piątek, 20 marca 2015

Z życia wzięte: Mały Wielki Plan

Mojej żonie, pielęgniarce wielokrotnie dyplomowanej, ktoś jakiś czas temu, po partyzancku, wkaszlnął gruźlicę (napisałbym prątka, ale wielu może głupio skojarzyć, więc nie napiszę, że prątka) w płuca. Zastanawiałem się za jakie grzechy! Kobieta nic złego dla światowego pokoju nie uczyniła, temperaturą cielesną nie wpływa za mocno na globalne ocieplenie, a tu bach!
Trochę leżała w szpitalu (w tym wypadku "trochę" to jednostka czasu, a nie masy), dostała swoje zdjęcie RTG, ale trudno to uznać za jakąś wyjątkową promocję w NFZ z której wypada skorzystać i głupio byłoby odmówić.
- Za co? - pytałem Stwórcę - W jakiż to wielki plan wpisała się gruźlica mojej żony, o Trójkątnooki!?
Teraz już wiem, że nic na świecie nie dzieje się bez powodu, a plan, może nie taki wielki, ale jednak, istnieje. Otóż dziś, rok przeszło od Jej choroby, dzięki zdjęciu rentgenowskiemu, mogliśmy oglądać zaćmienie słońca!

środa, 18 marca 2015

NiezRĘCZNIK

Kąpiel zawsze mnie odprężała. Kładłem się wtedy w wannie, opierając tył głowy o jej rant i śród pękających powoli bąbelków piany oddawałem kontemplacji. Stan ten niestety nie trwał zbyt długo. Żeliwo pokryte pożółkłą emalią szybko wysysało gorąc z wrzątku wlanego z wielkiej termy wiszącej pod sufitem. Zazwyczaj jeszcze kilka razy dolewałem sobie wody, starając przedłużyć stan fizycznego i psychicznego odprężenia, niestety nie tym razem. Akurat tego dnia ciepłej wody starczyło ledwo na dno.
Powód był jasny - Dziadek, do jasnej cholery!
Szybko dokonałem ablucji, starając się uprzedzić pojawienie gęsiej skórki na ciele. Przed wyjściem z wanny ochlapałem jeszcze twarz, zanurzyłem rękę w mętnej wodzie i wyciągnąłem gumowy korek, blokujący do tej pory lekko przyrdzewiały odpływ. Coś zabulgotało, a na powierzcni pokrytej resztkami piany wyprysł wielki bąbel powietrza uwolnionego z rury.
Chwyciłem ręcznik i przyłożyłem wilgotny materiał do twarzy. Nozdrza zaatakował dziwny zapach. Stęchlizna i coś jeszcze. Niby znajomy, ale trudny do natychmiastowego zdefiniowania.
- Ile razy Ci mówiłem, żebyś nie korzystał z moich ręczników! - krzyknąłem wychodząc z łazienki - I co żeś cholera robił, że zmarnowałeś tyle wody!?
Jacek podniósł głowę znad gazety rozłożonej na kuchennym stole.
- A wiesz synek - podrapał się po czole, odklejając przy okazji kosmyk mokrych włosów przyklejonych do lewej skroni - śmieszna sytuacja. Ubawisz się.
Usiadłem przy staruszku przecierając wilgotny kark. Jacek uśmiechnął się szeroko.
- Zanim zacząłem myć głowę, przypomniałem sobie, że już nasikałem do wanny, więc musiałem wymienić wodę! Wiesz jaki jestem obrzydliwy... - spojrzałem na emeryta nie dowierzając temu, co słyszę. Tajemniczy zapach nagle przestał być tak tajemniczy.
- Ale chyba wytarłeś się w swoje ręczniki? - odruchowo złapałem szmatkę w dwa palce i odsunąłem jak najdalej od siebie.
- No oczywiście, że tak! - Jacek zamaszyście przerzucił stronę gazety.
Odetchnąłem z ulgą i wytarłem twarz w miękki materiał.
- Ale jak już wymyłem i spłukałem głowę, znowu mi się zachciało, a rozumiesz chyba, że moje ręczniki już wtedy były mokre...
Nie zdążyłem dobiec do ubikacji. Zwymiotowałem w korytarzu...

poniedziałek, 16 marca 2015

Markrętingowy (nie)poradnik [1]

Na moim drugim blogu pojawiło się już kilka krótkich historyjek z życia pewnego Krzyśka - przeciętnego pracownika działu handlowego pewnego przeciętnego wydawnictwa. Dziś po raz pierwszy Krzysiek zawitał na Pacynce, gdzie poprowadzi (nie)poradnik markrętingowy, skierowany do wszystkich tych, do których jest skierowany...
Wkrótce kolejne porady markrętingu politycznego otrzymają nasi kandydaci prezyDĘCI.


wtorek, 10 marca 2015

Kiedy zaczyna się życie...

- Widziałeś ten nekrolog na klatce? - spytałem Dziadka wchodząc do mieszkania.
- Ano widziałem! - Jacek uśmiechnął się lekko, mijając mnie w korytarzu. Wychodził akurat z ubikacji z rulonem gazety pod prawą pachą. Odwróciłem się plecami, niby że poprawiając zawieszoną przed chwilą kurtkę. Wolałem mu w tym momencie nie podawać ręki.
- Która to ta Badylakowa, bo nie kojarzę?
Dziadek umościł się na stołku w kuchni i rozłożył gazetę na blacie stołu. Zamyślił się, jakby próbując wyłowić z pamięci twarz nieboszczki.
- A to chyba teściowa tego smutnego i przygaszonego Wincentego z klatki naprzeciwko. Siedemdziesięciu dziewięciu dożyła. Za tydzień miałaby równą osiemdziesiątkę.
- A to dziwne, bo mijałem go przed blokiem - usiadłem obok Dziadka i sięgnąłem po niedopitą ranną herbatę - i raczej nie wyglądał na przybitego.
- Ja mu się tam mocno nie dziwię. Raszpla wredna była jak cholera.
- Nie mogło być tak źle chyba!
- Było chłopie, oj, było... - staruszek przerzucił strony gazety i zatrzymał się na wielkiej krzyżówce panoramicznej - Niby nie powinno się źle mówić o zmarłej, ale jak nie ma czego dobrego wspominać, to co zrobisz? Powiem Ci jednak, że się Wincenty za te wszystkie lata ucisku zemścił na wiedźmie!
- Czyli, że co?
- Kazał na tablicy nagrobnej napisać "Życie zaczyna się po osiemdziesiątce"...
- Ale przecież ona nie żyje!
- Ale on dopiero zaczął!
Na podwórku ktoś zaśpiewał nieczysto:
"Jedna baba drugiej babie wsadziła do dupy grabie..."