wtorek, 31 grudnia 2013

Co złe niech w starym roku zostanie...

Jeszcze tylko chleb i do domu! - powtarzał sobie w myślach Krystian. Miał w torbach praktycznie wszystko, co żona poleciła kupić, a co skrupulatnie wypisała w punktach na żółtej kartce, wyrwanej pospiesznie z oprawianego brązową dermą notatnika - Jeszcze tylko chleb...
Wędlina, ryby, ser, napoje no i alkohol. W głowie pojawił się obraz przyszłej zabawy, a Krystianowi przez chwilę zrobiło się tak jakoś błogo. Błogość zeszła z przełykaną na samą myśl o libacji śliną, przez przełyk aż do żołądka, promieniując miło na okoliczne organy.
Tymczasem sygnalizator przestał pulsować pomarańczowym światłem i rozbłysł zachęcającą do przejścia zielenią. Z naprzeciwka na pasy wystartowała staruszka z trudem dźwigając brązową płócienną torbę. Uśmiechnęła się do Krystiana mniej więcej na środku przejścia i potruchtała dalej. Mężczyzna odwzajemnił uśmiech i już zaczął szukać wzrokiem pobliskiej piekarni, gdy na asfalt wypadł z rozerwanej reklamówki kupiony na świętowanie nowego roku alkohol. Butelki wódki i wina rozprysły się po asfalcie, tworząc szybko wchłanianą przez porowatą powierzchnie jasną kałużę, szampan zaś bez większych uszkodzeń potoczył się w stronę krawężnika, do którego dochodziła właśnie żwawa staruszka. Kobieta odwróciła się i popatrzyła smutno na Krystiana.
- Się rozlało!
- Ano się! - Tylko tyle zdołał wycedzić mężczyzna przez zaciśnięte z wściekłości zęby.
- Ale to dobrze, że teraz! - szampan doturlał się wolno do stóp kobiety - Bo to lepiej jak wszystko złe zostanie w starym roku, a w nowym niech się dobre rozpocznie!
- Ano niech zostanie... - zdążył powtórzyć Krystian zanim zabił go rozpędzony samochód pocztowy, wyjeżdżający z niewielkiej osiedlowej uliczki.

środa, 11 grudnia 2013

Prezent od wnuka

Za oknem wiatr poniewierał właśnie reklamówką z logiem pobliskiego dyskontu, gdy do kuchni wszedł Dziadek Jacek. Siadł ciężko na taborecie i spojrzał ponurym wzrokiem na podwórko. Reklamówka tymczasem przykleiła się do szyby pozostawiając na niej mętną smugę, najprawdopodobniej oceanicznego pochodzenia, bo przez uchylony lufcik wwiało do mieszkania mocno nieświeżą, rybną bryzę.
- Co jest? - spytałem zaniepokojony stanem psychicznym staruszka.
- Wiatr ze świata śmieć wymiata! - odezwał się poetycko emeryt.
- Ale ja nie o tym...
- Wiesz synek, - Jacek nie pozwolił mi skończyć - że jak w googlach wpiszesz cycki to się wyświetlają cycki wszelkiej maści i rozmiarów? - popatrzył na mnie jakimś takim psim wzrokiem.
- Tak to działa przecież.
- Ale jak zmienisz rozmiar na duże, to nadal wyświetlać się będą też i te małe! - brwi na czole Jacka niebezpiecznie ściągnęło do dołu - Przecież to bez sensu! Marnotrawstwo zwykłe miejsca i czasu!
Już miałem powiedzieć, że zamiast zmieniać wielkość fotek w narzędziach wyszukiwania wystarczy po prostu wpisać odpowiednie hasło, ale ugryzłem się w język. Powiem to staruszkowi w Wigilię, niech ma prezent od wnuka!

środa, 6 listopada 2013

Pierdolisz!

Żan i Pier w jednym stali domu. Pier kucharzył i robił zakupy, a Żan sprzątał i opłacał rachunki. Zawsze w piątek Pier przygotowywał na obiad ziemniaki okraszone cebulką smażoną na wiejskim smalcu ze skwarkami i kawałkami kiełbasy, jajko sadzone oraz maślankę. Żan miał słabość do tego zestawu. Zawsze ordynował sobie jedną lub dwie repety, wylizując na koniec talerz do czysta. Nie tym razem jednak. Żan ledwo co zjadł zestaw podstawowy, beknął i poklepawszy się po brzuchu, opadł zmęczony na oparcie fotela.
Pier spojrzał z niepokojem na powierzchnię porcelanowego naczynia ledwo liźniętą przez partnera.
- Już nie możesz? - spytał.
- PIER DOLIŻ!

