niedziela, 27 maja 2012

Rutyna zabija!

Zenon Plwocina wyjął sprężynę hydrauliczną z rury. Otarł spocone czoło wierzchem dłoni i wcisnął metalową końcówkę spirali ponownie do okrągłego otworu. Żeby udrożnić odpływ należało powtórzyć całą operację przynajmniej kilka razy. Zenon robił to na co dzień. Taki fach, co zrobić, choć powoli miał już dosyć życia w przepychu...

27 maja...


czwartek, 24 maja 2012

Myśl pozytywnie (1)


Inne afirmacje Hannibala Lectera:
- Jeśli masz miękkie serce musisz mieć twardą dupę. Ale to wszystko zależy długości gotowania...
- Pamiętaj, jesteś dobry!

Tylko szyby szkoda...

Major Paprochin stanął w oknie i zaciągnął się świeżym, porannym powietrzem. Na ulicy poniżej powoli gęstniał ruch. Zaspane i odrętwiałe przerwanym o brzasku snem sylwetki, wylewały się regularną falą z przyjeżdżających na przystanek nieopodal autobusów.
Major też czuł to odrętwienie. Choć wstał prawie pół godziny temu, nie zdążył rozruszać zastałych nocą kości.
Opuścił głowę i sięgnął po pistolet leżący na białym blacie kuchennego stołu. Odwiódł kurek. Zimna lufa naganta, rewolucyjnej pamiątki po dziadku, trzymanego do tej pory - oczywiście bez stosownych zezwoleń - na dnie bieliźniarki, ucisnęła lekko skroń. Paprochin zacisnął mocniej powieki i pociągnął za spust.
Huk wystrzału ledwo przebił się przez nagły klakson śmieciarki wyjeżdżającej z podwórka sąsiedniego domu. Kilka osób, znajdujących się bezpośrednio pod oknem Paprochina, usłyszało jednak nagłe kaszlnięcie rewolweru. Przystanęło lub zwolniło marsz, rozejrzało się wokoło, lecz nie widząc źródła niezidentyfikowanego hałasu, szybko zapomniało o zajściu i pomaszerowało dalej.

Tymczasem kula wbiła się w czaszkę milicjanta i rozpoczęła penetrację. Niestety, kiedy po pół minucie nie znalazła organu, który mogłaby skutecznie zdewastować, wyleciała drugim uchem, delikatnie uszkadzając ściankę kanału słuchowego.

Brzęk zbijanej szyby w kamienicy naprzeciwko wyrwał Paprochina z odrętwienia. Popatrzył na dymiącą jeszcze lufę rewolweru, dotknął krwawiącej mocno dziury w skroni i wyjrzał przez okno. Pokiwał zrezygnowany głową i pomachał stojącej w rozstrzaskanej framudze sąsiadce z mieszkania naprzeciwko.
- Nie dość, że życie to samo i nadal do dupy, to jeszcze trzeba będzie pokryć szkodę! - westchnął i wypuścił broń z ręki. Nagant stuknął głucho o kafelek mocno już wytartej, wiekowej terakoty.

wtorek, 22 maja 2012

Deserek...

Niewielka miejscowość w centralnej Polsce... Parterowy domek jednorodzinny, pobudowany gdzieś na obrzeżach miasta, otoczony pierścieniem obsypanych białym kwieciem jabłonek... Ubikacja...
Na ścianie wyłożonej glazurą w geometryczne wzory siedzą dwie muchy - młodsza i starsza. W tle hałasy kameralnej imprezy towarzyskiej.
W pewnym momencie drzwi otwierają się, do pomieszczenia wpada lekko łysiejący mężczyzna lat około 45-50, opuszcza deskę klozetową, siada i postękując cicho wydala luźny stolec. Podciera się, podciąga szybko spodnie, spłukuje niedbale muszlę i nie oglądając się za siebie wychodzi z ubikacji. Młodsza mucha patrzy wyczekująco na starszą. Ta jednak kręci łebkiem i mówi:
- No co Ty głupia, przecież będzie jeszcze ciasto!

poniedziałek, 7 maja 2012

Czarna wdowa...

