niedziela, 18 grudnia 2016

A Krysia ciągle sama...


Po wydarzeniach 16 grudnia 2016 roku, Krystyna Pawłowicz dla Fakt24: 
otoczyli mnie, szarpali, rzucili butelką!

Korzystając zaś z okazji, w imieniu pani Krystyny prosimy Pana,
który rzucił w posłankę butelką o zgłoszenie się na mail: krystyna.pawlowicz@sejm.pl 
lub tel.: 25 758-23-43 (biuro poselskie). 
Niestety posłanka została zabrana przez policję zanim poznała
swojego wybranka i zdołała dokończyć zabawę...

Foto: materiały prasowe ze strony Krystyny Pawłowicz

piątek, 29 lipca 2016

Dobry wybór

- Ja to bogaty kiedyś byłem i mogłem w dziewkach jak w ulęgałkach przebierać! - Dziadek Jacek podparł brodę wielką jak bochen dłonią i westchnął głośno, wpatrując się w stojącą przy zlewie babcię.
- Czyli znaczy?
- Znaczy w gruchach takich, pacanie!
- Wiem przecież, mnie o te dziewczyny chodzi!
Babcia stanęła do nas frontem i zmarszczyła czoło.
- Bo wtedy, za młodu, się człowiek zakochał i myślał, że los najlepszą pod nos podstawił! - Jacek sięgnął po kubek z kompotem i pociągnął solidny łyk, rozlewając kilka kropel słodkiego płynu na kraciastą ceratę - I słuchaj co Ci powiem, żebyś tego samego błędu nie zrobił w przyszłości! Jeśli masz wybrać babę mądrą, weź mądrą, ale z dużymi cyckami. Bo mądrość choroba zabierze, albo naturalnie odejdzie, a cycki zostaną. I jak wybranka twoja, ta życiowa znaczy, zgłupnie nagle, lub w ramach jakiegoś dłuższego procesu, to chociaż wizualnie niech nie będzie odpychająca.
- A mnie mamusia radziła, żeby chłopa wziąć albo bogatego, albo z dużym wackiem! - Babcia pokiwała głową i powróciła do przerwanego zmywania.
- I co wybrałaś? - spytałem, spoglądając szelmowsko na emeryta.
Gdyby wzrok mógł zabijać, okaleczać, lub choćby boleśnie poniewierać, leżałbym u stóp dziadka jak brudna szmata.

piątek, 22 lipca 2016

Kariera muzyczna

Drzwi otworzyły się w przeciągłym skrzypnięciu, oparły o wieszak przyśrubowany do bocznej ściany, odbiły od aluminiowej konstrukcji i ponownie zamknęły z hukiem. Z klatki schodowej doszło stłumione plaśnięcie i głos Dziadka Jacka.
- No żesz kurwa mać!
Podszedłem do wejścia i przez judasza wyjrzałem na korytarz. Przed progiem stał senior. Jedną ręką trzymał się za nos, drugą tłukł w pomalowaną na biało powierzchnię drzwi.
- Otwieraj!
- Kto tam? - spytałem cicho.
- Czerwony Kapturek palancie! - Jacek wrzasnął na cale gardło - Otwórz, bo wejdę do środka z drzwiami i z Tobą!
Uchyliłem delikatnie podwoje.
- Co za niespodzianka! - udałem radość na widok kontuzjowanego emeryta - A gdzie to się bywało przez ostatnie kilka dni?
- Karierę robiłem dupku! - Jacek odepchnął mnie bezceremonialnie i poczłapał nie zdejmując butów do kuchni.
- Jaką karierę!? - zamknąłem mieszkanie i poszedłem za dziadkiem.
- Didżejską!
- Czyli że co?
- Czyli, że kupiłem od tego gówniarza z kamienicy obok mikser, bo ponoć na muzyków lecą laski, - emeryt zmoczył zimną wodą kawałek gazy i przyłożył ją do nosa, lekko odchylając głowę do tyłu - a mi się zachciało rozsiewać czar przed tymi raszplami z osiedlowego koła emeryta.
- I co, podziałało?
- Tak, poleciały dwie laski, jedna kula, a przytomność straciłem jak ktoś rzucił chodzikiem i dostałem centralnie w cymbał. Dopiero mnie wypuścili ze szpitala.
- A mikser gdzie?
- Poszedł na pokrycie strat. Ponoć chodzik całkowicie się rozkraczył, a babina nie miała wykupionego autocasco...