piątek, 18 października 2013

Na szczęście to nie miłość

Armia Olbrzymów z Lockchorn rozłożyła się obozem na płaskowyżu Trinden. Wielkie czapy krwistych namiotów w przeciągu godziny pokryły brunatną powierzchnię udeptanego wielkimi stopami gruntu.
Des Elster, dowódca chorągwi ogorzałych górali z Północnego Kwadratu, wbił właśnie ostatnią szpilę w twardą jak kamień ziemię, gdy nagle coś zakłuło go pod mniejszym sercem. Olbrzym od dłuższego czasu czuł jakiś dziwny niepokój, szczególnie wieczorami, gdy samotnie wpatrywał się w poruszane wiatrem poły namiotu, oświetlane przez kopcące czarnym dymem pochodnie. Może wchodził w wiek rozrodczy, a organizm dawał do zrozumienia, że pora poszukać miłości i partnerki na resztę życia?
- Nieee... - Des Elster odgonił natrętne myśli wielką jak bochen dłonią - To niemożliwe! Przecież brakuje mi jeszcze trzech księżyców!
Nagle przy wejściu coś zapiszczało cicho. Mężczyzna odruchowo sięgnął po topór. Tymczasem do środka wszedł powoli mały kociak, usiadł przy krawędzi dywanu i spojrzał na gospodarza wielkimi czarnymi oczami.
- O Wiotka Lethe, jaki słodziak! - Des Elster podszedł do zwierzaka. Mniejsze serce znowu znajomo zakłuło.
Góral podniósł futrzaka na wysokość twarzy. Maluch wysunął pazury i fuknął ostrzegawczo. Olbrzym wreszcie zrozumiał. Tu nie o uczucie chodziło tylko zwyczajny głód..
Odetchnął z ulgą i wsadził kota do ust...

czwartek, 10 października 2013

Zlew niżej!

Dziadek Jacek stanął przy zlewie i zmierzył wysokość krawędzi szafki.
- Obciąć! - zwrócił się do majstra składającego zestaw kuchenny.
- Ale nie będzie pasować do reszty blatów! - zaprotestował mężczyzna patrząc na rękę staruszka przystawioną grubo poniżej linii paska.
- Może i pasować nie będzie, - Jacek pokiwał głową i popatrzył mi głęboko w oczy - ale sikanie na palcach jest cholernie niewygodne!
- Fakt! - Fachowiec sięgnął do torby po piłę.
- Ależ panowie! - podbiegłem do dziadka i złapałem go za rękę! - Tak nie wolno! - przesunąłem ją jakieś pięć centymetrów w dół - Ja niższy jestem!

niedziela, 6 października 2013

Nauki Mistrza Yo {26}

Stanąwszy na brzegu wzburzonego morza, Mistrz Yo zzuł sandały i wbił umęczone stopy w chłód przewleczonego pokruszonymi muszlami piasku.
- Im większy niepokój możesz objawić na zewnątrz, tym większy spokój osiągasz w środku! - starzec spojrzał na swego najlepszego ucznia, pulchnego Hashi, który na niedalekiej kępie trawy rozłożył matę, a na niej kosz z zabranym z klasztoru posiłkiem. - I na odwrót! - Yo dodał po chwili - Im większy musisz zachować spokój na zewnątrz, tym większy niepokój trawi Cię w środku!
Hashi zmarszczył brwi.
- Morze Cię tak natchęło o wielki?
- Nie! - rzekł Yo i napiął nagle mięśnie całego ciała jak postronki - Rozwolnienie.

czwartek, 3 października 2013

Chuć kulinarna

Tak bym chciał,
by kobieta
spojrzała drapieżnie,
gdym gotów. Bierz mnie!

Podejdź tu do mnie
twarz swoją zbliż!
Gryź mnie i liż!

Wtop w włókna me
biel swego kła.
Byłem niegrzeczny,
bądź zła!

Chcę by się palce
na mnie zacisły!
By soki na twarz
zmysłowo prysły!

By czas w rozkoszy
zwolnił swój bieg

Pozdrawiam! Stek!

wtorek, 17 września 2013

O zachowaniu przy stole

Taka przypowiastka

Siedziało sobie trzech gości w barze. Dostali szklankę wypełnioną do połowy piwem.
Pierwszy powiedział:
- Ta szklanka jest do połowy pełna!
Drugi:
- Ta szklanka jest do połowy pusta!
Trzeci wypił piwo, beknął zadowolony i poklepał się po brzuchu.

Morał: Nieładnie jest bekać w towarzystwie.

sobota, 7 września 2013

Bo to grzech jest

Był sobie kiedyś młody chłopak. Sierota nastoletnia, co to za dnia włóczyła się i żebrała po mieście, nocą spała w opuszczonym domku pracowniczych ogródków działkowych. Siedząc samotnie nocą na zdezelowanym materacu znalezionym na pobliskim śmietnisku, w świetle niedopalonych zniczy, zdjętych z mogił miejskiego cmentarza, oddawało się pacholę swojej największej pasji, czyli śpiewaniu. Aż pewnego dnia po mieście rozeszła się wieść, że oto do miasteczka zawitała ekipa producentów programu muzycznego, poszukująca nowych, młodych talentów. I postanowił chłopiec spróbować swych sił i udał się na przesłuchanie. Kiedy wreszcie stanął na scenie, strach go zdjął okrutny. Lecz zaśpiewał.
Niestety okazało się, że nie dość, że nie ma głosu, to na dodatek ni krztyny słuchu muzycznego.
Zszedł młodzian zawstydzony ze sceny, żegnany gwizdami i śmiechem zebranej w sali widowiskowej widowni.
Postanowił jednak pokazać wszystkim jak bardzo mylili się co do jego osoby i jak niesłusznie postawili krzyżyk na jego talencie. Ćwiczył więc codziennie, zapominając o żebraniu, czy wizytach w jadłodajni dla ubogich, działającej przy pobliskiej parafii. I śpiewał tak, i śpiewał, bez jedzenia, bez picia, aż umarł z głodu.
A morał tej opowieści jest taki, że nie wolno kraść zniczy z cmentarza, bo to grzech jest!