W prosektorium panowała cisza przerywana pochlipywaniem blond piękności, skulonej nad pomarszczonym ciałem leżącego na stole staruszka. Niewiasta stojąca do tej pory sztywno u wezgłowia denata, odetchnęłą głęboko, schyliła się i pocałowała go w czoło. Jędrne piersi zafalowały, a materiał na krągłych pośladkach zatrzeszczał niebezpiecznie.
Stojący obok pielęgniarz, niby przez przypadek, próbował zajrzeć pod kusą, czarną spódniczkę.
- Tatuś? - spytał i oblizał wargi.
- Mąż! - kobieta spojrzała na mężczyznę z wyrzutem.
- A to przepraszam...
- Nie ma za co. Wszyscy tak uważali! - kobieta omiotła wzrokiem leżące nieopodal ciała, przykryte jasnymi wydmami białych prześcieradeł - A tak przy okazji... Czy macie tu może jakiegoś murzyna?
Pielęgniarz zmarszczył czoło, zdziwiony treścią pytania.
- Jest doktor Jennings, ale on ma dziś wolne!
- O zmarłego mi chodzi, głuptasku! - niewiasta zatrzepotała długimi rzęsami.
Pielęgniarz wskazał stojący pod ścianą stół.
- To będę miała malusią prośbeczkę... - Wdowa podeszła do pracownika prosektorium. Rzęsy znowu poszły w ruch, a obszerny dekolt pojawił się niebezpiecznie blisko jego twarzy...

* * *

Eleonora Hatchinson od początku była przeciwna temu związkowi. Jej ojciec, mocno schorowany prawie osiemdziesięciolatek, był jednym z najbogatszych ludzi w kraju. Ona, blond piękność tańcząca przy rurze w lokalnej spelunie, nie miała grosza przy duszy. On powoli szykował się do opuszczenia tego łez padołu, ona czerpała z niego pełnymi garściami, szczególnie tymi męskimi.
Nagła decyzja o ślubie mocno zaskoczyła i zaniepokoiła Eleonorę, podobnie jak resztę ewentualnych spadkobierców. Argumenty o rzekomym uczuciu jakoś do niej nie docierały. Nawet teraz, stojąc nad otwartą trumną swojego ojca, nie mogła mu wybaczyć tego, co zrobił ledwo pół roku przed śmiercią.
- Czemu tatusiu?! - wyszeptała chcąc pocałować sztywne ciało w czoło.
Nagle zobaczyła jakiś dziwny czarny kształt wystający spod odchylonej lekko poły marynarki. Odsunęła materiał i mało nie krzyknęła z przerażenia. Z rozpiętego rozporka tweedowych spodni wystawał wielki jak indycza szyja czarny członek.
Nagle czyjaś ręka schwyciła organ i wepchęła go w głąb skrojonych z grubej przędzy wełnianych portek. Suwak zazgrzytał metalicznie.
- To była nasza tajemnica... - wdowa pogładziła ciemnoszarą maynarkę.
- A ja... - wyjąkała Eleonora - A ja myślałam, że jesteś z nim tylko dla pieniędzy!

niedziela, 6 maja 2012

Czapki z głów przed Jarzębiną!

Naród żyje ostatnio jednym tematem, a na imię mu "Koko Euro spoko". Kilka babin z Kocudzy, skupionych wokół Gminnego Ośrodka Kultury zawładnęło umysłami całego społeczeństwa za sprawą utworu wybranego na Oficjalną Piosenkę Reprezentacji Polski. 

Zanim o tym fenomenie, wyjaśnijmy sobie na wstępie jedną kwestię. W wielu miejscach pojawiły się fałszywe informacje, że to jest hymn Euro. Po pierwsze nie hymn, bo wedle definicji to uroczysta i podniosła pieśń pochwalna o apostroficznym charakterze wypowiedzi, komponowana na cześć bóstwa, szczególnej osoby, wydarzenia, ojczyzny (kraju), a także idei. Jeśli trzymalibyśmy się sztywno tej formuły, to wszystkie propozycje przedstawione społeczeństu i poddane późniejszemu głosowaniu powinny być już w przedbiegach na zbity pysk wywalone. Po drugie zaś tytuł ten już dawno otrzymał utwór w wykonaniu Oceany pt. "Endless Summer". Został przyznany nie głosami ciemnego ludu, lecz jaśnie oświeconych przedstawicieli UEFA.
Nasze "Koko Euro Spoko" jest więc jeno czymś w rodzaju pieśni marszowej i refrenu dla złaknionego igrzysk kibica.

Zaraz po ogłoszeniu wyników sms-owego głosowania na salonach i pod budką z piwem podniosły się głosy krytyki. Że wiocha i żenada, że poziom niski, słowa głupie... Naród światły zaczął coś napomykać o kulturze i wizerunku, jakby na codzień rozmawiał li tylko o wyższości przekładu sofoklesowej Antygony Smacznińskiego nad dziełem wspólnym Węclewskiego i Czubka.

