czwartek, 10 marca 2016

Ale robiłem kanapki!

- Oj, Ty zuchu mój! - Dziadek Jacek uszczypnął mnie w policzek, a następnie lekko wytarmosił nieogarniętą jeszcze czuprynę.
Obudziłem się dosłownie przed chwilą. Chciałem wstawić wodę na gaz, zanim przystąpię do porannej toalety, ale w kuchni, o dziwo, czekała już na mnie świeżo zaparzona przez Jacka kawa, a ten przywitał mnie niespotykanym wybuchem czułości.
- Też tak masz synek - Dziadek spojrzał mi prosto w oczy - że jak Ci się skórka podwinie, to sikasz po wsiem, jak leci, tylko nie w porcelanę? Starasz się jakoś odwinąć ptaka, poprawiasz cholerę jak umiesz, a tu nic! Jest nawet jeszcze gorzej! Mocz wali na podłogę, po ścianach, łapska masz ubabrane, majtki też, a kibel suchy jak pieprz normalnie!
Popatrzyłem na emeryta i coś zaczęło mi świtać! Przeczesałem palcami włosy i podstawiłem dłoń pod nos. Nic! Żadnego podejrzanego, słonego zapachu, tylko łój, brud i trochę łupieżu. Znaczy norma.
Dziadek widać zrozumiał odruch.
- Spokojnie chłopie! Dzisiaj było tradycyjnie! Nawet kropli nie uronilem poza deskę! Tak mi się tylko przypomniało...
Odetchnąłem z ulgą!
- Ale wczoraj to miałem pompę, jakby hydrant wywaliło!
Próbowałem przypomnieć sobie poranek dnia poprzedniego.
Dziadek zrozumiał chyba powód i tego zastanowienia. Uśmiechnął się, usiadł przy stole i sięgnął po parującą kawę.
- Spokojnie! Wczoraj palcem Cię nie tknąłem! Ale za to robiłem kanapki!

piątek, 4 marca 2016

Boski podatek

- Dzień dobry! - facet stojący w progu mieszkania przywitał mnie klawiaturą zębów tak białych, że aż musiałem zmrużyć oczy i lekko odwrócić głowę - Jakub Święty, boski komornik sądowy!
- Że co?
- A, przepraszam! - wielka niczym bochen dłoń zanurkowała za pazuchą skórzanego płaszcza, zatańczyła w wewnętrznej kieszeni i wystrzeliła z niej tak szybko, otwierając przed nosem czarny futerał z wciśniętą w środek komorniczą legitymacją, że aż poczułem lekki przeciąg w obu dziurkach.
- Nie rozumiem...
- Przyszedłem w sprawie niezapłaconego podatku.
- Nadal nie rozumiem! Żegnam Pana! - naparłem ramieniem na drzwi, chcąc jak najszybciej zamknąć mieszkanie przed nietypowym gościem.
Obcy położył dłoń na klamce.
- Drogi Panie, proszę nie robić scen! - komornik uśmiechnął się drwiąco i pstryknął w metalowe okucie okalające dziurkę od zamka.
Odrzuciło mnie prawie na dwa metry w głąb przedpokoju. Ledwo utrzymałem równowagę!
Zacząłem się bać.
- Przepraszam za tę niegrzeczność, ale chciałbym załatwić sprawę szybko i bez dodatkowej przemocy. Sam Pan widzi, że opór nie ma sensu! - sięgnął do stojącej na posadzce teczki i wyciągnął z jej środka jakiś dokument - Z danych jakie posiadam zalega Pan z podatkami na kwotę 42 tysiące 453 denary i 4 asy. Płaci Pan gotówką, czy spisujemy dobytek? - w dłoni przybysza zatańczyła niebieska iskra, która zmieniła się w metalowy długopis w tym samym kolorze.
- Cud! - Jakub cmoknął radośnie.
- Ale za co? - stałem jak skamieniały, nie mogąc poruszyć ani ręką, ani nogą.
- Jak to za co? Wyraźnie powiedziane zostało, Pan pozwoli, że zacytuję: oddajcie cesarzowi co cesarskie, a Bogu co boskie! - mężczyzna posłał mi kolejny lśniący uśmiech - Chyba Pan nie zaprzeczy.
- Ale z tego co wiem, to denary miał dostać cesarz, a nie Bóg!
- A kto niby tak powiedział? - na twarzy Świętego po raz pierwszy odmalowało się zdziwienie.
- Jak pamiętam, to Mateusz. Mateusz tak napisał w Ewangelii!
Uśmiech znowu zakwitł na ustach komornika.
- I to wszystko wyjaśnia! Mateusz zawsze miał tendencję do przeinaczania faktów! Nie zmienia to jednak meritum, że od czasu chrzcin nie odnotowano na naszym koncie żadnej Pana wpłaty. I razem z odsetkami, Panie Balcerzak...
- Co Pan powiedział? - przerwałem mężczyźnie w pół zdania.
- Że od chrzcin...
- Nie to! To trochę później! Z nazwiskiem! - z nerwów przestałem panować nad głosem i krzyknąłem na gościa!
- Balcerzak...
- Ja się nazywam Przepiór! Krzysztof Przepiór! Balcerzak mieszka piętro wyżej! A poza tym ja jestem ateistą! - podszedłem do drzwi i zatrzasnąłem je najmocniej jak umiałem.
Z klatki schodowej doszło mnie ciche, skruszone "przepraszam"...

Kurs językowy

Pan Bóg złożył zamówienie w księgarni internetowej. Paczka doszła po trzech dniach, solidnie zapakowana, w tekturowe pudło, a na dokładkę opatulona w folię firmową fimy kurierskiej. Bóg pokwitował odbiór, a w drodze do dębowego biurka w salonie, gdzie miał zwyczaj pracować i czytać korespondencję, wszedł na chwilę do kuchni, wstawił wodę na herbatę i zabrał mały nożyk do obierania ziemniaków. Zasiadł wreszcie w fotelu i delikatnie naciął plastik opakowania. Z tekturowego kartonu wypadł mniejszy, kolorowy pakiet. Na czerwonym pasku, obok loga producenta i zdjęcia młodej kobiety ze słuchawkami nasuniętymi na uszy, widniał napis: Kurs audio języka polskiego.
- Modlą się cholera tyle lat, może warto wreszcie zrozumieć o co im chodzi!