wtorek, 30 kwietnia 2013

Literackie marzenia

Żył kiedyś pewien mało znany literat. Co wieczór, po zakończeniu pracy w pobliskim supermarkecie, zasiadał za biurkiem i w świetle nocnej lampki przelewał na papier smutki i radości, obawy, frustracje i nadzieje. Słał potem swe dzieła do wielkich pism literackich, a także lokalnego tygodnika, gdzie obok przepisu kulinarnego i repertuaru niewielkiego kina, znajdował się kącik dla miejscowych twórców. Kilka razy udało mu się nawet w nim pojawić, a dowody tych jednorazowych sukcesów, odcięte od sąsiadujących z nim, mało wzniosłych treści, wieszał nasz poeta na korkowej tablicy nad biurkiem. Wpatrywał się w nie potem z nabożeństwem, w momentach braku weny lub robiąc krótką przerwę między postawieniem kropki wieńczącej jedno, a przyłożeniem pióra inicjującego kolejne dzieło.
Niestety tych kilka publikacji i chwilowa euforia im towarzysząca nie wystarczała naszemu literatowi. Marzył o glorii i miłości czytelniczej, o nagrodach, spotkaniach i milionie okładek z jego nazwiskiem pisanym złotą czcionką.
Lecz sława nie przychodziła. Mało tego, omijała go szerokim łukiem, nie dając w zamian nic, poza kilkoma poklepaniami po plecach przez kolegów z pracy i wymuszonymi uśmiechami stojących na kasach koleżanek.
Było to tym dziwniejsze, że w najnowszym numerze lokalnego pisma jego wiersz o wiośnie, pisany z perspektywy żuka gnojarza (Geotrupes stercorarius), ukazał się tydzień po dziele opiewającym życie larwy muchy domowej (Musca domestica). Jeszcze nigdy żadnemu miejscowemu literatowi nie zdarzyło się zawłaszczyć kącika poetyckiego na tak długo! On tego dokonał, a świat milczał!
Mężczyzna westchnął ciężko i popatrzył na ostatni, najjaśnieszy skrawek papieru, tkwiący pośród innych podobnych mu, choć już lekko pożółkłych na słońcu wycinków. Nagle podniósł ręce i wysyczał przez zaciśnięte zęby:
- Nie narzekałem nigdy na los Panie. Nie zawracałem Ci głowy swoimi zmartwieniami, uznając że istnieją ludzie bardziej zasługujący na Twoją uwagę, ale sam chyba przyznasz, że pozostanie obojętnym w obliczu ostatnich wydarzeń trąci lekko sadyzmem! Daj mi szansę! Pozwól skończyć z dotychczasowym życiem i zająć się tym, co potrafię robić najlepiej. Pozwól mi uszczęśliwić ludzkość!
I umarł...

piątek, 19 kwietnia 2013

Wróżebne fusy

Kupiłem kupon lotto. Znowu bardziej na chybił niż trafił. Jedno skreślenie. Jak zwykle! Zgniotłem ze złością kwit i rzuciłem w kierunku stojącego obok zlewu niebieskiego kubła. Niewielka kulka trafiła w krawędź pojemnika i opadła na podłogę.
- Żesz kurwa...
Dziadek rozgrzebywał właśnie wykałaczką stosik fusów z rozlanej celowo na stół kuchenny herbaty. Szukał sensu w herbacianym chaosie, co i rusz zaglądając do książki "Wróżenie dla opornych".
- A tobie co? - spytał nie podnosząc wzroku znak proroczych paprochów.
- Trafiłem szóstkę w lotto...
Emeryt znieruchomiał.
- Wiedziałem! No kurwa od razu wiedziałem, jak mi się dziś rano dolar ułożył z zielonej herbaty! - zakwiczał jak młody warchlak - Ile płacą?
- Nic! Za jedynkę przecież nic nie przysługuje!
- Jak to? Przecież powiedziałeś, że trafiłeś szóstkę!
- Bo trafiłem!
- Czyli wygrałeś!
- Nie!
- To co trafiłeś?
- No mówię przecież, że szóstkę! Tylko szóstkę!
Jacek znieruchomiał. Przyswajał.
- To co mógł oznaczać ten dzisiejszy dolar? - spytał, wpatrując się tępo w bałagan na stole. Również się zagapiłem, gdy znienacka powróciło wspomnienie kwitowanej dziś przesyłki poleconej.
- A właśnie, - podszedłem do kredensu, wyjmując zza szeregu filiżanek grubą kopertę - do Ciebie!
Dziadek otarł dłonie o kraciastą koszulę i rozdarł przesyłkę.
- Żesz w dupę... - papier opadł na blat kuchennego stołu.
Przekrzywiłem głowę i spojrzałem na kartkę.
"Zawiadomienie o wszczęciu egzekucji i wezwanie do zapłaty..."

piątek, 12 kwietnia 2013

Dół

Dziadek Jacek postanowił wykupić kwaterę na cmentarzu. Wrócił do domu radosny, z wielkim bananem na twarzy.
- A Tobie co? - spytałem zadziwiony niecodziennym nastrojem emeryta.
Staruszek wyjął zza pazuchy lekko już pognieciony dokument, potwierdzający zakup nieruchomości na pobliskiej nekropolii i położył na blacie kuchennego stołu. Papier przybił wielką jak bochen pięścią.
- Bo mam doła!

O tym jak Dziadek kupował trumnę, przeczytacie TUTAJ