Dziękuję! - dobiegło z rozporka jego spodni...

wtorek, 13 września 2011

Metro

Janek - dwudziestoletni syn organisty, chłop mierzący przeszło dwa metry wzrostu, mieszkał kątem u rozwiedzionego ojca, w niewielkiej osadzie tuż przy trasie wylotowej wielkiej aglomeracji miejskiej, rozciągającej się na północy pewnego kraju na południu średniej wielkości kontynentu. Od dzieciństwa marzył o pracy w metrze i prowadzeniu ciemnymi tunelami składu pełnego jadących z i do pracy, na zakupy czy choćby z wizytą do znajomych ludzi. Już jako chłopiec zbudował sieć sklejonych taśmą tuneli z walcowatych tekturek z papieru toaletowego, by przeciskać przez nią niewielkie samochodziki, plastikowe żołnierzyki, a nawet kupiony na dziesiąte urodziny przez ojca zestaw składający się z małej lokomotywy i dwóch równie małych wagonów.
Kiedy skończył lat dwadzieścia, postanowił za wyciągane z ojcowych spodni drobniaki kupić bilet i pojechać do miasta, by po raz pierwszy zobaczyć metro.
Niestety, gdy Janek stał na peronie i chłonął atmosferę podziemnej kolei, ktoś pchnął go przez przypadek na torowisko. Nim chłopiec wstał przejechał po nim skład i obciął mu nogi.
Biedny z metra cięty Janek...

poniedziałek, 12 września 2011

Takie sobie bajeczki - Lis i wilk

Żelazną łapą, prawie od roku, rządził lasem rudy lis. Początkowo, kiedy szukał poparcia swojej kandydatury na nowego szefa puszczy, był miły, sympatyczny i uczynny. Bawił się z maluchami, starym znosił smakołyki, a młodym obiecywał nowe nory oraz bezkresne pastwiska i łowiska - w zależności od gustu i preferencji kulinarnych. Trwało to do demokratycznych wyborów, w których uzyskał znaczącą przewagę nad drugima kandydatem do stanowiska leśnego prezydenta - starym i mądrym wilkiem, piastującym je dwie poprzednie kadencje.
Do tej pory wilk, jako władca lasu, mieszkał w norze wykopanej śród korzeni wielkiego dębu, po przegranych wyborach, przeniósł się do jaskini w wielkim kamiennym kopcu, usypanym wieki temu przez pradawnych, dwunożnych panów tego zakątka. Stamtąd szerzył swe rewolucyjne teorie, zmierzające do obalenia coraz bardziej uciążliwego jarzma lisa i jego przybocznej armii silnych lecz przygłupich niedźwiedzi. Bowiem wilk, jako jeden z nielicznych, od razu wyczuł ukryte intencje rudzielca i jego chorobliwe pożądanie władzy absolutnej.
Nowy władca puszczy tolerował zachowanie swego poprzednika, który ciągle cieszył się sympatią i szacunkiem sporej liczby jej mieszkańców, w pewnym jednak momencie postanowił cichaczem usunąć niewygodnego krytyka swej osoby. Z misją zabicia wilka wysłał największego i najbardziej zaufanego niedźwiedzia. Ten poszedł do nowego lokum czworonoga, lecz nie zastał go ani w samej jaskini, ani w najbliższej okolicy. Szukał więc i szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał, szukał... Wreszcie zmęczył się, usiadł na jednym z leżących wokół kopca wielkich i zimnych głazów i w ten sposób... dostał wilka.