środa, 14 sierpnia 2013

Panika

Do drzwi ktoś zapukał cicho. Krzysiek wstrzymał oddech, popatrzył na matkę i skinął głową w kierunku korytarza. Kobieta spojrzała z wyrzutem na syna, odłożyła pilota na stole i wstała z ciężkim westchnięciem z fotela. Poszurała przez salon i przedpokój do drzwi wejściowych.
- Synku! - krzyknęła po uchyleniu drzwi - Pan policjant do ciebie!
Krzysiek przygryzł wargę.
- Kurwa, już tu są! - pomyślał.
Serce zaczęło bić szybciej, a i płuca nabrały dziwnego przyspieszenia.
- Spodnie! Gdzie są spodnie!? - mężczyzna chwycił czarne dresy z wypchanymi kolanami, przydeptane tenisówki i skacząc niezdarnie, wbijając stopę w zrolowaną nogawkę, skierował się do drzwi balkonowych - To tylko pierwsze piętro. Może się uda... - pomyślał nim przeskoczył metalową balustradę.
Tymczasem do pokoju wbiegł, zaniepokojony dziwnymi hałasami, policjant. Tuż za nim powoli przyszurała mocno zdezorientowana kobieta.
- Krzysiu! - krzyknęła od progu - Wracaj! Przecież zaraz obiad!
Tymczasem funkcjonariusz stał już na balkonie i wspierając się na barierce zawołał w kierunku znikającej za pobliskim blokiem sylwetki!
- Panie naczelniku! Przecież Pan ma dzisiaj służbę!

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

KOMUNIKAT

Wielebni!
Zapewne zauważyliście, że z blogu zniknęło wiele grafik jakimi raczyłem Was od kilku miesięcy. Nie ma tu już wielu kampanii antyspołecznych i wszystkich porad purystycznych. Czemu? Otóż postanowiłem wszelkie przejawy mej szczęśliwej działalności, związane z Wszechswojakami, umieścić na zupełnie nowym blogu - Czasami Kalafior.
Materiały te, choć przyjęte były przez Was niezwykle przychylnie, zdominowały bloga i odstawiły w kąt inne tematy. Blog żył, bo pojawiały się na nim co i rusz nowe posty, ale głównie związane z poradami i ciekawostkami językowymi. A przecież przed wymyśleniem przeze mnie Purysty na Pacynce pojawiały się inne materiały! Pora powrócić do Off-sików, Mistrza Yo, Ófoków czy Docenta i Ryśka, których ostatnio mocno zaniedbałem!
Na razie zapraszam na nowy blog - życzę zniesmaczającej lektury.
A już wkrótce wielki powrót do starych serii!

Darz bór i hula-hop - Kierownik Bałaganu


środa, 17 lipca 2013

Klod Dibła prezęt (5)


Aby zobaczyć rzeczywistą wielkość grafiki i bez problemów przeczytać zawarty na niej tekst, 
otwórz ją w przeglądarce bloga, a następnie kliknij prawym przyciskiem myszy i otwórz ją 
w nowym oknie, lub od razu otwórz w nowych oknie.

sobota, 29 czerwca 2013

Językowe nieporozumienie

- Wiesz, synek - Dziadek Jacek zanurzył aluminiową łyżeczkę w kubku z dopitą do połowy herbatą - kobieta dobrze jeśli nie jest zbyt gruntownie, a szczególnie językowo, wykształcona!
- A to czemu? - rozsmarowałem resztkę marmolady na lekko czerstwej połówce bułki z przedziałkiem i spojrzałem zaspanym wzrokiem na emeryta. Wstałem przed chwilą, obudzony niezdarną krzątaniną staruszka po kuchni i dla poprawienia smaku w zaspanej gębie, sięgnąłem po niedojedzone śniadanie z wczoraj.
- Bo kiedyś - Jacek wbił wzrok w poszarzały kikut wyschniętego sukulenta stojącego na parapecie. - tak jakoś we wojnę, jakeśmy z moją przed radzieckimi uciekali, w pysk dostałem z powodu konfliktu językowego pewnego.
- Czyli, że jak?
- Bo widzisz synek, babcia znajomość podstawową jężyka angielskiego posiadała, a ja, nieświadomy tego faktu, po spakowaniu dobytku na furmankę, kazałem jej natenczas bat sobie podać, coby kobyłkę naszą do jazdy przymusić.
- To co żeś jej powiedział?
- Po naszemu żeby teraz bat podała?
- Już mówiłeś, ale za to się po gębie nie trzaska!
- No tak, ale ja żem krzykął "Ju! Bicz!".