niedziela, 10 lipca 2016

Andrzejki - "Do Dyzia"

Czasem człowieka najdzie wena. Czasem pod wpływem zewnętrznego czynnika i wewnętrznej potrzeby rodzi się w sercu poezja. I to nie jakaś tam podrzędna, jaką może napisać byle ambasador, ale taka przez duże "Poe" (Edgar Allan - przyp. red.). I coś takiego mię akurat dziś tknęło. Tknęło na tyle mocno, że siniak zakwitł na mym ciele, a krzyk, będący konsekwencją tego tknięcia, jaki się z gardła wydobył, zabrzmiał mniej więcej tak (śpiewać na melodię piosenki "Pero, pero" Jana Kaczmarka):

Dyziu, Dy-ziu-u-u!
Fak ju! Fak ju! Fak ju!

Dzieło zatytułowałem "Do Dyzia" i zaliczyłem do nowego gatunku autorskiej poezji zaangażowanej, tak zwanych Andrzejek. Jak na razie to moje najlepsze dzieło. Może dlatego, że jedyne.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Środek na pasożyty

Taki dowcip wymyśliłem właśnie - wszystkie dobre teściowe z góry przepraszam, wszystkie złe niech się poprawią i przeproszą!

Spotkało się dwóch facetów przy piwie.
- Doszły mnie słuchy, że szanowna mamusia zaniemogła ostatnio!
- Ano złapała jakieś owsiki czy coś w tym guście podczas wycieczki do Egiptu. Wiesz jakie tam panują warunki epitemiologiczne. Ledwo się człowiek pierwszego spotkanego sfinksa dotknie, zaraz jakąś zarazę złapie i leci z niego ze wszystkich otworów przez tydzień.
- Ale wyszła już z tego?
- Nie bardzo...
- ?
- Kupiła jakiś środek na pasożyty, wzięła przed snem, a nad ranem znaleźliśmy w łóżku pustą pidżamę i garść robaków...

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Jak Beata blogerką nie została

Beata S. zalożyla bloga. Chciała w ten sposób podzielić się swoimi przemyśleniami, wyjaśnić podejmowane decyzje i działania oraz zwyczajnie pogawędzić za pośrednictwem komentarzy ze społeczeństwem. I już napisała pierwszego posta, i już miała go zamieścić na blogu, gdy ręka jej zamarła, a  wskaźnik myszki zawisł w bezruchu w panelu edycyjnym.
- Tak mnie chcieliście podejść opozycyjne dranie! - zabluźniła szpetnie, jak to miała w zwyczaju robić, będąc jeszcze burmistrzem miasta Brzeszcze.
I zaniechała Beata działalności blogerskiej i odpuściła ten sposób komunikacji z suwerenem.

Zgadniecie dlaczego?


Wyzwanie

Dziadek Jacek podjął wyzwanie. Niestety wyzwany przez Dziadka Blażej K., zwany przez pozostałych mieszkańców kamienicy, kolegów oraz nielicznych przyjaciół "Dykta", głównie z powodu zamiłowania do napojów alkoholowych wątpliwej jakości i pochodzenia, ale również częstego sypiania w pobliskim śmietniku w kontenerze z posegregowaną makulaturą, nie wykazał ani zrozumienia, ani wyrozumienia i wezwał na miejsce naruszenie słowem dóbr osobistych tudzież intelektualnych dzielnicowego Jędraszka. Kiedy starszy aspirant Jędraszek prowadził skutego Jacka przez podwórko, chcąc dodać otuchy zaaresztowanemu emerytowi, krzyknąłem jeszcze w ich kierunku:
- Trzymaj się Dziadek! Dasz radę!
I Dziadek dał radę. Tym razem skierowaną do swojego eskortanta.
- Spierdalaj! - powiedział i uśmiechnął się szczerze. Niestety i ona nie spotkała się ani ze zrozumieniem, ani wyrozumieniem, a Dziadek już nigdy nie uśmiechnął się do urzędnika państwowego.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Konkurs kulinarny