środa, 7 września 2011

Biały kruk

Nerwowo pukałem palcami w oparcie fotela. Była prawie osiemnasta, a dziadka jeszcze nie było. Obiecał, że z samego rana wybierze się do znajomego i odkupi od niego Mickiewicza, tymczasem od kiedy wpadł tuż po ósmej po pieniądze, do tej pory nie dał nawet najmniejszego znaku życia. Telefon milczał, i to zarówno dziadkowa komórka jak i numer stacjonarny znajomego. Staruszek dostał prawie dziesięć tysięcy, na tyle umówiłem się z jego wieloletnim przyjacielem i właścicielem sporej wielkości zbioru literackich białych kruków za paryskie wydanie "Pana Tadeusza" z 1834 roku. Lekko po południu zacząłem się niepokoić, zarówno o dziadka jak i wielokrotnie przeliczanej kupki banknotów, wyciągniętej poprzedniego dnia spod stosu wykrochmalowej na sztywno pościeli. Teraz, gdy wskazówki na tarczy wiekowego zegara utworzyły pionową kreskę, zacząłem wpadać w panikę. Wiem, nazwiecie mnie oszustem żerującym na ludzkiej naiwności, lecz zapewniam was, że obie strony świadome były wartości wspomnianego dzieła i nieadekwatności wyznaczonej za nie ceny. Ja nie pytałem czemu zawdzięczam możliwość kupna jednego z tysiąca znanych egzemplarzy dzieła za tak śmieszne pieniądze, a i dotychczasowy jego właściciel nie spieszył z wyjaśnieniami. Nie powiem, taka sytuacja nawet mi pasowała. Dziadek obiecał pośredniczyć w transakcji.

A teraz nie było ani dziadka, ani pieniędzy, ani Mickiewicza...

Kiedy ktoś wreszcie zapukał do drzwi, serce skoczyło aż po same gardło, a trzęsące się z podniecenia dłonie z trudem przekręciły pokrętło zasuwki.
W progu stał chwiejący się lekko emeryt, wyciągając przed siebie oprawioną w ciemnobrązową skórę książkę.
- Masz chłopsze! - wybełkotał, krzywiąc twarz w pijackim uśmiechu.
Wyrwałem mu "Pana Tadeusza" z rąk i przytuliłem do policzka.
- Nareszcie! - chłód twardych okładek zadziałał jak uzdrawiający okład.
Odchyliłem je delikatnie zaglądając do środka.
Na lekko pożółkłej kartce, w siedmiu wierszach stało: "Pan Tadeusz czyli ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem".
Przystawiłem nos do książki.
- Czujesz to staruszku? - popatrzyłem spod przymkniętych powiek na kiwającego się na boki posłańca, tkwiącego w progu z głupawym uśmiechem na mocno zarumieniomym obliczu - Czy widzisz ten nieregularny wzór zacieków i rozmytych plam, wsiąkających przez wieki w chropowatą fakturę papieru? Czy czujesz ten zapach? Tę kompozycję celulozy i farby drukarskiej? Ten aromat podniecającej starości? Czy wiesz jak długo powstawała ta niebiańska kompozycja? Czy wiesz jak i gdzie zaistniała ta podniecająca fuzja?!
- Pot pachą! - Dziadek podniósł do góry rękę, pokazując sporej wielkości zaciek potu na jasnoniebieskiej koszuli - Rense miałem sajente...

piątek, 2 września 2011

Z pamiętnika REDnacza {15}

Ciężka skrzynka klimatyzacji zakaszlała metalicznie, prychnęła, zaiskrzyła i umarła. Lekarz wyjmujący igłę z moszny Dziadka Jacka (emeryt przez przypadek usiadł na babcinym jeżyku z wkłutymi weń przyborami krawieckimi), spojrzał z wyrzutem na blaszane monstrum przyssane do parapetu. Urządzenie, choć mało już wydajne i nie pierwszej młodości, zapewniało lekki chłód w pozbawionej naturalnej cyrkulacji powietrza sali. Teraz  atmosfera zamarła, dziwnie zgęstniała i zaczęła skraplać się na fartuchach i wystających spod nich fragmentach skóry zespołu operacyjnego i leciwego pacjenta. Pielęgniarka przysunęła się do lekarza i przetarła mu czoło białą chusteczką.
Mężczyzna wyszarpnął gruby kawał półokrągłego druta z ciała śpiącego emeryta i rzucił z brzękiem na podstawioną przez asystującego mu doktora metalową tacę - I koniec! - wyprostował się i przeciągnął aż do lekkiego chrupnięcia w kręgosłupie - Wyszło szydło z worka!