Fakt, może i słowa głupie, a "koko, koko" na inne języki trudno będzie przełożyć z jakimś rozsądnym wytłumaczeniem. Może i wiocha, a my się spodziewaliśmy cycatej niewiasty w lateksie, a nie babć z koła gospodyń wiejskich w workach pokutnych. Może i nie ma odniesień do Grunwaldu, rozbiorów, 123 lat niewoli, wojny, Katynia, komunizmu, Smoleńska z jej brzozą i krzyża na Krakowskim Przedmieściu, ale EURO dla większości ludzi to nie smutnie spocona procesja tylko święto radości, zabawy i źródło przeżyć nie tylko tych wyższych.

Kiedy inne narody nauczyły się świętować i przywoływać pamięć przodków z radością, my nadal tkwimy w świątecznej celebracji żałobnej. Gdy rocznica końca wojny - wspominamy poległych, zamiast cieszyć się z żywymi, gdy koniec PRL-u - w pamięci mamy tylko ofiary kopalni Wujek i Stoczni, a nie miliony ocalonych. Nawet naszych wielkich wspominamy nie za to co zrobili za życia, ale w jaki sposób umarli. A nad tą historyczno - histeryczną kupą unosi się smród wypalanych zniczy i igliwia z wieńców zamiast kiełbachy z grilla...

I oto na EURO dostajemy pieśń skoczną, łatwą do zapamiętania, zanucenia w grupie, czy samotnie przy piwie, wspartą na ludowych korzeniach, których ostatnio nauczyliśmy się tak pięknie wstydzić i zaczynamy kręcić nosem jak nuworysze na swojską golonkę. A przecież wszyscy pochodzimy ze wsi. Tam nasi przodkowie, tam korzenie, których nigdy do końca nie wyrwiemy!

Ktoś "mądry" obśmiał piosenkę i stwierdził, że przez to koko świat śmiać się z nas będzie. Inni podjęli ten ton i w imieniu świata, i bez jego wiedzy, zaczęli się z nas samych śmiać. Cytat z Gogola narzuca się w tym przypadku automatycznie:
Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie!
Powiedźcie mi jednak jak to jest - oficjalnie robimy z siebie wykrochmalonych koneserów, a przy wódce i w towarzystwie bujamy się przy takich piosenkach. I raptem wszyscy wtedy znamy słowa!

Inni mogą sarkać, że wiocha i żenada, a mnie osiem babć z Jarzębiny zaimponowało. I nie chodzi tu o wygranie samego konkursu! Przy takiej konkurencji, choć złożonej z wielkich nazwisk, nie było to znowu takie trudne. Diabeł jest gdzie indziej ukryty! Oto w ciągu jednego dnia te proste, wioskowe baby narobiły w mediach takiego szumu, o jakim niejeden mocno wykształcony pracownik działu marketingu i reklamy wielkiego domu medialnego może tylko pomarzyć. Zawstydziły fachowców z branży i spoza niej, no może oprócz Chucka Norrisa. On przecież doprowadza do pokraśnienia jagód sam wstyd.

sobota, 5 maja 2012

Przez przypadek - Michasiek

Usiadłem ostatnio z zamiarem zaprojektowania postaci podróżnika do nowej gry planszowej, po drodze pojawił się latawiec, a skończyło na nowym bohaterze, który - jeśli czas pozwoli i dzieciaki ją zaakceptują - na stałe zagości na Papierowym Psie. Pierwszą historyjkę o Michaśku, która napisała się tak jakoś z marszu, przeczytacie TUTAJ.


FotoMonter (2)

środa, 2 maja 2012

KĄKÓRSY, czyli myśLENIE się oPŁACA!

Żeby wnieść deko życia w życie bloga "Pacynka z dziurawej skarpetki", ogłaszam nieustający konkurs na na najzajebistniejawszy komentarz. W ostatni dzień każdego miesiąca 2-3 autorom jednoosobowe żury w osobie JA, przyzna nagrody. Konkurs rozpoczynamy trzy, dwa jeden - teraz!

Przypominam też, że trwa konkurs na nazwę cyklu dziennikarskiego Klod Dibła prezęt! Swoje typy wysyłajcie do 15 maja br. na adres: konkursy@duzeka.pl, w temacie maila wpisując "KLOD"
Jeśli żadna z propozycji nie spodoba się jednoosobowemu ciału jurorskiemu, czyli mnie, w mocy pozostanie dotychczasowa nazwa.

wtorek, 1 maja 2012

O, kuchnia... (14)

Klod Dibła prezęt (2)


Aby zobaczyć rzeczywistą wielkość grafiki i bez problemów przeczytać zawarty na niej tekst, otwórz ją w przeglądarce bloga, a następnie kliknij prawym przyciskiem myszy i otwórz ją w nowym oknie.