Znacie historyjkę o przesłuchaniu w filharmonii, kiedy to po gustownie ubranym muzyku, zaopatrzonym w Stradivariusa, na scenę wkracza łachmaniarz ze starymi, niestrojącymi skrzypcami? Nie? No to nie liczcie, że Wam o tym teraz opowiem. Kto zna niech się cieszy, kto nie zna, niech poszuka źródeł.

Na bazie tego schematu i zainspirowany kulinarnymi programami, jakich od metra w telewizji, wymyśliłem dykteryjkę, którą Wam teraz z przyjemnością opowiem.

Otóż w stolicy pewnej niezwykle bogatej monarchii, ogłoszono konkurs na szefa kuchni królewskiej restauracji. W jury zasiedli najlepsi znawcy tematu, wybitni kucharze, krytycy i smakosze. Przed obliczem tego zacnego grona stawali terminatorzy i majstrowie w kulinarnym fachu z całego świata. Nikt jednak nie zdobył przychylności ani arbitrów, ani samej królewskiej pary. Aż pozostało dwóch kandydatów. Pierwszy, elegancko ubrany młodzian, przedstawił papiery ukończenia elitarnych szkół oraz kursów i referencje od najlepszych restauratorow w kraju. Rozłożył zestaw pięknych, robionych na zamówienie noży i ugotował taką potrawę, że zebranym kubki smakowe powariowały. Zaraz po nim do gotowania przystąpił ostatni kandydat - pokryty strupami brudu samouk, odziany w trącące zgnilizną łachmany, który na stole rozłożył niedomyte, pordzewiałe noże z widocznymi śladami gotowanych z ich pomocą posiłków. A kiedy młodzian ugotował potrawę i postawił ją przed obliczem szacownego jury... przyszedł Sanepid i zamknął lokal.

zaPISki POlityczne [9]


Znajdź różnicę!


czwartek, 10 marca 2016

Ale robiłem kanapki!

- Oj, Ty zuchu mój! - Dziadek Jacek uszczypnął mnie w policzek, a następnie lekko wytarmosił nieogarniętą jeszcze czuprynę.
Obudziłem się dosłownie przed chwilą. Chciałem wstawić wodę na gaz, zanim przystąpię do porannej toalety, ale w kuchni, o dziwo, czekała już na mnie świeżo zaparzona przez Jacka kawa, a ten przywitał mnie niespotykanym wybuchem czułości.
- Też tak masz synek - Dziadek spojrzał mi prosto w oczy - że jak Ci się skórka podwinie, to sikasz po wsiem, jak leci, tylko nie w porcelanę? Starasz się jakoś odwinąć ptaka, poprawiasz cholerę jak umiesz, a tu nic! Jest nawet jeszcze gorzej! Mocz wali na podłogę, po ścianach, łapska masz ubabrane, majtki też, a kibel suchy jak pieprz normalnie!
Popatrzyłem na emeryta i coś zaczęło mi świtać! Przeczesałem palcami włosy i podstawiłem dłoń pod nos. Nic! Żadnego podejrzanego, słonego zapachu, tylko łój, brud i trochę łupieżu. Znaczy norma.
Dziadek widać zrozumiał odruch.
- Spokojnie chłopie! Dzisiaj było tradycyjnie! Nawet kropli nie uronilem poza deskę! Tak mi się tylko przypomniało...
Odetchnąłem z ulgą!
- Ale wczoraj to miałem pompę, jakby hydrant wywaliło!
Próbowałem przypomnieć sobie poranek dnia poprzedniego.
Dziadek zrozumiał chyba powód i tego zastanowienia. Uśmiechnął się, usiadł przy stole i sięgnął po parującą kawę.
- Spokojnie! Wczoraj palcem Cię nie tknąłem! Ale za to robiłem kanapki!

piątek, 4 marca 2016

Boski podatek

- Dzień dobry! - facet stojący w progu mieszkania przywitał mnie klawiaturą zębów tak białych, że aż musiałem zmrużyć oczy i lekko odwrócić głowę - Jakub Święty, boski komornik sądowy!
- Że co?
- A, przepraszam! - wielka niczym bochen dłoń zanurkowała za pazuchą skórzanego płaszcza, zatańczyła w wewnętrznej kieszeni i wystrzeliła z niej tak szybko, otwierając przed nosem czarny futerał z wciśniętą w środek komorniczą legitymacją, że aż poczułem lekki przeciąg w obu dziurkach.
- Nie rozumiem...
- Przyszedłem w sprawie niezapłaconego podatku.
- Nadal nie rozumiem! Żegnam Pana! - naparłem ramieniem na drzwi, chcąc jak najszybciej zamknąć mieszkanie przed nietypowym gościem.
Obcy położył dłoń na klamce.
- Drogi Panie, proszę nie robić scen! - komornik uśmiechnął się drwiąco i pstryknął w metalowe okucie okalające dziurkę od zamka.
Odrzuciło mnie prawie na dwa metry w głąb przedpokoju. Ledwo utrzymałem równowagę!
Zacząłem się bać.
- Przepraszam za tę niegrzeczność, ale chciałbym załatwić sprawę szybko i bez dodatkowej przemocy. Sam Pan widzi, że opór nie ma sensu! - sięgnął do stojącej na posadzce teczki i wyciągnął z jej środka jakiś dokument - Z danych jakie posiadam zalega Pan z podatkami na kwotę 42 tysiące 453 denary i 4 asy. Płaci Pan gotówką, czy spisujemy dobytek? - w dłoni przybysza zatańczyła niebieska iskra, która zmieniła się w metalowy długopis w tym samym kolorze.
- Cud! - Jakub cmoknął radośnie.
- Ale za co? - stałem jak skamieniały, nie mogąc poruszyć ani ręką, ani nogą.
- Jak to za co? Wyraźnie powiedziane zostało, Pan pozwoli, że zacytuję: oddajcie cesarzowi co cesarskie, a Bogu co boskie! - mężczyzna posłał mi kolejny lśniący uśmiech - Chyba Pan nie zaprzeczy.
- Ale z tego co wiem, to denary miał dostać cesarz, a nie Bóg!
- A kto niby tak powiedział? - na twarzy Świętego po raz pierwszy odmalowało się zdziwienie.
- Jak pamiętam, to Mateusz. Mateusz tak napisał w Ewangelii!
Uśmiech znowu zakwitł na ustach komornika.
- I to wszystko wyjaśnia! Mateusz zawsze miał tendencję do przeinaczania faktów! Nie zmienia to jednak meritum, że od czasu chrzcin nie odnotowano na naszym koncie żadnej Pana wpłaty. I razem z odsetkami, Panie Balcerzak...
- Co Pan powiedział? - przerwałem mężczyźnie w pół zdania.
- Że od chrzcin...
- Nie to! To trochę później! Z nazwiskiem! - z nerwów przestałem panować nad głosem i krzyknąłem na gościa!
- Balcerzak...
- Ja się nazywam Przepiór! Krzysztof Przepiór! Balcerzak mieszka piętro wyżej! A poza tym ja jestem ateistą! - podszedłem do drzwi i zatrzasnąłem je najmocniej jak umiałem.
Z klatki schodowej doszło mnie ciche, skruszone "przepraszam"...

Kurs językowy

Pan Bóg złożył zamówienie w księgarni internetowej. Paczka doszła po trzech dniach, solidnie zapakowana, w tekturowe pudło, a na dokładkę opatulona w folię firmową fimy kurierskiej. Bóg pokwitował odbiór, a w drodze do dębowego biurka w salonie, gdzie miał zwyczaj pracować i czytać korespondencję, wszedł na chwilę do kuchni, wstawił wodę na herbatę i zabrał mały nożyk do obierania ziemniaków. Zasiadł wreszcie w fotelu i delikatnie naciął plastik opakowania. Z tekturowego kartonu wypadł mniejszy, kolorowy pakiet. Na czerwonym pasku, obok loga producenta i zdjęcia młodej kobiety ze słuchawkami nasuniętymi na uszy, widniał napis: Kurs audio języka polskiego.
- Modlą się cholera tyle lat, może warto wreszcie zrozumieć o co im chodzi!

sobota, 27 lutego 2016

Auto(ichkur_amać)cenzura

Ostatnie krytyczne artykuły w zachodnich mediach na temat dobrej zmiany i jej twórcy - litościwie nam panującego jarosława k. - mocno rozsierdziły pis-uarową brać. Zaczęto słać noty dyplomatyczne do wszelkich możliwych redakcji, do niektórych w ramach reakcji, do innych już na zaś. Odpowiedzi na te noty zaskakiwały treścią i nieznajomością zasad obowiązujących w każdym autokratycznym kraju - autorzy paszkwili powoływali się na wolność mediów, a przecież wszyscy wiedzą, że tyle naszej wolności ile luzu w łańcuchu przy budzie.

Szczytem ignorancji, zarówno politycznej jak i anatomicznej, wykazał się magazyn Financial Times, na łamach którego ukazał się obszerny artykuł o naszym słońcu Żoliborza. Otóż w oryginale twarz jarosława umieszczona była na piersi orła w koronie, tymczasem każde politycznie uświadomione dziecko wie, że powinna znajdować się znacznie niżej, na tle innego ptasiego organu (pewnych uwarunkowań fizycznych i mentalnych nawet z drabinki się nie przeskoczy).

Postanowilem poprawić tę usterkę...
Nie dziękujcie...


A tu oryginalna wersja (fuj!):

piątek, 12 lutego 2016

Ziemniak dominujący

Xylox 676 spojrzał na towarzysza. Komparator zwariował. Urządzenie zapiszczało przeciągle, a wskaźnik wystrzelił jak wściekły, wbijając się w ogranicznik tarczy. Na ekranie z zewnętrznego wziernika zamajaczył niebieskawy obiekt.
- Trzeci kamień... - wykrztusił Blark 345 i skierował grula w jego kierunku.

* * *

Miękisz Blarka zaskwierczał radośnie. Takiej obfitości bulw nie wyobrażał sobie nawet w najśmielszych marzeniach. Nie dziwi, że wskaźnik ręcznego komparatora, tuż po wyjściu z grula, bzyknął, zaświecił jasno i zgasł. Przepalił się. Smużka dymu płynąca ze szczeliny bitumicznej pokrywy zaśmierdziała niemiło.
Xylox podniósł z ziemi jasnobrązowy gruzeł.
- Jaki piękny! - westchnął czyszcząc ledwo wykształconą perydermę z grudek ziemi - Starczy lekka konwersja genetyczna.
Blark rozejrzał się, próbując ocenić wydajność złoża.
- Starczy co najmniej na kwilion osadzeńców!
- Albo i nawet dwa! - dodał uśmiechnięty Xylox.

* * *

Metamorf zatrząsł się lekko i wypluł z okrąglego otworu małego niewyroślaka. Ten rozejrzał się dookoła, a zobaczywszy Xyloxa, Blarka i tuzin podobonych mu stworzeń, stanął na cienkich pędach i niepewnie podszedł do zgromadzonych.
Nagle pokładowy komparator zawył przeciągle. Z lufy czujnika wystrzeliła smuga czerwonego światła i skierowała się za kępę pobliskich krzaków, i dalej do rozlanego na pokaźnej części horyzontu światła. Dla Blarka bylo jasne, że to jakaś tubylcza osada.
W każdym takim przypadku wolał unikać kontaktu z lokalną fauną. Wygodniejsze było pozostawić to wyrośłakom i powrócić na planetę dopiero po zdominowaniu przez nie reszty gatunków. Tym razem jednak mocno zaciekawiło go źródło tak gwałtownej reakcji indykatora.
- Czyżby? - pomyślał - Nie, to niemożliwe.

* * *

Blark i Xylox należeli do rasy Bulw Drapieżnych, Ziemniaków Najeźdźczych, jednych z przedstawicieli krwiożerczej skrobi, która rozlała się niczym zaraza po kosmosie, kolonizując te planety, na których możliwa była ich zwyrodniała wegetacja. Najpierw znajdowali najbardziej zbliżony do siebie gatunek, dokonywali genetycznej modyfikacji, a następnie wycofywali się z zainfekowanej planety, czekając aż wyroślaki zrobią swoje. Była tylko jedna rasa, której się bali...

* * *

Komparator rozbłysł na czerwono. To nie wróżyło nic dobrego. Blark wyjrzał przez wziernik w głównym włazie. Zamarł i zaczął się trząść.
- Co? - spytał Xylox i odsunął towarzysza od szyby. Widok zmroził mu skrobię w miękiszu.
Na zewnątrz, przed wejściem do topornego, kwadratowego budynku, w towarzystwie przedstawicieli lokalnej fauny, stał ON, Capsicum Annuum Rex, Ziemniak Dominujący, największy drapieżnik w tej części wszechświata. Blark spojrzał na niebieską tabliczkę umieszczoną na metalowych drzwiach. Odruchowo włączył translator. Ze szczeliny wypłynęła wstęga tłumaczenia.
Blark nie spojrzał jednak nawet na rząd liter, wydrukowany na żółtawej taśmie. Już stał przy konsoli i drżącymi pędami kierował grula z dala od tego przeklętego miejsca.
Dopiero kilkadziesiąt tertów później odważyl się przeczytać tłumaczenie:
BIURO POSELSKIE POSŁA JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO...

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
SŁOWNIK
Grul - w gwarze podhalańskiej: ziemniak, kartofel
Miękisz, tkanka miękiszowa, parenchyma (gr. parénchyma - miąższ) - jednorodna tkanka roślinna, która wypełnia znaczną część organizmów roślin. 
Gruzeł - bryłka czegoś, zgrubienie
Peryderma, korkowica – wtórna tkanka okrywająca występująca u roślin wieloletnich powstająca na powierzchni łodyg i korzeni, w trakcie przyrostu na grubość. 
Capsicum Annuum Rex - Król ziemniaków, Ziemniak królewski.

środa, 6 stycznia 2016

O, kuchnia... (45)


- Chcemy tylko uleczyć nasz kraj z niektórych chorób. Poprzedni rząd wdrażał lewicową koncepcję, jak gdyby świat musiał zgodnie z marksistowskim wzorcem poruszać się tylko w jednym kierunku: 
w stronę mieszanki kultur i ras, świata rowerzystów i wegetarian, który stawia jedynie na odnawialne źródła energii i zwalcza wszystkie formy religii. To nie ma nic wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami!
Witold Waszczykowski (PiS)

- Wegetarianizm i rowery to symbol ideologii Unii Europejskiej, która wspiera nowinki kulturowe kosztem innych zachowań.
Jacek Sasin (PiS)

przePIS na kaczkę [3]


Order Orła Białego – najstarsze i najwyższe odznaczenie państwowe Rzeczypospolitej Polskiej nadawane za znamienite zasługi cywilne i wojskowe dla pożytku Rzeczypospolitej Polskiej, położone zarówno w czasie pokoju, jak i w czasie wojny. Nie dzieli się na klasy. Nadawany jest najwybitniejszym Polakom oraz najwyższym rangą przedstawicielom państw obcych. Kapitułę Orderu Orła Białego, czyli ciało przyznające to odznaczenie tworzą: Wielki Mistrz Orderu i pięciu członków Kapituły. Zgodnie z ustawą o orderach i odznaczeniach prezydent RP, z tytułu wyboru na ten urząd, staje się Kawalerem Orderu Orła Białego, Wielkim Mistrzem Orderu i przewodniczy Kapitule. Kapituła wybiera ze swego grona Kanclerza Orderu i Sekretarza Kapituły.

Niestety po psotach obecnego prezydenta związanych z łąmaniem konstytucji i ułaskawieniem byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego 3 listopada 2015 rezygnacje z członkostwa w Kapitule złożyli Aleksander Hall i Henryk Samsonowicz.

I tak jedynym członkiem kapituły został andrzej duda...