środa, 30 listopada 2011

Z pamiętnika REDnacza (20)

- Dupa, to nie wszystko co może zaoferować Ci kobieta! - Dziadek Jacek poklepał mnie lekko po ramieniu, wpatrując się w babcię, ciągnącą zapamiętale papierosa marki Giewont przez długą szklaną fifkę.
- A co jeszcze? - spytałem cicho.
- Na przykład posiłki, sprzątnięty dom, poprane i poprasowane koszule... - staruszek westchął i zmarszczył lekko czoło.
- A jeśli nie?
- Jeśli ani nie posprząta, ani nie ugotuje, ani - co najgorsze - w nocy się nie wypnie, będziesz musiał skorzystać z cechy, która wyróżnia naczelne z całej reszty pełzająco-krocząco-latającego tałatajstwa.
- Inteligencja? - uśmiechnąłem się szeroko, dumny ze swej odpowiedzi.
- Ot, durny! - Jacek spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi - Z przeciwstawnych kciuków!

wtorek, 29 listopada 2011

Gniew córki

Rano, gdy wstawiałem wodę na kawę, przy czajniku znalazłem kartkę od Majki: Mamo budz 7:05 albo posmakujesz gniewu córki. Majkę obudziliśmy równo o wskazanej godzinie - nie było odważnych.


poniedziałek, 21 listopada 2011

Grupa rekonstrukcyjna

- Dobrze, że wstałeś! - Dziadek Jacek zsunął okulary na czubek nosa i pokazał na stojące obok krzesło - Siadaj, pomożesz mi z jednym dokumentem!
- Co tym razem? - westchnąłem ciężko, przecierając zaspane oczy - A może najpierw zrobię sobie kawę?
Staruszek pokręcił głową.
- Siadaj, nie marudź! Wyjaśnisz mi tylko co i jak i jesteś wolny!
- Czyli? - spojrzałem na kartkę papieru z wykaligrafowanym na górze napisem "Podanie".
- Bo widzisz synek, - emeryt skrzywił się lekko i spojrzał na mnie znad rogowych oprawek - ciągle trąbią o tych dotacjach unijnych na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Że każdy kto ma jakiś pomysł na siebie, siły i chęci, może się o coś takiego ubiegać i na dodatek tej kasy nie zwracać! Nie jak u tych bankowych krwiopijców!
- Ale... - westchnąłem przeciągle.
- Że niby stary jestem? Że siły nie mam? Oj, synek, żebyś ty na tym swoim topornym łbie ręki dziadka nie poczuł! Mam pomysł i czas! A chęci jeszcze we mnie tyle, że co i rusz muszę jej nadmiar ręcznie upuszczać... - Jacek zachichotał cicho, dźgając mnie w ramię palcem wskazującym.
- Czyli?
- Bo ostatnio tak jakoś wszędzie w Polsce te grupy rekonstrukcyjne powstają. Mundurki sobie historyczne kroją, karabiny strugają i dla turystów z kraju i z zagranicy występują...
- No tak, ale u nas, z tego co pamiętam, żadnej ważnej bitwy nie było! - popatrzyłem z ukosa na emeryta.
- No właśnie! Bo i nie o żadną tu bitwę chodzi! Tego od metra jest w całym kraju. Od Wikingów, poprzez średniowiecze, na II wojnie światowej i zamieszkach grudniowych kończąc. Do wszystkich potrzebne są jakieś akcesoria lub wdzianka z epoki, które koszty tylko generują i niewygodne są w użytkowaniu. A mnie do rekonstrukcji żadne fatałaszki nie są potrzebne!
- To co chcesz dziadek prezentować? - spytałem zaskoczony.
- Klasyki filmowe! - Jacek wypiął pierś i popatrzył na mnie z wyższością.
- Ale tam przecież też są potrzebne jakieś stroje, że o scenografii nie wspomnę!
- Nie wszystkie! - Dziadek popukał palcem w blat stołu.
- To o jakie klasyki chodzi?
- Na początek weźmiemy "Głąbokie gardło"! - staruszek podsunął mi kartkę i długopis - Pani Krysia spod czternastki już się zgodziła zagrać główną rolę!

czwartek, 17 listopada 2011

Był tysiączek!

Jak to ładnie wyglądało...

OFF-siki (100)

Plan oszczędnościowy

- Cóż jest aż tak ważnego, panie Glonojad, - Boss wgryzł się w bułkę z serem, kupioną w pobliskim zieleniaku - żeby przerywać mi zasłużony i zgodny z Kodeksem Pracy oraz regulaminem wewnętrznym naszego konsorcjum posiłek!
Niespodziewany gość rozejrzał się podejrzliwie, a następnie wyjął zza pazuchy rolkę papieru toaletowego w kwieciste wzory. Wokół rozszedł się zapach jaśminu.
- Panie Prezesie, - Glonojad wsparł jedną rękę o blat biurka, drugą podstawił papierowy krążek pod nos przełożonego - to jest standardowy papier toaletowy!
- No, nie przy jedzeniu! - Boss odjechał na fotelu z trudem przełykając ostatni kęs.
- Ale to nie to, co Pan myśli! - lekko przygarbiony mężczyzna pokraśniał na twarzy, wpatrując się to w zniesmaczonego pryncypała, to w trzymany w ręku przedmiot - Tu chodzi o pomysł racjonalizatorski na skalę światową, który pomoże naszej firmie wyjść z dołka i wypłynąć na szerokie wody!
W oczach Bossa pojawiły się chciwe ogniki...
- Pan pozwoli, że wyjaśnię! - Glonojad położył papier obok nadgryzionej bułki z serem i skierował palec wskazujący, na którym przed chwilą tkwiła rolka, wprost w pierś szefa - Chyba wie Pan co to jest... - spytał i popatrzył na zaskoczoną twarz Bossa - Proszę nie odpowiadać! Powrócimy jednak wkrótce do tego pytania... - dodał po chwili, na widok niebiezpiecznie ściągniętych brwi słuchacza - To natomiast jest standardowy papier toaletowy, - wskazał rolkę - którego szerokość wynosi 9 centymetrów, lub jak kto woli 3,5 cala. To dużo, żeby nie powiedzieć dużo za dużo. Dlaczego? - spytał cicho i spojrzał już mniej pewnie na przełożonego - A to dlatego, - podjął wywód, kiedy brwi Bossa nieznacznie zbliżyły się do siebie - że bez względu na wielkość pośladków, szerokość powierzchni podcieranej to ledwo 20-30% szerokości taśmy. Co to oznacza? - sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjmując pokazowy skrawek zużytej bibuły - Oznacza to tylko tyle, że cała reszta papieru marnuje się i jest stracona nie tylko dla osoby podcierającej, lecz również dla reszty ludzkości! Proszę spojrzeć! - Glonojad wyciągnął eksponat przed siebie. Boss wydął policzki i spojrzał zaskoczony na podwładnego...
- Ale to jest... - wykrztusił i zakrył usta dłonią.
- Tak, kochany Prezesie! To dowód największego marnotrastwa w dziejach ludzkości! - mężczyzna szczególnie mocno zaakcentował słowo "największego" - Na szczęście ja Apoloniusz Glonojad, syn Pankracego i Jadwigi z domu Przyrwa, w porę je wykryłem! Mało tego, wymyśliłem już plan zaradczy, który może pomóc naszej firmie wyjść z finansowego dołka i na nowo wywindować słupki giełdowe na niespotykane dotąd wyżyny! Plan jest prosty i kilkuetapowy! - gość wyjął z drugiej kieszeni kracisatej marynarki nożyczki i wyciął z egzemplarza pokazowego czysty papier, pozostawiając na nim tylko część z brązową kreską - To etap pierwszy! - stwierdził z dumą i pomachał papierem przed walczącym z odruchem wymiotnym szefem. - Każdy następny polegać będzie na zmniejszaniu powierzchni czyszczącej aż do jej całkowitego zaniku! Co to oznacza?! Tylko tyle, że samo posiadanie przez ludzi dłoni będzie uznawane za wystarczający powód do obciążania ich opłatami jak obecnie za kupno papieru toaletowego! Zero inwestycji, zero kosztów! Czysty zysk! Oczywiście plus VAT! - dodał rozanielony.
Glonojad popatrzył na prezesa i wystawił palec wskazujący przed oblicze szefa.
- Pamięta pan moje wcześniejsze pytanie?
Boss zanurkował pod biurko. Nie wytrzymał...

OFF-siki (99)

czwartek, 10 listopada 2011

Z pamiętnika REDnacza (19)

Pojemniki na surowce wtórne przypominały wielkie, zielone czopki, na których szczycie ziały okrągłe otwory, niczym pyski ryb rozwarte w niemym okrzyku.
- "Szkło", "Plastik", "Papier" - Dziadek Jacek przeliterował powoli napisy namalowane kanciastą czcionką na jasnych tabliczkach przymocowanych grubymi śrubami do boku każdego z nich.
- Papier, szkło, papier, szkło... - ręka, wbrew rozkazowi płynącemu z mózgu, powędrowała praworządnie w okolice wlotu zbiornika na makulaturę. Wypracowany przez lata odruch towarzyszący segregacji śmieci jak na razie wygrywał z chęcią zemsty. Na razie...
Emeryt westchnął głęboko, ścisnął nerwowo niewielkie tekturowe pudełko po paście do zębów i cisnął je z całych sił w gardziel kontenera na szkło. Lewa powieka zadrgała nerwowo.
- To za Hankę*, sukinkocie! - syknął przez zaciśnięte zęby i splunął wprost w czerń okrągłego otworu...

* Hanna Mostowiak, z domu Walisiak. Żona Marka oraz mama Mateusza i adoptowanych nastoletnich córek: Natalki i Uli. Zginęła w wypadku samochodowym, kiedy to wjechała w grupę morderczych kartonów, chcąc uniknąć rozjechania małej dziewczynki.

Nauki Mistrza Yo {25}

Mistrz Yo lubił chadzać boso po lesie przy pełni księżyca. Często w czasie jej trwania wyruszał na pobliskie wzgórza obrośnięte gęsto drzewami sosny i w mury klasztoru powracał dopiero wraz z pierwszymi promieniami słońca, wychylającego się nieśmiało zza skalistego szczytu góry Sako.
Tak było i teraz.
Noc była chłodna, a wielka tarcza tkwiąca pośrodku nieba rozświetlała ścieżkę, którą powoli i dostojnie szedł mnich i zaciągał się zachłannie wilgotnym powietrzem. Tuż za nim podążał jak cień najwierniejszy z uczniów, pulchny Hashi.
Mistrz nagle przystanął, spojrzał w górę i syknął cicho, wpatrując się spod przymkniętych powiek w jasną tarczę nocnego wędrowcy.
- Ja pierdolę! - rzekł cicho.
- Masz rację mistrzu! - młodzieniec również zapatrzył się na jasny okrąg tkwiący niewzruszenie na czarnej płachcie nieba - Taki widok może zachwycić!
- Ajtam zaraz zachwycić! - starzec wsparł się o pień pobliskiej sosny i wykrzywił twarz w grymasie bólu - Po prostu wpieprzyłem się w szyszkę!