wtorek, 25 czerwca 2013

Śmieciuch

Przyszedł mi do głowy pomysł na nową opowieść. Jeszcze obmyślam szczegóły, ale prezentuje się mniej więcej tak:

Czemu szukając nowych światów patrzycie w gwiazdy? Czemu myślicie, że tam, gdzieś daleko, na którymś z białych punkcików na niebie znajdują się bratnie Wam dusze? A może nie trzeba się wychylać aż tak daleko, może wystarczy zrobić krok do przodu lub do tyłu. Może nowy świat czeka sekundę później lub wcześniej, może wcale nie jest taki przyjazny jak myślicie...

Nazywają mnie Śmieciuch, bo codziennie przeszukuję kosze i kontenery zapełniane przez ludzi zbędnymi i zużytymi przedmiotami. Dla Was są niepotrzednym rupieciem, bezużytecznym odpadem, dla mnie mają często wartość większą niż złoto. Handluję nimi w równoległych światach. Jestem ostatnim z rodu, który to potrafi. Jestem Śmieciuchem...

Więcej już wkrótce na moim drugim blogu - Papierowy Pies

niedziela, 16 czerwca 2013

Wiatr karmiciel...

Frywolna parabola odnosząca się do obchodzonego 15 czerwca święta wiatru.

- Wiesz synek, - Dziadek Jacek popatrzył przez kuchenne okno na foliowe torby targane wiatrem po podwórku - mnie przez całe życie wiatr też zawsze w twarz.
- Przesłane...* - pokiwałem głową znad filiżanki herbaty z miodem, cytryną i szczyptą imbiru, mającej załagodzić i/lub wyeliminować objawy wlokącego się od tygodnia kataru.
- Niekoniecznie! - emeryt cmoknął głośno i oparł wielkie dłonie na parapecie - Człowiek przynajmniej głodny nie chodził...

* Przesłane - czyt. przesrane. Ja katar miałem!

O, kuchnia... (43)


Grafika zainspirowana dietą pewnego skoczka...

niedziela, 26 maja 2013

Egzekucja

Nadkomisarz Paprochin wiedział, że zbytnia romantyczność i uleganie porywom serca kiedyś go zgubi. Teraz, gdy stał przed plutonem egzekucyjnym, przywiązany do drewnianego słupka z licznymi śladami po kulach, pluł sobie w brodę za tę pochopność. Dopiero teraz, gdy w oczy kłuły czarne wyloty luf karabinów, zdał sobie sprawę, jak brzemienne w skutki okazało się jedno słowo "tak" wypowiedziane w złym miejscu i chwili.
- Czemu się zgodziłem? - pomyślał i popatrzył na boski tors lejtnanta Dupalczewa, który przecież powinien stać tu zamiast niego. To on został skazany na rozstrzelanie za knucie przeciw socjalistycznej władzy i podjudzanie do buntu młody rocznik w batalionowej stołówce za podanie przeterminowanego paprykarza. Tymczasem Dupalczew wykorzystał seksualną odmienność Paprochina i słabość do żołnierzy w stroju topless, i tuż przed wyjściem na plac, spytany o ostatnie życzenie, rzucił w kierunku nadkomisarza:
- Czy wyjdzie Pan za mnie?

wtorek, 30 kwietnia 2013

Literackie marzenia

Żył kiedyś pewien mało znany literat. Co wieczór, po zakończeniu pracy w pobliskim supermarkecie, zasiadał za biurkiem i w świetle nocnej lampki przelewał na papier smutki i radości, obawy, frustracje i nadzieje. Słał potem swe dzieła do wielkich pism literackich, a także lokalnego tygodnika, gdzie obok przepisu kulinarnego i repertuaru niewielkiego kina, znajdował się kącik dla miejscowych twórców. Kilka razy udało mu się nawet w nim pojawić, a dowody tych jednorazowych sukcesów, odcięte od sąsiadujących z nim, mało wzniosłych treści, wieszał nasz poeta na korkowej tablicy nad biurkiem. Wpatrywał się w nie potem z nabożeństwem, w momentach braku weny lub robiąc krótką przerwę między postawieniem kropki wieńczącej jedno, a przyłożeniem pióra inicjującego kolejne dzieło.
Niestety tych kilka publikacji i chwilowa euforia im towarzysząca nie wystarczała naszemu literatowi. Marzył o glorii i miłości czytelniczej, o nagrodach, spotkaniach i milionie okładek z jego nazwiskiem pisanym złotą czcionką.
Lecz sława nie przychodziła. Mało tego, omijała go szerokim łukiem, nie dając w zamian nic, poza kilkoma poklepaniami po plecach przez kolegów z pracy i wymuszonymi uśmiechami stojących na kasach koleżanek.
Było to tym dziwniejsze, że w najnowszym numerze lokalnego pisma jego wiersz o wiośnie, pisany z perspektywy żuka gnojarza (Geotrupes stercorarius), ukazał się tydzień po dziele opiewającym życie larwy muchy domowej (Musca domestica). Jeszcze nigdy żadnemu miejscowemu literatowi nie zdarzyło się zawłaszczyć kącika poetyckiego na tak długo! On tego dokonał, a świat milczał!
Mężczyzna westchnął ciężko i popatrzył na ostatni, najjaśnieszy skrawek papieru, tkwiący pośród innych podobnych mu, choć już lekko pożółkłych na słońcu wycinków. Nagle podniósł ręce i wysyczał przez zaciśnięte zęby:
- Nie narzekałem nigdy na los Panie. Nie zawracałem Ci głowy swoimi zmartwieniami, uznając że istnieją ludzie bardziej zasługujący na Twoją uwagę, ale sam chyba przyznasz, że pozostanie obojętnym w obliczu ostatnich wydarzeń trąci lekko sadyzmem! Daj mi szansę! Pozwól skończyć z dotychczasowym życiem i zająć się tym, co potrafię robić najlepiej. Pozwól mi uszczęśliwić ludzkość!
I umarł...

piątek, 19 kwietnia 2013

Wróżebne fusy

Kupiłem kupon lotto. Znowu bardziej na chybił niż trafił. Jedno skreślenie. Jak zwykle! Zgniotłem ze złością kwit i rzuciłem w kierunku stojącego obok zlewu niebieskiego kubła. Niewielka kulka trafiła w krawędź pojemnika i opadła na podłogę.
- Żesz kurwa...
Dziadek rozgrzebywał właśnie wykałaczką stosik fusów z rozlanej celowo na stół kuchenny herbaty. Szukał sensu w herbacianym chaosie, co i rusz zaglądając do książki "Wróżenie dla opornych".
- A tobie co? - spytał nie podnosząc wzroku znak proroczych paprochów.
- Trafiłem szóstkę w lotto...
Emeryt znieruchomiał.
- Wiedziałem! No kurwa od razu wiedziałem, jak mi się dziś rano dolar ułożył z zielonej herbaty! - zakwiczał jak młody warchlak - Ile płacą?
- Nic! Za jedynkę przecież nic nie przysługuje!
- Jak to? Przecież powiedziałeś, że trafiłeś szóstkę!
- Bo trafiłem!
- Czyli wygrałeś!
- Nie!
- To co trafiłeś?
- No mówię przecież, że szóstkę! Tylko szóstkę!
Jacek znieruchomiał. Przyswajał.
- To co mógł oznaczać ten dzisiejszy dolar? - spytał, wpatrując się tępo w bałagan na stole. Również się zagapiłem, gdy znienacka powróciło wspomnienie kwitowanej dziś przesyłki poleconej.
- A właśnie, - podszedłem do kredensu, wyjmując zza szeregu filiżanek grubą kopertę - do Ciebie!
Dziadek otarł dłonie o kraciastą koszulę i rozdarł przesyłkę.
- Żesz w dupę... - papier opadł na blat kuchennego stołu.
Przekrzywiłem głowę i spojrzałem na kartkę.
"Zawiadomienie o wszczęciu egzekucji i wezwanie do zapłaty..."

piątek, 12 kwietnia 2013

Dół

Dziadek Jacek postanowił wykupić kwaterę na cmentarzu. Wrócił do domu radosny, z wielkim bananem na twarzy.
- A Tobie co? - spytałem zadziwiony niecodziennym nastrojem emeryta.
Staruszek wyjął zza pazuchy lekko już pognieciony dokument, potwierdzający zakup nieruchomości na pobliskiej nekropolii i położył na blacie kuchennego stołu. Papier przybił wielką jak bochen pięścią.
- Bo mam doła!

O tym jak Dziadek kupował trumnę, przeczytacie TUTAJ

sobota, 9 marca 2013

Jajka w kupie

Nie było tajemnicą, że Dziadek Jacek posiadał pewien anatomiczny feler. Zazwyczaj tego typu usterki związane są z nadwyżką, jakimś przerostem lub przyrostem, w przypadku Jacka było to jednak fizyczne wybrakowanie, zachwianie naturalnej parzystości pewnych organów, które każdemu innemu osobnikowi przydzielane są w dublecie.
Nie lubił Dziadek swej ułomności strasznie, choć nie przeszkodziła mu ona wcale ani w codziennej egzystencji jak i wszelkich jej, mniej lub bardziej przyjemnych, pobocznościach. Zresztą o felerze dowiedział się będąc mężczyzną już dojrzałym, kompletnie przez przypadek, a i to w dość nietypowaych okolicznościach. Otóż Dziadek miał tylko jedno jądro. Początkowo emeryt myślał, że całkiem naturalna fizjologiczna asymetria parzystych organów w jego przypadku osiągnęła wartości skrajne - nic z tych rzeczy. Staruszek miał jedną kulkę, co zresztą potwierdził organoleptyczny test babci, zakończony spłodzeniem mego szanownego papy. Niestety wstydliwa tajemnica rodzinna bardzo szybko rozniosła się po rodzinie, kamienicy, a potem reszcie osiedla za sprawą tej samej babci, która ilekroć kłóciła się ze swym ślubnym, jednojajeczność męża ogłaszała z balkonu ich dwupokojowej kwatery. Chłopina wybaczał jej te wypominki, ale ilekroć robił to ktoś inny, przypłacał swą nieostrożność guzem, wybitym zębem lub kilkoma godzinami nieprzytomności. Bo Dziadek rękę miał ciężką jak mało kto.

* * *

- Co tam kupiłeś? - zajrzałem ciekawie do wiklinowego koszyka postawionego na stole.
- Chleb, masło i autentyczne jaja wiejskie. Nie takie z fermy, ale wychodzone na swojskim podwórku! Robakiem i ziarnem naturalnym wykarmione, a nie chemią czy innym GMO! - Dziadek spojrzał z dumą na szarawą wytłoczkę.
- A czym one się różnią?
- Smakiem, ceną i kupą! - emeryt zaczął się lekko niecierpliwić.
- Ale jak się facet za mocno przy sraniu pochyli, to też ma jajka w kupie! - Jacek sieknął mnie w tył głowy. Czoło boleśnie uderzyło o blat stołu!
- To za podglądanie! - Jacek ściągnął groźnie brwi.
- No co! - próbowałem jakoś załagodzić sytuację - Miałem na myśli, że razem!
Świadomość odzyskałem pod wieczór, akurat przy wieczorynce.

Animilsi (8)

wtorek, 5 marca 2013

Większy wybór

- Wiesz synek, - Dziadek Jacek westchnął ciężko i popatrzył na przelewające się z kontenera stojącego pod oknami kuchni śmieci - czasami człowiekowi trudno zrozumieć kobietę.
Przestałem dzwonić łyżeczką w ścianki szklanki z herbatą. Skończył się cukier kryształ, ale wykorzystany zamiennie puder powinien już dawno się przecież rozpuścić. Spojrzałem raz jeszcze na otwartą półkę nad zlewem. Nieoznakowany pojemnik stał obok trzech różnokolorowych kubków i pustego słoika po dżemie. Nabrałem brązową substancję na łyżeczkę i włożyłem do ust. Bułka tarta?
- Ty mnie słuchasz w ogóle? - staruszek spojrzał na mnie z wyrzutem. Przemielone pieczywo zachrzęściło między zębami.
- Czyli, że co?
- Czyli, że jajco! Ja ci się zwierzam jak ojcu własnemu, a ty mnie zlewasz jak fus jakiś?
- Swojemu ojcu to Ty się nie zwierzałeś! - zauważyłem przytomnie, mając w pamięci liczne Dziadka o nim opowieści - Zanim cokolwiek powiedziałeś, zawsze Cię natrzaskał po gębie!
- Niby fakt, - staruszek znowu zapatrzył się na hałdę gnijących odpadków - ale to tylko dlatego, że mocno niecierpliwy był...
- Tak do przecinka po słowie "tato"!
- Nie czepiaj się! Ojciec to ojciec. Gdyby miał cierpliwość pewnie by i wysłuchał! Nie tak jak ty!
- Ale marudzisz! - wyplułem bułkę na łyżeczkę i zsunąłem na szklany spodek - Mów! Co tam się znowu stało!
- Otóż wyobraź sobie, - emeryt podjął ochoczo przerwany wątek - zapoznałem ostatnio w internecie pewną niewiastę. No laleczka istna! Buzia jak u nastolatki...
- Bo to może była nastolatka?! - przerwałem.
- Nie, dużo mocno nieco starsza! Ale zadbana graficznie!
- Co?
- Syn jej troszkę pomógł. Ponoć grafik komputerowy! - Jacek ściągnął brwi - Więc, jak powiedziałem, buźka nastolatki, reszta ciała też niczego sobie! - zatoczył rękami kółka w okolicy klatki piersiowej i bioder - Troszkę, żeśmy pogadali i po jakimś kwadransie, kiedy nasza miłość zaczęła na dobre rozkwitać, postanowiłem przenieść tę znajomość w bardziej realne okoliczności przyrody.
- Czyli?
- Czyli, że poszedłem do niej z kwiatami. Za całe dziesięć sześćdziesiąt! Mieszka w tej nowej dzielnicy domków jednorodzinnych. Wiesz których! Tylko z tym synem właśnie. - emeryt westchnął - Lecz kiedy zjawiłem się w progu jej willi, ona spojrzała na mnie...
- Rozumiem, że nie wstawiłeś zdjęcia?
- A niby na cholerę? Fotografia mocno mnie spłaszcza... Więc kiedy tak stałem jak cieć jakiś, ona popatrzyła na mnie z ukosa, pocmokała i powiedziała, że przeprasza, że muszę się wstrzymać ze ślubem, bo musi to jeszcze przemyśleć i mieć większy wybór.
- I co zrobiłeś?
- Przestałem wciągać brzuch...

poniedziałek, 4 marca 2013

Spieprzaj dziadu... (62)

Jak docenić Dziadka?

Pomalowana na brązowo blacha, pokrywająca drzwi zakładu, zadrżała lekko. Tabliczka informująca o godzinach przyjmowania interesantów i telefonie kontaktowym, zatańczyło na zbyt luźnym wkręcie niczym miniaturowe wahadło. Zapukałem raz jeszcze. Dziadek zmrużył oko i przytknął głowę do zimnej powierzchni metalu.
- Proszę! - piskliwy kobiecy głosik wystrzelił ze szczelin w framudze.
Dziadek odskoczył od drzwi jak poparzony, włożył palec do ucha i zatrzepotał nim energicznie.
Nacisnąłem klamkę. Jacek odepchnął mnie wolną ręką i jako pierwszy przekroczył próg zakładu.
- Dzień dobry Pani Krysiu! - wrzasnął i niczym żołnierz na defiladzie, przemaszerował między dwoma przerośniętymi palmami, po brązowym chodniku, wprost do ciężkiego biurka, za którym zasiadała niewiasta w grubych rogowych okularach i burzy upiętych pstrokatymi klamrami blond loków. Właśnie piłowała długie, pomalowane na czerwono pazury.
- Dziadek Jacek? - zdziwiła się lekko i wyciągnęła do niego drobne rączki. Emeryt chwycił je w swoje pomarszczone bochny i złożył na pachnącej kremem nawilżającym skórze siarczyste całusy - Co pana do nas sprowadza? Chyba nie...
Nie dokończyła, bowiem staruszek odsunął lekko toporny mebel, stanął obok kobiety i złapał ją mocno za wąską kibić.
- Uhmmmmm... - zamruczała zaskoczona - Panie Jacku, ja jestem w pracy!
- Wiem duszko! Ja też mogę zaraz być!
Niewiasta westchnęła głęboko.
Chrząknąłem cicho, starając się zwrócić na siebie uwagę. Nieco pomogło. Krysia, prywatnie -sąsiadka z bloku naprzeciwko, zawodowo - pracownica administracji w Zakładzie Pogrzebowym "Jak u mamy", nie odrywając wzroku od oczu Jacka machnęła ręką, wskazując jedno z trzech krzesełek stojących przed biurkiem.
- Niech siada!
Jacek tymczasem przycisnął ją jeszcze mocniej do siebie.
- Panna Krysia taka samiuśka, a ja do panny Krysi z interesem!
- Czuję, czuję! - kobieta zamknęła oczy, odchyliła głowę i ułożyła krwistoczerwone wargi w niewielki dziubek.
- Uhmmmm... - Chrząknąłem ponownie.
Dziadek chyba zrozumiał aluzję, bowiem zwolnił uścisk tak nagle, że Krysia straciła równowagę i opadła na wielki fotel. Spojrzała zaskoczona na stojącego nad nią mężczyznę.
- Najpierw przyjemności potem interesy duszko! - Jacek tryknął lekko biodrami.
- Mrrrrau... - ku lekko napęczniałemu rozporkowi powędrowały w kocim ruchu czerwone paznokcie.
Dziadek tymczasem usadowił wielkie cielsko na drugim krzesełku i wsparł łokciami o gruby, dębowy blat.
- Chciałbym już dziś zamówić dla siebie kilka rzeczy, bo jak znam życie, - kiwnął głową w moją stronę - kiedy przyjdzie na mnie pora, wsadzą mnie do malaksera i zakopią w tekturowym pudełku.
Krysia zachichotała, wyjęła z szuflady kilka katalogów i rozłożyła przed Jackiem.
- Płaci Pan też teraz?
- Dziś tylko wybieram, a panna Krysia będzie świadkiem mej ostatniej woli. Zapłacą sępy! Ale żeby nie wrzeszczały potem, że nawet po śmierci muszą sponsorować pasożyta, proszę przy rachunku, zamiast słowa "koszt" wpisać "cena pogrzebu".
- Przecież to wszystko jedno! - Krysia spojrzała zdziwiona na staruszka.
- Niby tak, ale zawsze można powiedzieć, że pogrzeb dziadka nie był KOSZTEM, a doCENIENIEM jego długiego żywota.
- Oj, długiego... - kobieta znowu lekko się rozmarzyła.
- To co duszko, - Dziadek przysunął katalog i otworzył go na zestawie dębowych trumien - widzimy się wieczorem!
- Mrrrrau... - czerwone pazurki znów zagrabiły powietrze przed jego twarzą - I pogadamy o interesach! - drobna stópka w brązowych rajstopkach wyprysnęła spod biurka, opadła na krocze emeryta i poczęła gnieść je niczym francuskie ciasto.
- Moja dziewczynka! Mo-jaaaa!

wtorek, 26 lutego 2013

Literackie Oscary

Oscary przeszły w świecie książki tak jakoś bez echa. Branża filmowa szalała, a miłośnicy literatury położyli uszy po sobie, zachwycając się i zazdroscząc rozmachu filmowcom. A przecież to oni powinni przede wszystkim chodzić z piersią wypiętą z dumy.

Czemu?

Wiadomo, że wszystko zaczyna się od pomysłu, ale zaraz potem pojawić się musi coś takiego jak scenariusz. A czymże on jest jeśli nie materiałem literackim będącym podstawą realizacji fabuły. To przecież rozłożona na części pierwsze książka, suma spisanych wyobrażeń!

Aby to unaocznić, prześledźmy listę tegorocznych laureatów!

Najlepszy film, najlepszy scenariusz adaptowany, montaż - "Operacja Argo"
Scenariusz napisał Chris Terrio, facet znany do tej pory wyłącznie z obrazu "Co jest grane" z Elizabeth Banks w roli pani fotograf pracującej w wydawnictwie (sic!). Historia przeniesiona na duży ekran przez Bena Afflecka, nie wpadła jednak mu do głowy ot, tak sobie. Została oparta na artykule
"Escape from Tehran" Joshuaha Bearmana.

Najlepszy reżyser, zdjęcia, muzyka, efekty specjalne - "Życie Pi"
Scenariusz napisał David Magee na podstawie książki Yanna Martela, kanadyjskiego pisarza i podróżnika. Ukazała się ona po raz pierwszy w 2001 roku, a w 2002 została wyróżniona Nagrodą Bookera.

Najlepszy aktor (Daniel Day-Lewis), scenografia - "Lincoln"
Tym razem scenariusz napisał Tony Kushner, facet, który był już nominowany do Oscara za scenariusz do filmu "Monachium". Tym razem oparł fabułę na książce "Team of Rivals: The Political Genius of Abraham Lincoln" Doris Kearns Goodwin, autorce biografii i powieści historycznych, a także częstej komentatorce życia politycznego. Za jedną z poprzednich pozycji Doris otrzymała nawet w 1995 roku Pullitzera.

Najlepsza aktorka (Jennifer Lawrence) - "Poradnik pozytywnego myślenia"
I tym razem scenarzysta (David O. Russell) nie wymyślił sam hitorii, dzięki której niedawna Katniss Everdeen z ekranizacji książki Suzanne Collins "Igrzyska śmierci" zdobyła swojego pierwszego Oscara. Fabułę oparto na "The Silver Linings Playbook" Matthew Quicka, amerykańskiego pisarza powieści fantastycznych i książek dla młodzieży, którego jedynym jak do tej pory sukcesem było znalezienie się w finale Nagród Hemingway'a PEN w 2009 roku.

Aktor drugoplanowy, (Christoph Waltz), scenariusz oryginalny - "Django"
W tym przypadku fabuła w całości powstała w głowie Quentina Tarantino, faceta który wielokrotnie pokazał, że w kreowaniu pokręconych historii nie ma sobie równych.

Najlepsza animacja - "Merida Waleczna"
Tu scenariusz tworzyło kilka osób, Brenda Chapman, Irene Mecchi, Mark Andrews i Steve Purcell, choć to ta pierwsza grała w całej gromadce pierwsze skrzypce. To Brenda wymyśliła historię i przygotowała materiały do scenariusza. Zresztą w przypadku "Meridy Walecznej", rynek księgarski bardzo szybko wykorzystał popularność filmu, wydając książki, a nawet grę komputerową z niesforną księżniczką w roli głównej.

Najlepsza aktorka drugoplanowa (Anne Hathaway), dźwięk - "Les Miserables Nędznicy"
W tym wypadku chyba nikomu autora i książki przedstawiać nie trzeba. Scenarzysta William Nicholson miał i łatwe i trudne zadanie do wykonania. Z jednej strony bowiem dostał wspaniałą powieść Victora Hugo, z którą z sukcesem zmierzyło się już kilku reżyserów (Bille August, Robert Hossein, Jean-Paul Le Chanois czy Claude Lelouch), z drugiej natomiast dręczyła go obawa czy udźwignie obciążenie związane z oczekiwaniami miłośników literatury i kina. Jak widać podołał!

Czy nadal, drodzy Czytelnicy uważacie, że ceremonia wręczenia Oscarów to tylko święto kina. Jak dla nas to druga po Noblu, najważniejsza nagroda literacka na świecie!

A Wy jak sądzicie?

niedziela, 24 lutego 2013

Tajemnica papieskiej abdykacji

Tuż po ogłoszeniu daty zakończenia pontyfikatu przez papieża Benedykta XVI, postanowiłem bliżej przyjrzeć się watykańskiej bibliotece. Zadziwiła mnie niespotykana zbieżność (praktycznie co do minuty) wspomnianej daty z datą moich urodzin - 28 lutego, godz. 20.00 (nie kituję!).
Przypadek, a może świadoma działalność wiadomych sił?

Poniżej przedstawiam - oczywiście jako pierwszy na świecie - wynik mych wielomiesięcznych dociekań.