niedziela, 18 stycznia 2015

Plaża żywicielka...

- Słuchaj synek - Dziadek Jacek zaciągnął suwak puchowej kurtki i wcisnął na głowę wełnianą czapkę - tak się właśnie zastanawiałem nad naszą sytuacją finansową i doszedłem do wniosku, że skoro sobie nie radzisz w roli głowy rodziny i przewodnika stada, to jakoś ci pomóc muszę.
Cmoknąłem zaskoczony, bo jak na razie emeryt pełnił w naszym domu raczej rolę dość kosztownego pasożyta niż użytecznego pomocnika. Mało tego, wszelkie kłopoty jakie pukały do drzwi w mniejszym lub większym stopniu sprokurowane były przez staruszka, pomyślałem jednak, że z ewentualnymi wypominkami poczekam do wyjaśnienie sprawy całej.
- Czyli, że co?
- Czyli, że postanowiłem się zająć zbieractwem, a konkretnie tym, co morze w łaskawości swojej na brzeg wyrzuci. Jak znajdzie się jakieś drewno, będziemy mieli czym nasze gniazdko ogrzać, jeśli rybkę jakąś śniętą, albo marynarza na ten przykład, zrobimy wędliny, jeśli wodorosty - surówkę...
Zatkało mnie. Tymczasem Jacek zarzucił płócienną torbę na ramię i wyszedł z domu, trzaskając głośno drzwiami. Dopiero po chwili w pełni dotarła do mnie treść dziadkowej deklaracji. W głowie zawrzało. Powiedzieć mu, że na naszej szerokości geograficznej to raczej nie ma sensu, bo przecież mieszkamy jakieś pięćset kilometrów od najbliższej plaży, a w domu jest centralne ogrzewanie, czy też nie.
Podbiegłem do okna. Na podwórku emeryt rozmawiał właśnie z listonoszem. Zrobiło mi się żal współlokatora. Było nie było to jednak rodzina. Do dupy, ale jednak rodzina. Jak to się mówi krew z krwi...
Otworzyłem lufcik i wrzasnąłem na całe gardło.
- Dziadek! - Jacek popatrzył w moim kierunku - Weź rękawiczki i szalik, bo od morza strasznie dziś wieje!
Pod stopami emeryta wylądowała zmiędlona kupka garderoby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz