niedziela, 26 lutego 2012

Wyjdzie z tego?

Szpital. Sala pooperacyjna. Na łóżku śpi podłączony do kroplówki pacjent przywieziony z wypadku samochodowego. Bandaż na głowie, pokaleczone dłonie leżą na pachnącej krochmalem białej pościeli. U wezgłowia siedzi zapłakana małżonka.
Do sali wchodzi lekarz.
- Doktorze! Co z nim będzie?
- Stracił sporo krwi, ale rokowania są pozytywne.
- A poza tym jest cały?
- Ma uszkodzoną wątrobę i złamane dwa żebra. Poza tym musieliśmy amputować mu obie nogi...
- Ale WYJDZIE z tego?

czwartek, 23 lutego 2012

Na szczęście gej...

Szpital. Sala pooperacyjna. Kilka łóżek, jakieś stoliki, na ścianie okrągły zegar na baterię. Biało i sterylnie. Wchodzi lekarz, rozgląda się, liczy pacjentów, a następnie pyta:
- Czy któryś z panów nie odczuł dziś w nocy dziwnego dyskomfortu w okolicach odbytu?
Pacjent pod oknem podnosi nieśmiało rękę.
Lekarz podchodzi do niego i siada na krawędzi łóżka.
- Bo widzi pan, dziś w nocy operowaliśmy geja, któremu penisa przyciął rozporek. Tak się chłopina ucieszył po wybudzeniu, że jeszcze będzie mógł, że nie czekał na powrót do domu i od razu wypróbował działanie swojego narządu na kilku pacjentach. Zdaje się, że zajrzał również do pana.
- To mi kamień spadł z serca! - chory westchnął z ulgą - Bo już myślałem, że będę musiał płacić za dodatkową lewatywę...

Tak widzą...


poniedziałek, 13 lutego 2012

Wzór...

Mileva spojrzała na tablicę, gdzie na czarnej powierzchni, pośród białych kleksów kredowego pyłu, tkwił wypisany wielką czcionką i obramowany szeroką kreską wzór: E=mc2
Mężczyzna obrócił się gwałtownie, zaskoczony obecnością żony w pracowni. Starał się zasłonić słupek wyliczeń własnym ciałem, ale było za późno.
- Albercie, jak mogłeś? Nie rozumiem... - zdołała wykrztusić kobieta.
- To nie to, co myślisz! - Einstein przełknął głośno ślinę.
- Ale po tylu latach?
- Kochanie, przepraszam, ale to tak jakoś samo wyszło!

Ptoki (1)

Okup

Nadkomisarz Paprochin sięgnął po lornetkę, przystawił ją do oczu i mrużąc lekko powieki wbił wzrok w gęstwinę krzaków rosnących na skraju pobliskiego zagajnika. Czarna reklamówka wypełniona pieniędzmi na okup stała nietknięta, podobnie jak minutę, dwie minuty i nawet kwadrans temu. Oficer oblizał wargi i zerknął na leżącego po lewej lejtnanta Padalcewa.
- Nadal nic! - powiedział cicho nie tyle informując podwładnego, co bardziej upewniając samego siebie o aktualnej sytuacji - Dziwne...
Gdzieś tam generał Guzdrałow, związany jak świąteczny baleron, opierał się zapewne myślą i ciałem wrogom systemu, a oni siedzą bezsilnie w krzakach, oczekując na ruch porywaczy. To go wkurzało. Paprochin lubił działanie, a nie bezczynne siedzenie w krzakach! Na dodatek zaczęło padać. Psia mać!
Lornetka znowu powędrowała do oczu. Torba zniknęła! Gałąź po lewej kołysała się lekko, ujawniając kierunek ucieczki bandyty. Nadkomisarz klepnął Padalcewa w ramię i poderwał się do pościgu.

* * *

- Szlag by to! Uciekł! - Paprochin uderzył pieścią w plastik deski rozdzielczej służbowego moskwicza. Silnik zakaszlał po raz ostatni i zamilkł. Na nic zdały się przekleństwa i próby zmuszenia go do pracy przekręcanym w stacyjce kluczykiem. Maszyna milczała.
- Może pobiegniemy? - Padalcew spojrzał na przełożonego ze strachem.
- Gdzie? Jak? - nadkomisarz oparł czoło o kierownicę i westchnął ciężko - Mam nadzieję, że spisałeś numery banknotów. Szkoda byłoby tracić taką kwotę, nawet za generała... - Paprochin spojrzał z nadzieją na podwładnego. Tempo wydarzeń dnia dzisiejszego, poranny telefon od porywaczy i konieczność wypełnienia w ciągu godziny ich oczekiwań finansowych, spowodowały że nie mógł czekać na pieniądze z centrali. Wyjął oszczędności całego życia ze ściennego sejfu i bez zastanowienia wrzucił je do znalezionej w kuchni reklamówki. Miał nadzieję, że już po akcji, uwolniony szczęśliwie Guzdrałow doceni ten gest.
- Ależ oczywiście! - Padalcew wyjął kartkę z kieszeni na piersi i począł czytać - W torbie było 128 banknotów z cyfrą 200, 345 z cyfrą 100...
Paprochin poczuł jak krew napływa mu do twarzy, a przed oczami zawirowały czarne mroczki...

piątek, 3 lutego 2012

Z pamiętnika REDnacza (23)

- Więc mówisz synek, - Dziadek Jacek popatrzył na mnie znad szklanki wciśniętej w połyskujący brudem wiklinowy koszyczek - że ilekroć zrobię komuś coś miłego, spełnię jakiś dobry uczynek, mogę się domagać od tego kogoś wzajemności?
- No niby tak! - podrapałem się po brodzie pokrytej dwudniowym zarostem - Przynajmniej tak mi się wydaje.
Staruszek odsunął się od stołu, rozpiął rozporek i wsadził potężne łapsko w kraciaste majtki.
- To ja poproszę manicure!

* * *

- Wiesz synek, - Dziadek Jacek westchnął cicho rozchylając przegródkę na bilon w mocno wytartym skórzanym portfelu - jak się nazywa niedobór przychodów w porównaniu z rozchodami?
- Deficyt? - popatrzyłem na wysypaną na blat kuchennego stołu kupkę dwu i jednogroszówek, wykałaczek, guzików i zwiniętych w niewielki kwadrat rachunków z pobliskiego warzywniaka.
- Nie, żona!