sobota, 4 sierpnia 2012

Déjà vu...

... Co mnie cholera tak ryj szczypie?!

- Czasem synek, żeby zachować człowieczeństwo, przynajmniej w sobie, trzeba kogoś w mordę zdzielić. - Dziadek Jacek wychylił kieliszek mętnej siwuchy i skrzywił się półgębkiem - Polej...
Polałem jak staruszek kazał. Płyn zatańczył w dwóch kieliszkach zupełnie nie do pary. Jacek sięgnął po ogórki.
- A teraz wędkuj, - emeryt podstawił pod nos ławicę miniaturowych korniszonów zanurzowych w aluminiowej kance na mleko - łapska mi zgrabiały...
- Sie dziadek nie rozpędzaj! Może troszku kultury, a nie tak ad personam... Magiczne słowo by się zdało czasem! - popatrzyłem na Dziadka z wyrzutem i zanurzyłem dłoń w zalewie.
- Czyli, że co? Z Bogiem?
- Zaraz tam... A poza tym przecież jesteś niewierzący.
- Nie niewierzący, tylko wierzący wybiórczo. To różnica!
- Mniejsza... A z tym waleniem to co?
- Bo wiesz synek, bywa że spotkasz naprzeciwko ezemplarz, co to tylko w ryj walić na płask, taki tępy.
- A jak odda? - poddałem w wątpliwość skuteczność dziadkowej metody.
- Jak widać, że może oddać, lub jakby śmiglejszy jest w nogach, wtedy jedynym wyjściem jest sarkazm.
- A jak trafi na inteligentnego osiłka? - podałem Jackowi świeżo wyłowionego ogórka.
- Ty synek dawno chyba w mordę nie dostałeś!
Wolałem nie ryzykować. Bo dziadek łapsko mocno wcięte miał.
- To sarkazm był?
- A co, oddasz?
- No nie wypada przecież...
Dłoń staruszka tylko śmignęła. Usłyszałem plask, a przed oczami rozlała się czarna plama...

... Obudziłem się na wieczorynkę. Co mnie cholera tak ryj szczypie?!

- Czasem synek, żeby zachować człowieczeństwo, przynajmniej w sobie, trzeba kogoś w mordę zdzielić. - Dziadek Jacek wychylił kieliszek mętnej siwuchy i skrzywił się półgębkiem - Polej...
Gdzieś to cholera słyszałem. Tylko gdzie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz