piątek, 19 kwietnia 2013

Wróżebne fusy

Kupiłem kupon lotto. Znowu bardziej na chybił niż trafił. Jedno skreślenie. Jak zwykle! Zgniotłem ze złością kwit i rzuciłem w kierunku stojącego obok zlewu niebieskiego kubła. Niewielka kulka trafiła w krawędź pojemnika i opadła na podłogę.
- Żesz kurwa...
Dziadek rozgrzebywał właśnie wykałaczką stosik fusów z rozlanej celowo na stół kuchenny herbaty. Szukał sensu w herbacianym chaosie, co i rusz zaglądając do książki "Wróżenie dla opornych".
- A tobie co? - spytał nie podnosząc wzroku znak proroczych paprochów.
- Trafiłem szóstkę w lotto...
Emeryt znieruchomiał.
- Wiedziałem! No kurwa od razu wiedziałem, jak mi się dziś rano dolar ułożył z zielonej herbaty! - zakwiczał jak młody warchlak - Ile płacą?
- Nic! Za jedynkę przecież nic nie przysługuje!
- Jak to? Przecież powiedziałeś, że trafiłeś szóstkę!
- Bo trafiłem!
- Czyli wygrałeś!
- Nie!
- To co trafiłeś?
- No mówię przecież, że szóstkę! Tylko szóstkę!
Jacek znieruchomiał. Przyswajał.
- To co mógł oznaczać ten dzisiejszy dolar? - spytał, wpatrując się tępo w bałagan na stole. Również się zagapiłem, gdy znienacka powróciło wspomnienie kwitowanej dziś przesyłki poleconej.
- A właśnie, - podszedłem do kredensu, wyjmując zza szeregu filiżanek grubą kopertę - do Ciebie!
Dziadek otarł dłonie o kraciastą koszulę i rozdarł przesyłkę.
- Żesz w dupę... - papier opadł na blat kuchennego stołu.
Przekrzywiłem głowę i spojrzałem na kartkę.
"Zawiadomienie o wszczęciu egzekucji i wezwanie do zapłaty..."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz