sobota, 20 października 2012

Wszystko zależy od interpretacji...

Nie ma się co oszukiwać, byłem na dnie. Bez domu, rodziny, jedzenia i picia. Cieć wywalił mnie właśnie z klatki bloku, w którym kiedyś zajmowałem lokal na drugim piętrze...
Dziś umościłem się w nim na stosie szmat i tektury pod schodami, tuż przy wejściu do piwnicy. Ludzie zmierzający do swych mieszkań pluli wzrokiem na widok byłego sąsiada lub kiwali głowami z politowaniem. Ci którzy w czasie życiowej hossy tak chętnie kłaniali mi się na schodach, dziś przemykali udając zadumanie lub przesadnie interesowali się zawartością skrzynek pocztowych. Wyciągnięta dłoń byłego współlokatora działała niestety tylko przez pierwszy tydzień. Wtedy jakoś udawało się zebrać na chleb i flaszkę, czasem słoik pulpetów lub mały pasztecik drobiowy w foremce z grubej folii aluminiowej. Potem coraz częściej byłem głodny i trzeźwy. Ale przynajmniej było ciepło. Cieplej niż na dworzu. Z ludzką obojętnością, czasem wrogością, nauczyłem sobie radzić, z zimnem niestety nie.
- Przepraszam Panie Krzyśku, - cieć wbił wzrok w marmurową posadzkę - ludzie się skarżą...
Zwinąłem strzępy ubrań do reklamówki i wyszedłem, wciskając głowę w mocno wytarty kołnierz puchowej kurtki. Wiało. Dozorca coś tam jeszcze szeptał, ale widać było, że z ulgą zamknął za mną drzwi. Skręciłem w prawo na targowicę miejską, tak jak kiedyś, gdy wychodziłem na spacer z psem, zanim ten wpadł pod śmieciarkę.

* * *

Pod nogami przetoczyła się pusta plastikowa butelka po oranżadzie. Zatoczyła kółko wokół kantówki blatu stoiska w alejce warzywnej i wpadła pod rurę ciepłowniczą ciągnącą się długą nitką pod siatką przerdzewiałego płotu. Załopotała jeszcze pośród trzech grubych jak palec i wysokich na metr łodyg, chyba ostatnich, nie wyciętych przez dzierżawcę placu pokrzyw i zamarła. Neon kolektury Lotto po drugiej stronie ulicy rozbłysł niespodziewanie odbijając się błękitnym refleksem w trzech lekko upaćkanych błotem krążkach jednozłotówek.
- Dzięki... - wyszeptałem, wydłubując monety z wilgotnej ziemi.

* * *

- I jak tam? - Pan spojrzał na Piotra - Udało się?
- Znowu porażka! - siwobrody starzec opadł na krzesło ustawione przy biurku szefa i westchnął głośno.
- Ale położyłeś równowartość jednego zakładu niedaleko kolektury i dałeś znak światłami!?
- Wszystko jak wcześniej ustaliliśmy! - Piotr wzruszył ramionami.
- I nie kupił kuponu?
- Chleb wziął i pasztecik z pieczarkami w sklepie obok!
- Ale może nie dałeś jasno do zrozumienia jakie cyfry ma skreślić! - Bóg zmarszczył czoło i zaczął nerwowo przebierać palcami po grubym blacie biurka.
- Oczywiście, że dałem! Głupi by zrozumiał, że ma skreślić 2, 3, 5, 42, 44, 46! Trzy liczby pierwsze i trzy ostatnie parzyste!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz