środa, 25 kwietnia 2012

Ministerstwo niemocy


Jak to jest z czytaniem książek w naszym kraju, każdy czytający książki wie. Nieczytający nie wie, ale przecież i tak go to gówno obchodzi. Według badań różnych poważnych instytucji czyta nas coraz to mniej, ze zrozumieniem może jedna trzecia tego, a pisze (niekoniecznie ze zrozumieniem) ostatnio jakby nieco więcej (wot, zagadka przyrodnicza). Po ogłoszeniu kolejnych rocznych statystyk, brać literacko rozgarnięta wpada w gniew słuszny i na forach, serwisach społecznościowych, blogach, przekonuje, że nikt tak nie czyta jak ona czyta, nawet kiedy nie czyta! Politycy grzmią, ludzie kultury chodzą zniesmaczeni, a instytucje organizują przy słonych paluszkach i wodzie niegazowanej burze mózgów, z których wynika nic, czyli gówno (oprócz gratyfikacji za nadgodziny i dodatku za szkodliwe warunki pracy)!

W ministerstwie kultury i jednostkach mu podległych co jakiś czas powstają arcydzieła literatury urzędniczej podsumowujące dotychczasowy stan rzeczy (czyli opisujące bagno), wyciągające wnioski i stawiające cele celem poprawy sytuacji. Zazwyczaj plan ten opatrzony jest mądrymi tabelkami, jeszcze mądrzejszymi słupkami i znajdującymi się na szczycie inteligenckiej drabiny, wykresami kołowymi, w których połapać się ma kłopot nawet makler giełdowy. Taka niemoc w matematyce zawarta. Tworzy się je na lat kilka, by po tym okresie spotkać się przy kolejnej porcji paluszków i rozpocząć ten sam proces, tylko z nieco niższymi wartościami w tabelach, wykresach i kółkach. I tak trwać to będzie aż do całkowitej degradacji rynku czytelniczego i wyzerowania wartości. Robota lekka, łatwa i przyjemna zapewniona na jakieś kilkadziesiąt lat, no może nieco krócej...

Już słyszę głosy sprzeciwu braci czytelniczej, zapewniającej głośno i bijącej się jeszcze głośniej w piersi, że nie rzucim czytania z ziemi polskiej do Polski. Wy może nie, ale Wasze dzieci z dziką satysfakcją!

Czy w obliczu tej tragedii warto utrzymywać urzędy z kulturą związane, pasożytujące na zdrowej tkance budżetu, przez co fajki i benzyna taka droga? Ano warto! Warto jednak wreszcie podjąć temat z pełną powagą i wymyślić prawdziwy program naprawczy, a nie niestrawne placebo. Jaki?

Zastanówcie się:
1. Czy widzieliście choć jedną rozsądną i trafiającą do serc i dusz słowniańskich akcję społeczną promującą czytanie? Ja nie!
Nie widziałem ani jednego skutecznego klipu zachęcającego do kupna książki czy odwiedzenia biblioteki. Nie widziałem ani jednego plakatu, dzięki któremu pan Janek równowartość kilku piw zamieni na pachnącą jeszcze farbą drukarską pozycję. Nie słyszałem ani jednego spotu radiowego, dzięki któremu nieczytająca większość zastanowi się nad płytkością pozbawionego lektur żywota (bo cóż to za sztuka przekonać przekonanego).
2. Czy znacie jakąś ogólnopolską akcję, oprócz "Cała Polska czyta dzieciom", popularyzującą czytanie wśród dzieci, czyli naszych książkowych następców? Ja nie!
3. Czy znacie przykłady promowania kultury jako zjawiska modnego jak młodzieżowe spodnie z pampersem w kroku? Ja nie!
4. Czy widzieliście jakąś akcję, gdzię modę na czytanie starają się zaszczepić wśród małych i dużych rodaków znani, lubiani i szanowani? Ja nie!

To, co powinni robić urzędnicy i za co biorą niemałe pieniądze (cięcia jakoś nie dotykają pensji, dodatków, premii, VAT-u i innego pitu-pitu), robią prości ludzie mając z tego jedynie dziką satysfakcję (za to się nawet kromki chleba nie kupi).

Przykład?

Obśmiana przeze mnie jakiś czas temu akcja na Facebooku "Pokażmy nieczytającym, że jest nas więcej" zebrała przeszło 50 tysięcy fanów, istniejące ledwo kilkanaście dni "Czytanie jest sexy" na tym samym forum już przeszło 5 tysięcy. Tymczasem pod pięknie i mądrze sformułowanym manifestem Republiki Książki, czyli Koalicji na Rzecz Czytelnictwa i Bibliotek, nad którym patronat objęło wiele poważnych instytucji i osób (z Panią Prezydentową i Ministrem Kultury i Dziedzictwa Narodowego na czele), działającej od grudnia ubiegłego roku podpisało się aż... 2188 osób (liczba ludności w Polsce, w 2010 roku wyniosła przeszło 38 milionów)!

I choć statystycznie jest coraz gorzej, urzędnicy potrafią dbać tylko o fundusze reprezentacyjne, a politycy mają gęby pełne frazesów (szczególnie w okresie przedwyborczym), to dzięki zwykłym blogerom, uczestnikom forów dyskusyjnych czy społecznikom cierpiącym na kulturalne ADHD, wiem że umiejętność czytania nie zginie zbyt szybko w narodzie. Mam nadzieję, że panowie i panie pierdzący w stołek za nasze podatki i zbierające za degustację chrustu z solą lub makiem średnią krajową, lub jej wielokrotność, również wezmą się do roboty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz