wtorek, 27 marca 2012

Piękna pani...

Dramat knajpiany w jednym akcie, o trzech (różnych) zakończeniach.

W miejscowości J. knajpa "Pod łabądziem" była od zawsze. Ot, taka mordownia historyczna, którą pamiętali wszyscy, od najstarszego do najmłodszego jej mieszkańca. Upakowana w kilku niewysokich pomieszczeniach sutereny w bocznej uliczce odchodzącej łukiem od rynku głównego, odcisnęła się na dzieciństwie i dorosłości wszystkich mieszkańców J. Zawsze taka sama, ani lepsza, ani gorsza, brudna i zadymiona, czasem dudniąca tylko odgłosami ulicy, czasem wypełniona gwarem mniej lub bardziej podchmielonej klienteli, otulonej gęstym papierosowym dymem.
Menu "Pod łabądziem" składało się z głównie z nalewanego piwa i kilku pozycji obiadowych, odgrzewanych w starej, otłuszczonej mikrofali. Były jeszcze batony w dwóch smakach: waniliowym i czekoladowym. Stali bywalcy nazywali je "wyrzutami sumienia", bowiem kupowane były zazwyczaj przez mocno zasiedziałych ojców powracających zbyt późno do domów. Bywało, że właściciel sam wciskał je zbyt mocno znieczulonym osobnikom, dopisując je oczywiście skrupulatnie do kreskowego zeszytu.

AKT 1

Genowefa Z. złożyła parasol, otrzepała go i weszła do knajpy przy akompaniamencie pisku nienaoliwionych zawiasów metalowych drzwi. Usiadła przy stoliku w pobliżu kontuaru i skinęła na barmana. Nim ten w ogóle ruszył z miejsca kobieta zaordynowała - Schabowy, ziemniaki, ogórek! - i zanurkowała do wielkiej torebki po kwiecistą kosmetyczkę. Kiedy skończyła poprawiać rozmazany przez deszcz makijaż, na stole stanęła solidna porcja obiadowa, składająca się z kopczyka parujących ziemniaków, okraszonych smalcem, kilkoma mocno przypieczonymi skwarkami i przypruszonych zieleninką, przesadnie rozklepanego kotleta i wielkiego kiszonego ogórka. Obok talerza zagrzechotały rzucone niedbale sztućce.
Genowefa zamknęła puderniczkę, schowała ją do kosmetyczki, kosmetyczkę zaś wcisnęła delikatnie do torebki. Siegnęła po widelec, gdy z drugiego końca pomieszczenia podszedł do niej, mocno się zataczając, czerwony na twarzy osobnik w rozpiętej do pępka koszuli. W lewej dłoni trzymał dopalonego do połowy papierosa, prawą wcisnął szarmancko do kieszeni spodni.
- Przepraszam, żę wtransam, le szy mokę possstafiś pięknej pani? - spytał.
Genowefa Z. uśmiechnęła się lekko i spuściła wzrok na talerz.
- Skoro Pan musi...

FINAŁ 1
- Tylko ksie jej kurna szuchaś szanofna pani?

FINAŁ 2
Mężczyzna sięgnął po ogórek, odkroił czubek i z rozmachem postawił go na środku stołu.

FINAŁ 3
- Okej... Fikasz malutka!?

1 komentarz: