sobota, 29 czerwca 2013

Językowe nieporozumienie

- Wiesz, synek - Dziadek Jacek zanurzył aluminiową łyżeczkę w kubku z dopitą do połowy herbatą - kobieta dobrze jeśli nie jest zbyt gruntownie, a szczególnie językowo, wykształcona!
- A to czemu? - rozsmarowałem resztkę marmolady na lekko czerstwej połówce bułki z przedziałkiem i spojrzałem zaspanym wzrokiem na emeryta. Wstałem przed chwilą, obudzony niezdarną krzątaniną staruszka po kuchni i dla poprawienia smaku w zaspanej gębie, sięgnąłem po niedojedzone śniadanie z wczoraj.
- Bo kiedyś - Jacek wbił wzrok w poszarzały kikut wyschniętego sukulenta stojącego na parapecie. - tak jakoś we wojnę, jakeśmy z moją przed radzieckimi uciekali, w pysk dostałem z powodu konfliktu językowego pewnego.
- Czyli, że jak?
- Bo widzisz synek, babcia znajomość podstawową jężyka angielskiego posiadała, a ja, nieświadomy tego faktu, po spakowaniu dobytku na furmankę, kazałem jej natenczas bat sobie podać, coby kobyłkę naszą do jazdy przymusić.
- To co żeś jej powiedział?
- Po naszemu żeby teraz bat podała?
- Już mówiłeś, ale za to się po gębie nie trzaska!
- No tak, ale ja żem krzykął "Ju! Bicz!".

wtorek, 25 czerwca 2013

Śmieciuch

Przyszedł mi do głowy pomysł na nową opowieść. Jeszcze obmyślam szczegóły, ale prezentuje się mniej więcej tak:

Czemu szukając nowych światów patrzycie w gwiazdy? Czemu myślicie, że tam, gdzieś daleko, na którymś z białych punkcików na niebie znajdują się bratnie Wam dusze? A może nie trzeba się wychylać aż tak daleko, może wystarczy zrobić krok do przodu lub do tyłu. Może nowy świat czeka sekundę później lub wcześniej, może wcale nie jest taki przyjazny jak myślicie...

Nazywają mnie Śmieciuch, bo codziennie przeszukuję kosze i kontenery zapełniane przez ludzi zbędnymi i zużytymi przedmiotami. Dla Was są niepotrzednym rupieciem, bezużytecznym odpadem, dla mnie mają często wartość większą niż złoto. Handluję nimi w równoległych światach. Jestem ostatnim z rodu, który to potrafi. Jestem Śmieciuchem...

Więcej już wkrótce na moim drugim blogu - Papierowy Pies

niedziela, 16 czerwca 2013

Wiatr karmiciel...

Frywolna parabola odnosząca się do obchodzonego 15 czerwca święta wiatru.

- Wiesz synek, - Dziadek Jacek popatrzył przez kuchenne okno na foliowe torby targane wiatrem po podwórku - mnie przez całe życie wiatr też zawsze w twarz.
- Przesłane...* - pokiwałem głową znad filiżanki herbaty z miodem, cytryną i szczyptą imbiru, mającej załagodzić i/lub wyeliminować objawy wlokącego się od tygodnia kataru.
- Niekoniecznie! - emeryt cmoknął głośno i oparł wielkie dłonie na parapecie - Człowiek przynajmniej głodny nie chodził...

* Przesłane - czyt. przesrane. Ja katar miałem!

O, kuchnia... (43)


Grafika zainspirowana dietą pewnego skoczka...